poniedziałek, 20 października 2014

Hero day.


Moja polonistka, która zmagała się z moją ortograficzną barierą, przez trzy lata szkoły podstawowej zwykła mawiać, że ,,planowanie to czas stracony” - a dzisiejszy dzień był tego dobitnym przykładem.
Nasz pobyt tutaj powoli ma się ku końcowi, więc jest sporo do roboty. Jak co dzień: śniadanie, wizyta na budowie, opieprzanie i poganianie naszych budowlańców, a potem kawa przy komputerze, sprawdzenie poczty i góry papierologicznej roboty, przez które musimy się przedrzeć wraz z Kasią w ciągu kilku najbliższych tygodni. I tu pierwsza niespodzianka. Parę chwil po dziewiątej, czyli zaraz po tym jak siadamy do komputerów, pada prąd - normalka od kilku dni, zdarza się to codziennie na zmianę o różnych porach. Nasz dostawca prądu - Kenya Power, działa troszkę tak, jak pokazywały to stare polskie filmu pokroju „Alternatywy 4”. Stoi dwóch panów przy konsoli i się zastanawia ,,to kogo odłączamy dzisiaj?”. No ale nie ma co narzekać, może wróci.
Po około godzinie tracimy nadzieję na to, że mamy do czynienia z chwilową awarią. No to nie ma co tak siedzieć i trzeba się ruszyć. Na zewnątrz ładna pogoda, stwierdzamy zatem, że odwiedzimy mieszkające w dole siostry - kończą one obecnie pracę nad nową szkołą, a my zdeklarowaliśmy się pomóc im w malowaniu ścian w salach dla dzieci. No to idziemy. Już po godzinie marszu jesteśmy na dole. Ale. Siostry też nie mają prądu, więc odpada odpalenie rzutnika i wyświetlenie na ścianie postaci z bajki ,,Gdzie jest Nemo” i odrysowanie ich konturów na ścianie, przed malowaniem. Przez kolejną godzinę walczymy z internetem by pobrać obrazki i chociaż rzucić na nie okiem nim zaczniemy. Nic z tego. Idziemy do sali i uwalniamy naszą twórczą wenę, smarując farbkami na ścianach postacie tak, jak kto je zapamiętał z filmu.
Zaczyna padać. Nie przelotny delikatny deszczyk, ale istna ulewa, grube krople deszczu tak dudnią o blaszany dach, że nie słychać własnych myśli. W oddali rozlegają się echa grzmotów, a niebo ciemnieje. Przez otwarte nieoszklone jeszcze okna wpada zimny wiatr z deszczem i wylatuje drzwiami po przeciwległej stronie sali, mocząc nas przy okazji wizyty. Jak to mówi Ojciec J. ,,Kiedy wiatr przychodzi do Subukia, zawsze przechodzi przez mój pokój”. Po dwóch godzinach deszcz nieco ustaje, ale do tego czasu jesteśmy już kompletnie przemarznięci, a cały ogródek skrywa kilkucentymetrowa warstwa wody. Z nowo postawionej szkoły do domu sióstr mamy kilkaset metrów, biegniemy przez siąpiący deszcz.
Siadając do ciepłej herbaty zastanawiamy się. Prąd wrócił – znaczy, że u nas na górze pewnie też już jest, o ile nie zmęczyła go droga pod górę, jak mówi Kasia. No to trzeba podjąć decyzję. Jak znów się rozpada to utknęliśmy, siostra nas nie podwiezie, w zeszłym tygodniu coś jej pękło w samochodzie. Ale jeden z ojców ma po nas zajechać w drodze z miasta, pytanie ile mu to zajmie. Jak posiedzimy tutaj do wieczora, to na prąd w domu pewnie się już nie załapiemy. Czyli trzeba by biec na górę teraz, to przynajmniej jest szansa, że coś skorzystamy.
Zwijamy malowanie, zamykamy puszki z farbą, płuczemy pędzle, znów zaczyna padać. Lepiej marznąć podczas pieszej drogi na górę niż tutaj, chorzy i tak już pewnie będziemy. Nie ma na co czekać. I wtem - jak spełnienie naszych modlitw, pojawia się Ojciec z samochodem, który właśnie wraca na górę. Żegnamy się z siostrą i pełni nadziei i entuzjazmu pakujemy się do samochodu. W samochodzie witamy się z jeszcze jednym pasażerem. Poznaję go z niedzielnych mszy, zawsze siedzi w ostatniej ławce: wysoki, schludny, nieodmiennie w czerwonej bejsbolówce z jakimś superbohaterem, imienia nie pamiętam. Zamieniamy kilka słów. Wydaje się, że Ojciec J. wziął go ze sobą do miasta na zakupy, widzę jak ściska na kolanach worek jakiegoś nawozu w proszku czy innego detergentu ogrodniczego. Podskakując na tylnym siedzeniu, snujemy z Kasią plany ,,co po powrocie”. Co najpierw - prysznic czy może obiad, bo obydwoje jesteśmy głodni, potem obowiązkowo jakaś ciepła herbata i może profilaktycznie witamina C.
Mijamy rozrytą drogę, gdzie w zeszłym tygodniu zagrzebał się na trzy dni dźwig i wioząca go na lawecie ciężarówka. W wydłubanej z boku drogi dziurze zbiera się już woda, kałuża ma kilka metrów. W zeszłym tygodniu też lało, kierowca z dźwigiem chciał koniecznie wjechać na górę mimo tego, że już się ściemniało. Dźwig miał posłużyć do budowy kościoła w sanktuarium, konkretnie do prac nad konstrukcją dachu. Kierowca musiał zatrzymać się w niewłaściwym miejscu, ciężar dźwigu na lawecie pociągnął wszystko za sobą i zsunął się z drogi utykając w rowie. Przy każdym kolejnym deszczu cała ta konstrukcja grzęzła coraz bardziej, a w ciągu dnia trwała akcja ,,ratunkowa”, będąca w centrum zainteresowania całej wsi przez kilka ostatnich dni. Kobiety, dzieci, młodzież i starcy - wszyscy schodzili się popatrzeć, każdy miał własny pomysł na uratowanie sytuacji i własne niezawodne sposoby. Istny jarmark.
Mijamy miejsce niedoszłej katastrofy i jedziemy dalej. Auto w napędzie 4x4 pewnie prze pod górę rozmytą błotnistą drogą i nagle skręca na czyjeś podwórko. Okazuje się, że tu mieszka nasz pasażer w czapce. Mężczyzna zaprasza nas do siebie. Skrawek błotnistego poletka oddziela trawiastą łączkę - na której pasą się dwie krowy i kilka brudnych owiec - od krytej blachą chaty z błota i drewna. Ojciec J. Idzie, więc my też, nie ma co. Wchodzimy na podwórko przed chatką, kurczaki uciekają spod naszych nóg i chowają się w pobliskie krzaki. Przynajmniej już nie pada.
Wchodzimy do środka, wita nas kobieta w średnim wieku, ma na sobie jakąś bluzę, od pasa w dół owinięta jest żółtą kitengą (chusta wielkości obrusu, z kolorowymi nadrukami i napisami). Chata jak chata. To znaczy: ściany z desek obite są dla uszczelnienia rozłożonymi stronami gazet, można sobie przeczytać nagłówki artykułów i pooglądać zdjęcia. Cała ściana wygląda jak jeden wielki kolaż, gdzieniegdzie prześwituje przez szparę błękit nieba. Na udeptanym klepisku stoi zestaw wypoczynkowy - dwa fotele, dwie małe sofy, pośrodku niewielki stolik. Przy ścianie, na lewo od wejścia i na wprost wypoczynku: komoda, duże dwoje drzwi po bokach, na środku taki jakby zamknięty barek. Cała konstrukcja obwieszona kiczem, olbrzymi chiński zegar z przeźroczystego plastiku, porcelanowy wazonik, w nim sztuczne kwiaty, obok w szklance kilka szczoteczek do zębów, jakieś papiery. Po całym pomieszczeniu porozwieszane plakaty z Jezusem, kalendarze ze świętymi, zdjęcia dwóch papieży - Jana Pawła II i Benedykta. Obok nich zniszczone zdjęcie w ramce, chyba naszego gospodarza, ale na pewno młodszego. Stoi w jakimś kitlu i uśmiecha się niepewnie do aparatu. Zdjęcie obsunęło się w ramce i jeden z rogów oparł się o jej dolną cześć, ale sama ramka, w której znajduje się zdjęcie też wisi krzywo na obitej gazetą ścianie, więc w zasadzie zdjęcie jest prosto. W rogu, na desce przybitej poprzecznie do ściany stoi żelazko na dusze, istny antyk, nawet moja babcia takiego nie miała. Ba, chyba nawet prababcia.
Kobieta zaczyna się uwijać, wyciąga z kredensu metalowe kubki, porcelanowe talerze z kwiaciastymi wytartymi wzorami, każdy inny. Po czym wychodzi. Znika w postawionej po przeciwnej stronie podwórka ,,szopce” - i jest to niezwykle pochlebna nazwa dla postawionego z gnoju i błota szałasu, do którego się chowa. Pomieszczenie musi mieć w środku może z metr kwadratowy, jest tak ciasne, że trudno sobie wyobrazić by było czymś innym niż toaleta, ale jednak. Przynosi pieczoną na węglach i gotowaną kukurydzę, do wyboru do koloru. I to nie jakieś tam ogryzki, ale po jednej wielkiej kolbie dla każdego. Do blaszanych poobgryzanych i wytartych od używania kubków leje z termosu ciepłą herbatę po kenijsku, czyli z mlekiem. Gdy parująca, przypominająca kolorem kakao ciecz leje się do kubka, myślę sobie - czy mleko aby na pewno się dogotowało? Bo nie chciałbym umrzeć na gruźlicę. Ale kiedy nasz gospodarz siedzący na wprost mnie uśmiecha się do mnie, z dumą sięgam po kubek i przykładam usta tam, gdzie emalia jest najmniej poobgryzana. Dłonie wciąż śmierdzą i kleją się od terpentyny, którą myłem z nich farbę nim pożegnaliśmy się z siostrą. Ale gospodyni przynosi dzbanek ciepłej wody i nad metalowym garnuszkiem wszystkim nam kolejno obmywa ręce. Przychodzi czas kukurydzianej uczty. Zachwalamy domostwo, pyszną herbatę, soczystą kukurydzę i komplementujemy zadbane krowy na pastwisku gospodarza. Właściciel wstaje i z duma otwiera ,,barek” kredensu. W środku stoi płasko kineskopowy telewizor wielkości komputerowego monitora. Podpina kable i oto po raz drugi od przyjazdu do Kenii oglądamy telewizję. Nie licząc wizyt w centrach handlowych. Dziś mamy święto narodowe - hero day. Kiedyś było to święto pierwszego prezydenta Kenyatty, ale zostało przemianowane na dzień bohaterów i święto wszystkich ludzi, którzy walczyli o niepodległość.
W telewizji puszczają program o odzyskaniu niepodległości i poprzedzających to wydarzenie zbrojnych konfliktach. Materiał jest antyczny, zapewne nakręcony tuż po tych wzniosłych wydarzeniach. Co chwila wypowiada się - młody jeszcze wówczas - pierwszy prezydent, gubernator Nairobi i inni brytyjscy dygnitarze, którzy niedługo potem opuścili kraj. Pokazują egzekucję przywódcy Mau-mau, ruchu plemienia Kikuyu, które prowadziło partyzancką walkę z Brytyjczykami. Podają liczby ofiar, jakie obydwie strony poniosły w trakcie kilkuletniego konfliktu. Pokazują szefów obozów pracy dla schwytanych rebeliantów i ich rodzin, opowiadają o okrutnych technikach przesłuchań i tortur: miażdżeniu jader, rażeniu prądem, pojeniu zatrutą wodą i biciu. Niektóre z pokazywanych materiałów muszą być znacznie starsze niż sam film, bo pokazują czasy z samych początków konfliktu lub nawet jeszcze lata go poprzedzające. Cały materiał trąci odrobinę anty-brytyjską propagandą i zapewne temu miał służyć, gdy montowano go jakieś pół wieku temu. Prowadząca, prezenterka w idealnie okrągłej kuli afro, wygląda jak z amerykańskich filmów o hipisach z lat sześćdziesiątych. Czuję się nieco nieswojo. Mój gospodarz i Ojciec J. karmieni tą propagandą od lat najmłodszych zapewne uważają Mau-mau za dzielnych bohaterów, którzy wywalczyli Kenii wolność. W istocie, zajmowali się również rozbojami, grabieżą, czystkami ludności i mordowaniem we śnie białych właścicieli ziemskich. Ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc milczę, kiwam głową i zajadam kukurydzkę.
Nim wizyta dobiega końca, poznaję jeszcze najmłodszego syna właściciela, berbecia w kaloszach po kolana, który jak to się mówi - na stojąco wchodzi pod stół. Ale tak naprawdę to nie wchodzi, bo ława jest tak niska, że nawet siedząc na powygniatanych fotelach musimy się do niej pochylać. Ściskam również rękę jego najstarszego syna. Ten, jak mówił mi gospodarz, jest teraz w szkole podstawowej i świetnie sobie radzi, co znaczy mniej więcej tyle, że równie dobrze może mieć szesnaście co dwadzieścia pięć lat. Wygląda na jakieś osiemnaście może dziewiętnaście. Ojciec z duma opowiada, że chce go posłać na studia. Gdy wspomina, że najchętniej w Polsce udaję, że nie słyszę by nie musieć się potem tłumaczyć. Życzę mu tylko powodzenia.
Wychodząc, zostajemy zaproszeni na przynajmniej jeszcze jedną wizytę, nim opuścimy kraj. Dziękujemy grzecznie i wracamy do domu, pod długi i gorący prysznic.

sobota, 18 października 2014

1 000.


No i stało się - magiczna granica tysiąca wyświetleń została przekroczona po niecałych siedmiu miesiącach. Nie mam zielonego pojęcia jak ustawia mnie to w blogowych statystykach popularności i dorobkowości, ale też niezbyt się tym przejmuję. Na dzień dzisiejszy - to jest w chwili pisania tego posta - mogę pochwalić się czterocyfrową liczbą tysiąca i trzydziestu wizyt, za które dziękuje moim zarówno przypadkowym jak i stałym (Kasia, to o tobie) czytelnikom. Jak zapewne zauważyli Ci, którzy odwiedzili mojego bloga więcej niż jeden raz, pewien czas temu przeprowadziłem małą rewolucję zmieniając tutaj to i owo. Wydaje mi się, że teraz odnalezienie niektórych działów stało się łatwiejsze, a dostęp do zawartych w nich artykułów prostszy. Co do wspomnianego wcześniej specjalnego wpisu z okazji okrągłej tysiączki, to chyba nici.   

***  

Jeszcze kilka dni temu siedzieliśmy wraz z Kasią w Nairobi czekając na rozwiązanie naszych problemów wizowych. Problem może nie został do końca rozwiązany, a raczej chwilowa zażegnany. Powinienem teraz napisać coś w stylu, że to zabawna historia. Ale wcale nie było nam do śmiechu, kiedy z dnia nadzień staliśmy się nielegalnymi imigrantami a śmiertelnie poważny urzędnik z okienka oznajmił nam że powinniśmy ,,immediately" opuścić kraj. Nigdy wcześniej w moim życiu to słowo nie zabrzmiało tak ostatecznie i nie niosło ze sobą takich pokładów uśpionej niechęci i całkowitego zobojętnienia. Tak więc owszem, przyznaję się - byłem wyjętym spod prawa przestępcą. Sprawa może nie była aż tak dramatyczna, jak by się mogło wydawać, ale wizja deportacji przez kilka dni spędzała nam obydwojgu sen z powiek. Krótko mówiąc, bezczynne siedzenie w Nairobi i czekanie na jakąkolwiek decyzję czy pozytywny odzew w sprawie naszej dalszej przyszłości w tym kraju, doprowadzała nas do szału.
Po wyjaśnieniu całej sprawy wróciliśmy do Subukia i to nie byle jak. Szczęśliwym trafem w Nairobi poznaliśmy parę Polaków: Wojtka i Wiolę, którzy jak raz szykowali się do objechania Mt.Kenii. Jako że Subukia leży w zasadzie na ich trasie, Wiola zaproponowała, że jeżeli uda nam się rozwiązać nasze wizowe niedogodności, to możemy zabrać się wraz z nimi.  
Wiola i Wojtek nie są jednak przypadkowymi turystami wybierającymi się na objazdową wycieczkę po Kenii. W zeszłym roku wystartowali swoim Toyotą Hailaks z Republiki Południowej Afryki i ruszyli na północ. Na swojej drodze zwiedzili liczne kraje Afryki południowej i środkowej, parki krajobrazowe, rezerwaty przyrody oraz co bardziej interesujące atrakcje turystyczne. Na koniec swojej podroży zawitali do Nairobi, gdzie pod czujnym okiem Ojca. K zostawili swój ekskluzywny karawan na kilka miesięcy. Teraz wrócili i zaczynają nową podróż, dalej na północ, całą drogę przez Kenię, Etiopię, Sudan, a potem jeszcze dalej aż do Egiptu - aż wreszcie z powrotem na stary kontynent i do Polski. Nie jest to pierwsza tak dalekosiężna wyprawa w ich dorobku, na koncie mają już przejazd przez Amerykę Południową i Północną. Samochodem i motocyklem zjeździli również Australię oraz większą część Europy. Odbyli też podróż dokoła świata. O ich wyczynach można dowiedzieć się więcej na ich stronie, która daje nam również możliwość śledzenia na bieżąco postępów z ich podróży i na gorąco zapoznawania się z ich relacjami.  
Mnie osobiście interesują dalsze losy tej dwójki i tego jak się potoczą, niesione czterema solidnymi kółkami ich maszyny. Podczas tych kilkunastu wspólnie spędzonych godzin, mieliśmy okazję powymieniać się nieco naszymi wrażeniami z odbytych podróży. Ja zanudzałem ich opowieściami o Kenii, które towarzysząca mi Kasia słyszała już bez mała sto razy, a oni rewanżowali się nam wspomnieniami swoich odbytych wypraw. Po trosze zazdroszczę im rozmachu ich eskapady, ponieważ i mnie marzy się odwiedzenie północnej Afryki. Wizja pokonania pustkowi Sudanu i Etiopii za kierownicą solidnego samochodu, a jeszcze lepiej - motocykla - mimo całej towarzyszącej temu niewygody brzmi niezwykle ekscytująco. Ale kto wie, może i ja kiedyś będę miał swoją szansę.  
Chociaż, gdy teraz o tym myślę, to z mojego punktu widzenia, po niemal już ośmiomiesięcznym pobycie w Kenii, wyprawa do Etiopii to kwestia przekroczenia zaledwie jednej granicy. To troszeczkę tak, jak mieszkając we wschodniej Polsce marzyć o wizycie w Berlinie, z tą jedną różnicą, że ja musiałbym kupić wizę. Tak więc ,,zobaczy się”.  Wioli i Wojtkowi życzę zatem wytrwałości i trzymam kciuki by bez większych problemów osiągnęli tak odległy cel, jaki sobie wyznaczyli – pozdrawiam. 
od lewej: Wojtek, O.Arek i Wiola
ja.



poniedziałek, 22 września 2014

Four angry men.

Z pierwszej strony wczorajszej gazety spoglądają na mnie portrety czterech mężczyzn, nagłówek mówi: ,,Westgate killers unmasked”. Artykuł ukazał się w pierwszą rocznicę ataku, gazeta trafiła w moje ręce z jednodniowym opóźnieniem, nie byłem pierwszy w kolejce do jej przeczytania. Ale oto jest i spoczywa na moich kolanach gdy piszę ten ,,artykuł”.

,,One year ago today, these four man aged
between 19 and 23 raided Westgate Mall in
Nairobi and butchered 67 innocent men,
women and children. The four enjoyed a chain
of support right up to the Al-Shabaab high
command. We Bring you new details of the
planning and execution of heinous assault.” - M. Munene, Unamsked: Faces of Westgate killers w: Sunday Nation, 2014r., Nr.18065

Na czterech powiększonych fotografiach paszportowych widnieją twarze zamachowców, żadna z nich niczym się nie wyróżnia. Wyglądają całkowicie zwyczajnie, twarze jakich widuję dziesiątki czy setki podczas każdej wyprawy do Nakuru. Autor czytanego przeze mnie artykułu opisuje to zajście sprzed roku, jako jeden z najstraszniejszych ,,ataków” jaki miał miejsce na kenijskiej ziemi. Następnie ujawnia kulisy współpracy Kenii i Somalii nad dochodzeniem mającym ujawnić tożsamość zamachowców. Wszyscy czterej zostają wymienieni z imienia i nazwiska. Zidentyfikowani jako Somalijczycy lub somalijscy uchodźcy, udało się nawet ustalić, że jeden spośród nich jest obywatelem Norwegii. Powiązani z najwyższymi szczeblami Al - Shabaab.
Artykuł zaznajamia nas krok po kroku z poczynaniami zamachowców od czasu jak opuścili oni obóz, gdzie byli szkoleni w Somalii aż do dnia kiedy doszło do zamachu. Udało się to dzięki aresztowaniu i przesłuchaniu czterech innych członków organizacji, których zadaniem było zaopatrzenie zamachowców w umożliwiające im poruszanie się po kraju kenijskie dokumenty oraz udzielenie im schronienia. Dzięki temu udało się dość dokładnie określić trasę ich podróży kierując się śladem ,,wypływających” dokumentów, którymi posługiwali się rejestrując telefony komórkowe czy ubezpieczając samochody. Wszytko wskazuje na to, że z rodzimej Somalii dostali się oni wpierw samolotem do Ugandy, a następnie stamtąd zostali sekretnie przetransportowani do Kenii. W której rozpoczęli przygotowania do ataku
Na następnej stronie znajduje się artykuł, który jest sprawozdaniem byłego oficera GSU - General Service Unit - dotyczące ataku z ubiegłego roku.
,,W południe 21 września, byłem w swoim domu, gdy zobaczyłem informację w wiadomościach. Przykuła moją uwagę. Mówiła o strzelaninie w Westgate Mall - prawdopodobnie napad rabunkowy - ale nie byłem przekonany, przeczuwałem że to może być coś więcej.” - James Mwaniki.
Z relacji senior assistent commissionera Mwaniki, od momentu kiedy usłyszał o strzelaninie w wiadomościach bardzo się całą sprawą zaniepokoił. Próbował telefonicznie skontaktować się ze swoimi zwierzchnikami i przekazać wiadomość wyżej, ale ich telefony nie odpowiadały, a jedyne informacje zwrotne jakie otrzymywał mówiły o napadzie rabunkowym, którym - jak go zapewniano - zajęła się już zwykła policja. Mimo to nie ustępował i postanowił udać się do centrum handlowego osobiście. Na miejsce dotarł już po dwóch godzinach od dowiedzenia się o całym zajściu z wiadomości.
,,Byłem na miejscu jednym z pierwszych funkcjonariuszy wyższego stopnia.”- czytamy w artykule. Do środka wkroczył około 14:30, na czele pojedynczej linii policjantów mających zaprowadzić porządek. Już wtedy wiedział, że padło podejrzenie, że mogą mieć do czynienia z atakiem terrorystycznym.
,,Na podłodze leżały dziesiątki zakrwawionych ciał, do niektórych strzelano wielokrotnie. Podłoga była śliska pod naszymi nogami. To byli nieuzbrojeni cywile, których jedynym błędem było to, że tego dnia znaleźli się w centrum handlowym.”
Po kilku chwilach ,,przeczesywania” centrum, ktoś otworzył do nich ogień z wyższych pięter.
,, And it was not a light gunfire!”- podaje oficer. Nie udało im się dojrzeć, kto był napastnikiem, ale sadząc po umundurowaniu mogło to być jedynie wojsko, które wkroczyło do budynku przed nimi. Mwaniki nie został jednak poinformowany o tym. Czy zatem byli to terroryści? Członek tajnych służb próbował dać znać ostrzeliwującym go z piętra żołnierzom, że są policjantami, ale jak twierdzi - jego głos tonął w huku wystrzałów. Wraz z odziałem został zmuszony do wycofania się przed gmach budynku, zabierając ze sobą trzech ciężko rannych policjantów, których dosięgły kule żołnierzy. Po wydostaniu się na zewnątrz, wraz z całą resztą czekali aż do godziny piątej po południu, do przybycia wojska i majora, który przejął dowództwo i odmówił współpracy z Jamesem Mwaniki.
,,Nawet należąc do rożnych agencji uznałem, że jestem wyższy stopniem niż major. Ale major chciał dowodzić, powiedziałem mu żeby porozmawiał z moim przełożonym, ale on nie chciał słuchać.”
Z relacji naszego bohatera dowiadujemy się również, że przez następne SZEŚĆ DNI trwania oblężenia centrum handlowego ani razu nie wszedł już do środka. Jego zadaniem było zdawanie raportów z sytuacji swoim zwierzchnikom. W tych obowiązkach niekiedy zastępowali go inni funkcjonariusze GSU. Podczas tych kilku dni dowiedział się on również, że w trakcie ,,akcji ratunkowej” śmierć poniosło kilku żołnierzy. Jednym z nich okazał się jego przybrany brat. Musiał osobiście udać się do kostnicy by zidentyfikować ciało, podczas gdy koledzy zastępowali go w obowiązkach.
By udać się na pogrzeb brata podczas trwania swojej służby, musiał on otrzymać zgodę swojego przełożonego. Został zaproszony do gabinetu swojego szefa, gdzie otrzymał list - było to dyscyplinarne zwolnienie z funkcji jaką do tej pory pełnił, powodem było nadużywanie alkoholu, które obniżyło wydajność pełnionych przez niego obowiązków. Szef jednak pozwolił mu zatrzymać służbowe auto jeszcze do końca weekendu. W pozostałej części artykułu, były członek tajnych służb spekuluje nad tym jak przebiegłaby akcja, gdyby od początku dowodził nią ktoś z jego agencji. Zarzuca również swoim przełożonym nieuczciwość, bo choć czytając artykuł możemy mieć wrażenie, że nasz bohater jest tutaj ofiarnym kozłem i poszkodowanym, a rezygnację wręczono mu by ,,ukarać winnych niekompetencji”, to sam bohater wyznaje, że dokument o jego zwolnieniu został wystawiony - i tu uwaga, bo sam doczytywałem to kilkakrotnie by się nie pomylić....wierzyć się mi się nie chciało....- został wystawiony 3 września 2013 roku. Zebranie komisji, która zdecydowała o jego prawomocności, odbyło się 11 września 2013 roku. To znaczy, że gdy 21 września 2013 roku James Mwaniki udał się do centym handlowego by interweniować i poprowadził do środka oddział policjantów, od dziesięciu dni był, technicznie rzecz biorąc, niepoinformowanym bezrobotnym, w istocie podszywającym się (choć bezwiednie) za oficera tajnych służb. Gdy kończyłem czytać tan artykuł byłem pełen podziwu dla człowieka, który go napisał i dla samego pana Mwaniki, który w takiej sytuacji zgodził się wystąpić w roli ofiary. W każdym normalnym kraju już dawno zostałyby wyciągnięte konsekwencje względem przełożonych pana Mwaniki, którzy dopuścili do takiej sytuacji. Tymczasem głównym przesłaniem artykułu jest to, że pan Mwaniki narażał własne życie w – uwaga - walce z terrorystami, podczas gdy nie było to już jego obowiązkiem i ma żal do przełożonych, że nie poinformowali go wcześniej?
A co z rannymi policjantami, którzy wkroczyli do centrum pod jego rozkazami?
Na koniec pozwolę sobie po raz ostatni zacytować pana Jamesa Mwaniki:
,,W gruncie rzeczy, to cieszy mnie w byciu Kenijczykiem to, że w czasie prób jak oblężenie Westegate, wszyscy łączymy się. Nie było dnia podczas tej operacji żeby jakiemukolwiek funkcjonariuszowi brakowało jedzenia, wody czy soft - drinków, które stale zapewniali nam dobroczyńcy.”

Przypomnę tylko jeszcze, że żadnego z terrorystów nie udało się ująć podczas operacji i oficjalnie po dziś dzień pozostają na wolności. Jak mówi, najbardziej wiarygodna wersja - opuścili oni centrum nieuzbrojeni wraz z wcześniejszymi zakładnikami, jeszcze na długo przed przybyciem policji czy wojska. Która następnie przez kilka dni i nocy skrupulatnie ograbiała sklepowe półki i wystawy, najwidoczniej strzelając do siebie nawzajem.


piątek, 19 września 2014

Place full of miracles.

Od pewnego czasu w Subukia panuje głód. Uprawy kukurydzy nie tylko w naszej okolicy, ale również w całym kraju dotknęła zaraza i nie nadają się one do spożycia. Plony nigdy nie dojrzeją, a rośliny obumierają. Jedyne dwie niedotknięte plagą uprawy o jakich wiem, znajdują się w obrębie naszego sanktuarium. Chyba po raz kolejny sprawdziło się przytaczane przez ojca J zdanie: ,,It is place full of miracles”.
Jednak okoliczni mieszkańcy cierpią. Wszyscy oczekiwali zbliżających się zbiorów kukurydzy, teraz ze zbiorów nici. Kukurydza jest tutaj podstawą posiłków, a przynajmniej powinna być w tym okresie roku. Sprzyjający uprawom klimat sprawia, że w większości obszarów Kenii wegetacja trwa cały rok. Mimo to przyjęło się, że określone rzeczy sadzi się w konkretnych miesiącach. Dzięki temu plony zbiera się regularnie co parę miesięcy. Jednak sposób uprawy ziemi jest tu niedoskonały, a sami rolnicy mało przewidujący. I to właśnie doprowadza do sytuacji takich jak teraz. Jeżeli - dajmy na to - właśnie dojrzała nam fasola i inne strączkowe, to do czasu kiedy nie obrodzi kukurydza będą one stanowiły podstawę naszego pożywienia, oczywiście w połączeniu z ugali. Ale kiedy zdarzy się, że kukurydzy nie będzie, to pojawia się poważny problem, ponieważ nie ma nic innego, co było sadzone w tym samym czasie i mogło zastąpić kukurydzę. Oczywiście na skalę przydomowego ogródka czy niewielkiego poletka zdarza się, że mamy do dyspozycji zamienniki: marchew, sukumę czy ziemniaki. Poza sukumą te rzeczy są sadzone raczej niechętnie i w małych ilościach, gdyż nie mają wielkiego zastosowania w tradycyjnej kuchni kenijskiej. Dodatkowo spóźniona i nieregularna pora deszczowa w tym roku opóźniła zbiory. Mamy tu zatem do czynienia z sytuacją, która u nas zdarzała się niegdyś na tak zwanym przednówku. Zapasy w spiżarniach nieubłaganie się kurczą, a na przyszłe zbiory przyjdzie jeszcze poczekać. Takim to sposobem cena worka kukurydzy wzrosła kilkakrotnie. Co bardziej zamożni nie odczują nawet tej ,,drobnej” różnicy, podobnie jak ludność miejska, gdzie menu jest bardziej urozmaicone i różnorodne. Ludność uboga z terenów wiejskich cierpi tymczasem poważny problem głodu.
,,Przyszła do mnie kobieta. Mąż alkoholik - co nie zarobi to zaraz przepija, dzień dwa i nic mu nie zostaje na resztę miesiąca. Co nie przepije, to mu ukradną. Ma dwanaścioro dzieci, starsze już z nią nie mieszkają, pojechały szukać pracy. Ale w domu wciąż zostaje jej ósemka na utrzymaniu, najmłodsze ma chyba cztery latka. Prosiła mnie o trochę kukurydzy albo coś innego, co mogłaby dać dzieciom, mówi że odpracuje” - i odpracowuje. Siostra F. regularnie pomaga tej kobiecie, daje jej mąkę na ugali, kukurydzę czy fasolę. Kobieta pomaga w ogrodzie po kilka godzin dziennie, popołudniami wraca do siebie i przygotowuje coś dla dzieci. Nie chodzi o to, żeby cokolwiek odpracowywała. Oprócz samego jedzenia siostra daje jej również inne artykuły: przyprawy i leki - gdy któreś z dzieci jest chore. Tłumaczy kobiecie co gotować i jak, żeby wyszło więcej i na dłużej starczyło. Nie może jednak oddawać jej niczego ,,za darmo”, bo nim by się obejrzała, miałaby cały tłum ludzi proszących o pomoc, a pomocy może udzielić tylko najbardziej potrzebującym. A czasem i dla tych nie starcza.
Siostra prowadzi tu swojego rodzaju reformację na małą skalę naszej subukijskiej społeczności. Nie ma co prawda takiego szerokiego grona odbiorców, co nasi zakonnicy, którzy weekend w weekend przyjmują setki pielgrzymów i zatrudniają z pół setki pracowników. Stara się raczej dotrzeć do tych, z którymi ma bezpośredni kontakt: swoich pracowników, sąsiadów, ludzi którym udziela regularnej pomocy medycznej czy współsióstr z własnego zgromadzania, mieszkających poza Subukia. Tłumaczy w jaki sposób należy uprawić ogród czy pole, co warto hodować i w jakiej ilości by wystarczyło na zróżnicowany posiłek. Jak dbać o odzież, żeby dzieciaki nie biegały w wiecznie podartych ubraniach. Jak należy pielęgnować drobne rany by nie skończyło się to gangreną. W Polsce wydałoby się to banalne, ale tutaj taki rodzaj pomocy naprawdę ma wielkie znaczenie. ,,Ty nie zawracaj Panu Bogu głowy swoimi modlitwami, on tutaj nie ma czasu na nasze intencje. On musi czuwać nad nimi na każdym kroku, żeby sami sobie nie zrobili krzywdy.”- powiedział raz siostrze ojciec R.

***
Drugim wątkiem, jaki chciałem poruszyć przy okazji tego wpisu, jest - i tu się nieco pochwalę – fakt, że małymi kroczkami zbliżam się do magicznej granicy tysiąca wyświetleń. Przyznam się, że jestem nieco zaskoczony, iż moja inicjatywa w prowadzeniu tego bloga przetrwała aż tak długo. Tak więc, zgodnie z ogólnointernetową tradycją, w dniu przekroczenia pierwszej tysiączki powinienem zamieścić coś w stylu mojej rozbieranej selfie jako wyrazu wdzięczności lub czegoś równie banalnego. Na to bym się jednak nie nastawiał, na razie nie wiem jeszcze czy kolejne wpisy będą różnić się czymkolwiek od poprzednich i czy potysięcznowejściowy post będzie zawierał jakikolwiek bonus. Na chwilę obecną mogę tylko dodać, że w przeciwieństwie do strony głównej, dział Czarne Myśli  nie cieszy się popularnością i że obecnie wprowadzam ostanie poprawki do działu z moimi tekstami do pobrania. Z góry chciałbym przeprosić tych, którzy sięgnęli do tych tekstów przed ostateczną korektą.

- Bartosz P.

niedziela, 7 września 2014

Another day of life.

Studiowanie na odległość, które uprawiam od drugiej połowy marca tego roku, to jest od czasu jak opuściłem Polskę, ma swoje - jak to się mówi - plusy dodatnie i plusy ujemne. Pierwszym minusem jest to, że z każdej pracy należy się rozliczyć w uzgodnionym indywidualnie z każdym prowadzącym terminie, na ogół są oni jednak bardzo wyrozumiali i bardzo często idą na rękę studentowi w podobnej jak moja sytuacji, za co jestem im bardzo wdzięczny. Nie tyle minusem jest samo rozliczanie się z przygotowanych prac, bo to przecież jest wszak kwintesencją studenckiego życia, w szczególności gdy sesja za pasem. Chodzi głównie o to, że studentom zdarza się być nieprzygotowanymi do zajęć, zdarza się z przyczyn często niezależnych od naszych dobrych chęci i starań, nie udało się na przykład doczytać tekstów na zajęcia czy wskazanej przez prowadzącego pozycji książkowej. Wówczas zawsze, co nie raz się zdarzało, dopytać znajomych na papierosie przed zajęciami o to, co sami pominęliśmy albo zwyczajnie siedzieć cicho na zajęciach i starać się nie wychylać. Do czego zmierzam? Bądźmy szczerzy, na piętnaście czy dwanaście zajęć w semestrze, nie na każde człowiek musi być przygotowany. Z pracą indywidualną jest nieco trudniej, gdy dajmy na to każdy ze wskazanych tekstów należy zrecenzować, trudno posłużyć się tu zdawkową opowieścią kolegi, który ,,podobno czytał". W samodzielnej pracy sięgamy do źródeł i szukamy pomocy naukowych, szczególnie - i wiem to z własnego doświadczenia - gdy zbliża się termin nadsyłania prac. Nie mogąc liczyć na pomoce podawane nam jak na tacy przez wykładowców w formie licznych kserówek i proponowanych pozycji ,,na temat", odnajdujemy rzeczy na jakie prawdopodobnie nigdy byśmy nie trafili: cudze prace magisterskie i licencjackie, książki które istnieją tylko w internecie, bo komuś brakło na ich wydrukowanie czy obszerne dokumenty stworzone w PDFach. Nie zawsze są to rzeczy ciekawe i godne zaufania, jednak czasem trafi się jakaś perełka. Ale pomysł napisania tego posta narodził w się w nieco innych okolicznościach.
Narodził się po tym jak siadłem do czytania kolejnego Kapuścińskiego. Nie zrobiłem tego jednak z fascynacji twórczością króla polskiego reportażu, a zwyczajnie poszukiwałem kolejnej książki traktującej o Afryce, którą mógłbym szybko połknąć, a następnie wypluć w formie recenzji. Kapuścińskiego czyta się dość przyjemnie, więc na niego padło. I oto szok. Tytuł ,,Jeszcze dzień życia" pochłonął mnie całkowicie, w moim mniemaniu jest to najlepsza z książek tego autora, jaką do tej pory czytałem, a miałem już do czynienia z wieloma jego reportażami. Trudno oceniać mi ją jako jednolite dzieło, ponieważ poszczególne rozdziały przenoszą czytelnika w bardzo różniące się do siebie realia. Jednak, pośród nich znalazłem fragmenty, które moim zdaniem są majstersztykiem pracy reporterskiej, zarówno ze strony - że się tak wyrażę - technicznej, jak i doboru tematyki. Nie jestem jednak żadnym autorytetem w tej dziedzinie, a dorobek Kapuścińskiego został już doceniony po wielokroć, tak więc moje dalsze słodzenie nie ma tu wielkiego sensu. Podsumuję to tak: na mnie ta książka wywarła znacznie większe wrażenie, niż się tego spodziewałem kiedy zabierałem się za jej czytanie. Dlatego polecam i tyle. Tym bardziej, że trwają już prace nad ciekawie zapowiadającym się filmem opartym na wydarzeniach opisanych w tej właśnie książce, którego bohaterem będzie sam autor. Efekt podjętych nad filmem prac można zobaczyć już w kilkuminutowym zwiastunem . Ma on interesujący styl i jeżeli film zachowany zostanie w takiej właśnie konwencji, to z niecierpliwością będę go oczekiwał. Wyzwania podjęło się hiszpańskie studio Kanaki Films we współpracy z naszym rodzimym Platige Films, co może okazać się dobrym znakiem wróżącym ,,watchable" - że się tak wyrażę - efekt końcowy.        

Być jak miszcz Musashi.

Jest to drugi z pośród postów zamieszczanych z opóźnieniem, co tłumaczy jego nieaktualność. Może zwyczajnie musiały one odleżeć swoje bym podjął decyzję o jego zamieszczeniu. Poniższy wpis nie ma jednak zbyt wiele wspólnego z Afryką i nie drzemią w nim ukryte żadne błyskotliwe spostrzeżenia czy wnioski moich obserwacji.   


 ***

Kiedy piszę ten post, nie mam już internetu od prawie dwóch tygodni, przez co nie jestem pewien czy istnieje jeszcze jakikolwiek świat poza Subukia. Brak dopływu informacji z zewnątrz był uciążliwy przez pierwszy tydzień, z czasem człowiek jednak się przyzwyczaja.
Oczywiście mocno utrudnia nam to pracę, ale robimy co możemy i łudzimy się, że rozwiązanie tego problemu nadejdzie wraz z rychłą wizyta ojca K. i wyprawą do Nakuru. Póki co, dalej robimy swoje, na budowie mieliśmy sporo zajęć, ściany już stoją, a kolejnym etapem jest rozpoczęcie pracy nad dachem, ale najpierw trzeba dopilnować by filary, które wkrótce mają go podtrzymać były proste. Praca nad tym drobnym szczegółem zajęła nam ponad tydzień bezustannych poprawek i mierzenia. Moi ekstraordynarni budowlańcy nauczyli mnie, że w Afryce ,,prosto" niejedno ma imię.
Życie stało się niezwykle monotonne, byliśmy już wszędzie gdzie tylko da się dojść na piechotę, a ścieżki w koło sanktuarium znamy dosłownie na pamięć. Spacery, polowania z aparatem na ptaki i wspinaczki na okoliczne wzgórza stały się dla nas tak powszednie jak ugali, które dzień za dniem na śniadanie, obiad i kolację serwuje nam Lucy - nasza znienawidzona kucharka. Boimy się, że gdyby znała polski, już dawno by nas otruła.
Pracownicy z leżącej nieco poniżej sanktuarium farmy należącej do ojców, zaczęli reperować zniszczony płot biegnący wzdłuż drogi. Kilka dni temu Kasia znalazła kawałek drewna pozostawiony przez nich w miejscu, gdzie przygotowywali nowe paliki na płot. Zainspirowana jego kształtem postanowiła, że zrobi z niego łódkę, taką jakie robiło się w dzieciństwie z masztem z patyka i żaglem z....czegokolwiek. W poszukiwaniu narzędzi do wykonania Kasinej łódki udaliśmy się na farmę, gdzie znajduje się warsztat. Jak na złość drzwi były zamknięte, a odpowiedzialnego za klucze pracownika nigdzie nie było widać. Nieopodal warsztatu leżała spora sterta różnej długości i grubości belek i pali, które zapewne też miały iść na płot. I tam go spostrzegłem. Miał około dwa metry i dziesięć centymetrów  długości i jakieś osiem lub dziewięć centymetrów grubości na oko. W pierwszej chwili sękaty i lekko nieprosty, ale niewątpliwie skrywający olbrzymi potencjał, eukaliptusowy palik. Przypomniałem sobie słowa Big-Z na temat tego, że w odpowiednim kawałku drewna znajduje się już ukryta deska surfingowa, należy ją tylko wydobyć. Kierując się ta zasadą, postanowiłem zrobić  suburito,  dla nie wtajemniczonych - taki gruby boken. Mój palik zdawał się nadawać do tego wprost idealnie, problemem pozostawały narzędzia, ale jak to mówią - dla chcącego nic trudnego. I tak po niemal trzech dniach pracy z nieopisaną pomocą Katarzyny (dziękuję) oraz mierzenia, korowania, heblowania - bo wierzę, że tak nazywa się praca za pomocą hebla, a jeżeli tak to co za tym idzie także maczetowania i imadłowania, tomahawkowania, piłowania i papiero ścierowania - moje dzieło jest niemal gotowe. A w każdym razie gotowe na tyle, że wykonałem nim pierwsze dziewicze dwadzieścia shomenów. Pracując nad nim, w zamyślę pragnąłem osiągnąć coś podobnego do suburito, którym posługiwał się miszcz Miyamoto Musashi w filmie Samurai Ressurection, niestety niezbyt udało mi się zbliżyć do tego co planowałem. Choć muszę nieskromnie przyznać, że efekt i tak jest niezły przy tak marnym  zapleczu i zatrważająco niskim poziomie moich umiejętności stolarskich. Jak teraz o tym myślę, to za sukces można uznać to, że nadal mam wszystkie palce. Podczas pracy starałem się kierować zasłyszaną kiedyś od mojej znajomej zasadą zawartą w powiedzeniu że ,,Łatwiej kijek okorkować, niż go potem pogrubasić" - może dlatego filmowe suburito miszcza Musashiego wygląda smukło i wdzięcznie, a mój jak maczuga zbója Łamignata, ale i tak będę kochał go jak własnego.  
***
W przerwie w pisaniu tego posta, razem z Katarzyną skoczyliśmy na szczyt wzgórza do źródełka korzystając z przyjemnego zachmurzenia przed burzą. Po drodze na szczyt stwierdziłem, że będę wykonywał po dziesięć shomenuchi przy każdej stacji drogi krzyżowej prowadzącej na górę. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że droga krzyżowa ma sto czterdzieści shomenów.








Uczynna Katarzyna wykonała dokładną dokumentację mojej pracy, dziękuję.

czwartek, 4 września 2014

The grave of white man.

Zamieszczony poniżej tekst powstał już pewien czas temu, proszę zatem nie rozpatrywać go w kategoriach aktualności i nie sugerować się zwrotami w stylu: dzisiaj, wczoraj, w zeszłym tygodniu.

***

Dziś do naszych drzwi zapukała Lucy. Trudno powiedzieć w sumie kim jest Lucy, ale można uznać ją za kogoś pomiędzy gosposią, a kucharką. Do jej obowiązków należą takie rzeczy jak pranie, sprzątanie i gotowanie dla zakonników i ich gości. Wbrew pozorom, Lucy nie jest jednak sprzątaczką, ma pod sobą kilka osób, które okazjonalnie pojawiają się na terenie domu by dopilnować własnych obowiązków. Pełni ona swojego rodzaju zwierzchnictwo nad całym cywilnym personelem, ogrodnikiem, kowbojami i tak dalej. Lucy stoi na straży domu podczas nieobecności zakonników, dogląda wszystkiego na swój własny sposób, a mianowicie taki - by nie urągało to pełnionej przez niej wysokiej funkcji. Można zatem powiedzieć, że skoro kapitan na swoim okręcie jest pierwszym po Bogu to Lucy z całą pewnością byłaby druga. Miejsce pierwszego niezmiennie należy do zakonników, dzielą je oni egzekwować za pewne tego nieświadomi, gdyż przecież dla nich samych jasne jest, że najwyższym prestiżem cieszy się gwardian ojciec A, tuż za nim jest ten, któremu przypadło w udziale niechlubne stanowisko ekonoma - ojciec E, a dopiero na samym końcu znajduje się ojciec J. Który do dziś nie wiem jakie pełni stanowisko, ale z jego beztroskości i dobrego humoru wnioskuję, że nie łączą się z nim żadne szczególne obowiązki. Jednak dla większości śmiertelników i przybywających do sanktuarium pielgrzymów czy nawet pracowników, te niuanse podziału władzy pozostają skryte pod zasłoną szarych habitów. Tak wiec w pewnym sensie można uznać, że stanowisko Lucy jest znacznie bardziej eminentne, gdyż w przeciwieństwie do zakonników nawet w powszechnym mniemaniu z nikim go nie dzieli i nie zostawia co do tego najmniejszych wątpliwości. Jak pisał Karol Oglierd Borchardt - Jeżeli chcesz przeżyć swoje życie w spokoju, nie drażnij nigdy trzech osób: kucharza, kobiety i człowieka z nożem. Jako że Lucy pełni w tym przybytku funkcję ,,naczelnej" kucharki, a nikt nie lubi chodzić z pustym brzuchem, wszyscy w koło muszą bezwzględnie się z nią liczyć. I tak też czynią, począwszy od chłopaka zajmującego się psami, poprzez pasterzy i kowbojów, a kończąc na ojcach, którzy nie chcieliby wystawiać na próbę swoich umiejętności kulinarnych. 
Wracając do pukania - było to dość niespotykane, bo na ogół nikt nie puka do naszego pokoju, a o ile dobrze pamiętam, sama Lucy zapuściła się tu po raz pierwszy. Zapytała czy mamy kawę. Zaskoczony pytaniem odpowiedziałem, że owszem i wręczyłem jej część naszych własnych, prywatnych zapasów. Odłożoną na takie okazje jak ta, gdy ekonom nie wywiąże się ze swoich obowiązków należycie i zapomni o zakupach. Lucy przyjęła kawę z lekkim ociąganiem i odeszła. Nim zamknąłem drzwi, dostrzegłem kątem oka starszego jegomościa przechadzającego się po korytarzu. O dziwo był biały. Uznałem, że zapewne jest gościem naszych zakonników i wróciłem do swoich spraw.
Nie minęła godzina, kiedy rozległo się kolejne pukanie do drzwi. Tym razem w drzwiach stał starszy jegomość, na pierwszy rzut oka Kenijczyk. Krępy, z brodą i połyskującą łysinką na szczycie czaszki. Zwrócił się do mnie mniej więcej tymi słowami:
-Ojcze, przyjechaliśmy z daleka (tutaj podał długi i skomplikowany zlepieniec zawierający nazwę miasta, parafii wraz z wezwaniem i regionu, z którego przybywają - nic nie zrozumiałem) na obchody (znów długa i zgoła trudna do rozszyfrowania nazwa oznaczająca święto, które przyjechali tu celebrować), czy zechciałbyś odprawić dla nas mszę?
Zamurowało mnie. W nieskładny sposób zacząłem tłumaczyć staruszkowi, że nie jestem zakonnikiem i niestety nie dam rady odprawić dla niego mszy, ale bardzo chętnie pomogę mu w ustaleniu, czy w okolicy znajduje się ktoś, kto by mógł. Staruszek nieszczególnie wydawał się być zainteresowany moim wywodem, znacznie większą uwagę poświęcał wnętrzu naszego pokoju. Pod moim ramieniem zaglądał do środka i nawoływał powitania do siedzącej w głębi pokoju Kasi. Gdy udało mi się wreszcie zamknąć drzwi, poprowadziłem go w dół korytarza i poprosiłem by poczekał, podczas gdy ja zobaczę czy którykolwiek z ojców jest na górze. Wchodząc na górę, miałem niemiłe uczucie, że nikogo tam nie znajdę. Ojcowie wyjechali po śniadaniu i mieli pojawić się na kolację, a do siódmej zostało jeszcze nieco czasu. Wiedziałem, że Lucy już dawno się ulotniła i nie będzie z kim zostawić zabłąkanego pielgrzyma. Na piętrze zobaczyłem światło w jedym z pokojów, nie był to jednak pokój należący do żadnego z naszych zakonników. Mimo to postanowiłem spróbować.
Zastałem tam, jak sie okazało, naszego gościa. Ten sam biały staruszek, którego widziałem wcześniej na korytarzu. Przedstawił się, ze zmiękczonym przez Afrykę brytyjskim akcentem jako Ojciec ..... Nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, przedstawiłem mu pokrótce sytuację: że wygląda na to, że naszych duchownych jeszcze nie ma, a na dole czekają pielgrzymi i że nie bardzo wiem, co mam w tej sytuacji zrobić. Wspólnie zszedł ze mną na dół. Powitał czekającego tam na nas staruszka w swahili i zaczęli płynnie rozmawiać. Gdy zorientowali się, że nic nie rozumiem, Ojciec wyjaśnił mi, że ci pielgrzymi przyjechali jak się zdaje na te same uroczystości co on. Wyjaśnili całą sprawę i po chwili pielgrzym pożegnał się z nami wylewnie i poszedł.
Zaproponowaliśmy Ojcu kawę i siedliśmy wspólnie przy zastawionym do kolacji stole, mając nadzieję, że niebawem pojawią się ojcowie E. i J. Podczas rozmowy dowiedzieliśmy się sporo o naszym gościu, sami opowiadając mu też nieco o sobie. Okazało się, że jest on Irlandczykiem z Dublina, należącym do zgromadzenia braci Św. Patryka. Tłumaczył nam to obracając w palcach celtycki krzyżyk na swojej szyi. Widząc jego zaawansowany wiek i sposób, z jaka łatwością posługiwał się swahili, zakładałem że musi być w Kenii już od pewnego czau - i nie myliłem się. Z trudem mogłem uwierzyć, gdy powiedział, że jest tutaj od 1968 roku. Z zamyślonym spojrzeniem rozglądał się po jadalni próbując policzyć, ile upłynęło od tego czasu lat. Bez zająknięcia jednak wymienił nam wszystkie miejsca, do których trafił podczas swojej pracy misyjnej w tym kraju. Miał niezwykle przyjemny głos, jego angielski był podręcznikowy i z łatwością dawało się go zrozumieć, choć obfitował w pewne archaizmy, które tak bardzo jednak pasowały do sposobu wyrażania się mówiącego. Podczas kolacji słuchaliśmy jego opowieści o tym, jak podczas zamieszek w 2008 utknął w Nakuru i nie mógł się wydostać i tylko modlitwa była dla niego podporą w tym trudnym czasie. Z wielkim żalem opowiadał jak ludzie w tym czasie zwrócili się przeciwko sobie i jak jeden z jego współbraci - Kikuyu imieniem Kamau, został ukamienowany podczas powrotu do domu. Opowiedział nam nieco o grupie zgromadzonych na farmie poniżej pielgrzymów, którzy należą do ,,pionierów" - ruchu zapoczątkowanego przez członka tego samego zgromadzenia, co nasz gość, który w 1920 próbował nauczać irlandzkich dokerów o zgubnych skutkach nadużycia alkoholu. Potem Ojciec opowiedział nam o zagrożeniach związanych z malarią i o tym, jak sam chorował przez cały miesiąc, gdy zapadł po raz pierwszy na tę chorobę, a było to w 1962 roku w Port Calabar w Nigerii. Dopiero teraz opowiedział nam o tym, że owszem - do Kenii przybył w roku 1968 - ale wcześniej tuż po skończeniu seminarium spędził sześć lat w Nigerii, zwanej przez wzgląd na swój niegościnny klimat ,,the grave of white man". Opowiedział nam o tym, jak jego zgromadzenie nie miało dość pieniędzy by kupić im wszystkim bilety samolotowe, więc niektórzy z nich, tak jak on, musieli pokonać tę długą drogę na pokładzie statku. Droga z Irlandii zajęła im cztery tygodnie żeglugi, podczas których, jak mówi, zawijali do portów z wyładunkiem i załadunkiem nowych towarów. ,,Czułem się trochę jak na wakacjach"- opowiada, śmiejąc się.
W trakcie naszej rozmowy wybiła siódma i nadszedł czas na kolację, którą zaczęliśmy bez naszych wciąż spóźniających się zakonników. Chwila prawdziwej grozy nastała, gdy nasz gość postanowił poczęstować się jedną z ostrych papryczek postawionych na stole, którymi doprawialiśmy swoje posiłki razem z Kasią. Dość monotonną kuchnię Lucy zaczęliśmy sobie wraz z Kasią urozmaicać we własnym zakresie, na wszelkie możliwe sposoby, wszelkimi dostępnymi nam środkami. Dodawaliśmy ostrego sosu chili, czarnego pieprzu, mielonego czosnku, a gdy wszystkiego już brakło, zostawało świeże lub podsuszone piri-piri. Ojciec najwidoczniej zachęcony, postanowił też spróbować. Wziął mały gryz i nagle poczerwieniał na twarzy. Zaczął się dławić, krztusić i sinieć. Spoglądałem na niego zaniepokojony. Gestem dłoni dawał znać, że wszystko jest w porządku, z ledwością udawało mu się powstrzymać dławiący kaszel. No to ładnie - myślałem patrząc, jak biedny staruszek cierpi męki z powodu ostrej przyprawy. Pochłaniał szklanki wody jedna za drugą, a ja bałem się odwrócić od niego wzrok w obawie, że przegapię moment, kiedy będzie trzeba udzielić mu pomocy. Na całe szczęście udało mu się to przetrwać i reszta posiłku minęła już niezakłócona, a jego dobry humor szybko zatarł niemiłe wspomnienia niedoszłej tragedii.     

środa, 3 września 2014

Gettting dirty.

Popełniłem dziś jeden z największych podręcznikowych błędów dziennikarskich - nie nagrywałem. Ale zacznijmy od początku. Nigdy nie byłem fanem  gatunku prasowego, jakim jest wywiad. Do czytania to może nawet jeszcze, niektóre bywały nawet niczego sobie, ale jako autor zawsze trzymałem się od nich z daleka. No bo jak to dobrze przygotować? Ty siadasz, ktoś drugi na wprost ciebie i zadajesz pytania, on odpowiada, ty to spisujesz. I choć na uczelni mieliśmy kilka zajęć poświęconych tej tematyce i usłyszałem parę użytecznych porad, nigdy nie brałem się za wywiad poważnie.
Od kilku dni w Subukia gościła grupa, konkretnie czteroosobowa grupa zakonników, którzy w ramach projektu zostali wysłani tutaj na miesiąc z Włoch. Każdy z nich jest innej narodowości: Filipińczyk, Rumun, Chińczyk i Wenezuelczyk. Między sobą porozumiewają się po włosku, wszyscy do tej pory mieszkali w Rzymie gdzie zajmowali różne funkcje na franciszkańskim uniwersytecie. Po angielsku mówią raczej słabo za wyjątkiem misjonarza z Filipin. Odzywają sie raczej niewiele, toteż sytuacje przy stole bywają niezręczne, gdy rozmawiają między sobą po włosku sciszonymi głosami  i nikt nic nie rozumie, lub gdy Filipińczyk musi tłumaczyć wszystko na włoski by pozostali zrozumieli. Można zatem śmiało powiedzieć, że komunikacja z nimi jest nieco utrudniona. Przyjechali tu z Włoch by odwiedzić wszystkie franciszkańskie domy rozlokowane w Kenii, niektóre odwiedzali tylko przejazdem, w innych - tak jak w Subukia czy Ruiri - zostawali na dłużej. Miało to za zadanie dać im możliwość poznania nieco życia na misji i przygotować ich do ich dalszej pracy duszpasterskiej. Niektórzy z nich już niebawem opuszczą uniwersytet w Rzymie i wrócą do swoich krajów, by tam wypełniać nowe obowiązki. Byłem zaskoczony, dowiadując się nieco więcej o samym projekcie i o tym, jak funkcjonuje od kilku lat. Na uniwersytecie w Rzymie, gdzie studiowali, a obecnie pracują nasi goście, co roku proponuje się kilku zakonnikom możliwość odbycia miesięcznego wyjazdu do jednego z krajów, gdzie znajdują się obecnie franciszkańskie domy misyjne. Podczas swojej podróży mają oni możliwość doświadczyć, jak wygląda praca w innym kraju, czasem nawet na innym kontynencie. Zdobyte doświadczenia mają im pomóc w wykonywaniu wyznaczonych im przez zakon przyszłych funkcji i obowiązków.
Jako że w Subukia ostatnio nie dzieje się zbyt wiele, o czym można by pisać, tak więc uznałem za dobry pomysł porozmawiać z którymś z naszych gości, najlepiej tym, który choć trochę zna angielski. Do pomysłu wywiadu podchodziłem entuzjastycznie, choć raczej nie spodziewałem się po nim wiele. Do tej pory miałem już okazję zamienić kilka zdań z naszymi gośćmi przy okazji wcześniejszych spotkań - na przykład w Ruiri, gdzie mieszkali przez tydzień. Nie były to jednak ,,poważne" rozmowy, a raczej pogawędki przy posiłku, jednak na drodze zwykle stawała nam bariera językowa. Mimo wszystko postanowiłem spróbować. Wstyd mi teraz, gdy pomyślę jak niskie były moje pobudki, kiedy zabierałem się do tego pomysłu. Przy okazji wczorajszej kolacji zapytałem jednego z naszych gości, czy nie zechciałby odpowiedzieć na kilka moich pytań nim wyjadą. Zakonnik z Filipin zgodził się w zasadzie bez namawiania, to on z nich wszystkich mówił najlepiej po angielsku, postanowiłem więc zapytać jego. Bardzo podziękowałem, obiecałem przygotować kilka pytań i umówiliśmy się na następny dzień.
No i tutaj pojawia się problem. Widząc wcześniej mojego rozmówcę jako osobę, która nieczęsto zabiera głos w towarzystwie założyłem, że nasz ,,wywiad" będzie wyglądał podobnie: ja zadam kilka prostych pytań, a w zamian otrzymam zdawkowe odpowiedzi. Toteż nie przygotowałem zbyt wielu pytań, zaledwie parę, miałem je zapisane na wygniecionej kartce papieru, na której planowałem też wynotować co istotniejsze wnioski z naszej rozmowy. Jak już wcześniej wspomniałem, nie spodziewałem się zbyt wiele. I to był mój wielki błąd, rozmowa przebiegła fantastycznie. Oczywiście, kiedy planowałem całą rzecz nie pomyślałem żeby ją nagrać. Naprawdę chciałbym podzielić się tym, co przekazał mi mój rozmówca, niestety nie wszystko da się zapamiętać, a jeszcze trudniej przekazać treść wypowiedzi w dokładnie takich samych słowach jak wypowiadający je autor. Mimo wszystko spróbuję chociaż przybliżyć okoliczności samej rozmowy.
Ojciec Gabriel jest Filipińczykiem i jak w przypadku większości Azjatów, jego wiek jest dla mnie nie do odgadnięcia, może równie dobrze mieć dwadzieścia siedem, trzydzieści dwa, co czterdzieści lat. Późnym rankiem - wczesnym popołudniem, siedliśmy razem w tak zwanej rekreacji - taki salonik dla gości, kilka foteli, sof, mały drewniany stolik. Przez duże odsłonięte okna do środka wpadało ostre słońce zbliżającego się południa. Jeszcze raz opowiedziałem mojemu rozmówcy czym z grubsza się zajmuję, coś tam o studiach w Polsce i że w zasadzie rzadko miewamy tu gości, a tak interesujący jak on, którzy po raz pierwszy odwiedzają Afrykę i wciąż patrzą na nią ,,świeżym okiem" są prawdziwą rzadkością. Pierwsze pytanie było dość oczywiste, chciałem nieco poznać mojego ,,gościa". Zapytalem czym w zasadzie zajmuje się we Włoszech - na czym polegają tam jego obowiązki.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, ten cichy na co dzień człowiek nagle zaczął przemawiać płynnym angielskim, swobodnie używając metafor i porównań w sposób tak składny, że byłem w ciężkim szoku. Miałem wrażenie jakby był świetnie przygotowany do odpowiedzi na każde z pytań, które miałem mu za chwilę zadać. Przygotowanie mojego gościa i jego wyczerpujące odpowiedzi sprawiły, że poczułem jak bardzo nieprofesjonalnie zabrałem się do tego tematu.
Gabriel przyjechał z Filipin do Włoch trzy lata temu. Początkowo studiował na Franciszkańskim Uniwersytecie w Rzymie, po skończeniu studiów, które rozpoczął jeszcze na Filipinach zostały mu przydzielone obowiązki w domu studenckim, w którym do tej pory mieszkał. ,,Nie znałem imion wszystkich studentów, ale każdego z nich znałem z twarzy, każdą kropkę na twarzy"-mówi ojciec Gabriel. Opowiada mi o dużej jadalni, w której wspólnie spotykało się na posiłki ponad stu jego współbraci. Gdy co roku przygotowywali Year Book, to Gabriel robił zdjęcia wszystkim zakonnikom, stąd jego pamięć do ich twarzy.
Następnie opowiada mi dość dokładnie o celach programu, w którym bierze udział i że zaproponowano mu wyjazd już w zeszłym roku - zakonnicy jechali na Ukrainę. Odmówił jednak, stwierdził że skoro ma gdzieś jechać, to chce zobaczyć prawdziwą misję, dlatego od razu zgodził się, gdy zaproponowano mu Kenię w tym roku. ,,Spodziewałem się, że będzie brudno, będziemy spać na podłodze i każą nam jeść jakieś szalone rzeczy, wywiozą nas gdzieś na koniec świata do wioski na sawannie -takie było moje wyobrażenie o misjach w Afryce" mówi ojciec Gabriel, uśmiechając się. Teraz już wie, że wygląda to inaczej.
Jego pobyt tutaj dobiega końca i lada dzień wraca do Włoch, miał już okazję odwiedzić liczne misje franciszkańskie w Kenii i wie już, jak wygląda prawdziwa praca misyjna. Podczas naszej rozmowy dowiaduję się, że dla Gabriela powrót do Rzymu nie jest jedyną podróżą jaka czeka go w nadchodzącym miesiącu, przed końcem września wraca z powrotem na Filipiny, do domu. Czeka go tam przejęcie obowiązków jako ,,szefa" domu rekolekcyjnego, ma się zajmować nowicjatem. To znaczy, że będzie sprawował pieczę nad studentami przygotowującymi się do przyszłego życia jako zakonnicy. Będą to młodzi ludzie,   którzy podjęli już decyzję, jednak aż do przyjęcia ślubów mają wybór i możliwość odejścia. Do jego obowiązków będzie należało zapewnienie im wsparcia, służenie im rozmową i swoim czasem, również wsparciem duchowym. Pomoc w umocnieniu ich powołania, wytrwania w nim mimo prób i wątpliwości "z jakimi bez wątpienia każdy z nich będzie się borykał" mówi Gabriel. Wspomina o własnych początkach i o własnych ,,If - sach'', które zaprzątały w tym okresie jego umysł: co by było gdyby po skończeniu koledżu poszedł na studia, gdyby założył rodzinę, czy zostałby inżynierem jak planował, czy może kręciłby teraz filmy, tak jak zawsze marzył.
Opowiada mi o swojej pasji, fotografii. Tłumaczy mi, że jego zdaniem to pasja daje siłę w życiu, dzięki niej mamy energię do wypełniania swoich obowiązków, siłę do pracy.  Nawet z odbytej tutaj podróży prowadzi dokumentacje filmową, nagrywa rozmowy z towarzyszącymi mu współbraćmi i planuje w przyszłości stworzyć z tego krótki film dokumentalny. Opowiada mi o swoich wątpliwościach względem czekających go na Filipinach obowiązków. ,,To bardzo odpowiedzialne zadanie" - mówi. Opowiada mi o swoim przełożonym domu z czasów jeszcze przed złożeniem ślubów. ,,To był starszy człowiek z wielkim doświadczeniem, a każde wypowiedziane jego słowa były pełne mądrości. Gdy otwierał usta człowiek miał ochotę notować każde zdanie."
Pytam go, czy teraz po odbytej tu praktyce czuje się lepiej i pewniej, czy dostrzega jakąś różnicę w samym sobie po zdobytych na misji doświadczeniach. "Tak" - odpowiada bez chwili wahania. Spodziewałem się takiej odpowiedzi, wspominał już wcześniej jak wiele zyskał podczas tej podróży, o tym jak poszerzyła jego horyzonty i przełamała wiele schematów i stereotypów. Gdy opowiada o tym, jest bardzo podekscytowany i rozentuzjazmowany, nie mam potrzeby zadawać żadnych pytań, sam bez mojej pomocy opowiada mi całą historię swojego pobytu tutaj i robi to w taki sposób, że z przyjemnością się go słucha.
Raz po raz spoglądam na zabazgraną kartkę z pytaniami, z której nie jestem w stanie nic odczytać, ale też i nie potrzebuję. Swoją opowieścią sam podsuwa mi kolejne wątki warte poruszenia. Pytam, czy będzie próbował jakoś wykorzystać zdobyte tu doświadczenia, może spróbuje wprowadzić jakieś zmiany gdy już trafi na swoją nową misję. Odpowiada, że praca w Afryce otworzyła go na ludzi i dopiero teraz widzi jakie to ważne i jak bardzo mu tego brakowało. W Europie wszystko jest bardziej sztywne mówi: ,,Bardziej szare, a wiernym we Włoszech czy Filipinach brakuje kolorów. Ludzie tutaj mają te kolory. Na Filipinach przejęliśmy obrządek od Hiszpanów, toteż jest on bardzo sztywny i ponury, tutaj ludzie w kościele zachowują się zupełnie inaczej." Teraz dopiero dostrzega, że w Europie kapłani odgrodzili się w pewnym sensie od ludzi, msze są od do, zaczynają się i kończą o konkretnych godzinach - tutaj opowiada na podstawie swoich doświadczeń z Ruiri. Msza może się przeciągnąć i nie da się przewidzieć kiedy się skończy. A po mszy ktoś może potrzebować rozmowy i też nie wolno go zbywać. Jak mówi ,,Ojcowie tutaj naprawdę SPĘDZAJĄ czas z ludźmi".
Doświadczeniem, które najprawdopodobniej zrobiło na nim największe wrażenie jest czas spędzony w Ruiri. To misja na suchych równinach, jest tam bardzo gorąco, wszędzie pełno drobnego czerwonego kurzu, który wdziera się dosłownie wszędzie, roi się tam od węży, a woda pełna jest bakterii. Zakonnicy muszą tam odwiedzać oddalone od nich nawet o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości i wspólnoty, bo nie wszyscy mogą pozwolić sobie na dojechanie do kościoła. Takich miejsc, które trzeba odwiedzić w koło misji znajduje się kilkadziesiąt. Msze odprawia się tam w świetlicach, a czasem nawet w domach wiernych. Zakonnicy zajmują się też regularnym odwiedzaniem chorych w swojej parafii. To jest prawdziwa praca misyjna - mówi Gabriel. ,,Getting dirty" jak to nazywa. Wspomina też o tym, że zakonnicy, których tutaj poznał zbliżają się nie tylko do wiernych czy siebie nawzajem, ale także do ziemi. Mówię, że w każdej niemal z misji jest ogród czy zagroda ze zwierzętami: kury, owce, kozy, wszystko to wymaga pracy. ,,Każdy prosty zakonnik może kiedy chce wyjść na świeże powietrze i zająć się pracą przy zwierzętach czy posprzątać ogród" - dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że on nigdy nie musiał tego robić. Owszem, miał obowiązki, ale zupełnie inne. Siedzenie przy komputerze to nie to samo, taka praca nie daje ci się zastanowić nad sobą. Mówi, że przez pobyt tutaj poczuł, jak ważne są proste rzeczy w życiu zakonnika.
Pytam, co z pobytu w Kenii zapamięta najlepiej - niekoniecznie związanego z jego pracą misyjną. Zastanawia się przez chwilę. ,,To bardzo klasyczne" - mówi - ,,ale moje pierwsze spotkanie z dziećmi. Byliśmy w Nairobi i byłem zaskoczony zachowaniem dzieci. Przybiegały i wyciągały ręce na powitanie, były bardzo przyjacielskie. Zdziwiłem się, przecież to tylko dzieci, dorośli to co innego, ale dzieci. Zdawały się zupełnie o tym nie myśleć. Nie myślały w kategoriach: ja dorosły - ty dziecko, zobaczyły kogoś zupełnie obcego i po prostu postanowiły się przywitać. Uścisnęliśmy ich dłonie, a one poprosiły mnie żebym coś dla nich zaśpiewał i gdy tylko kucnąłem, zaczęły dotykać moich włosów". Opowiada o tym z poruszeniem, widać że rzeczywiście było to dla niego duże przeżycie. Znów używa zwrotu ,,Getting dirty" - staje się ona dla nas swojego rodzaju synonimem wychodzenia do ludzi.
Śmiejąc się, opowiada mi o swojej ,,przypadłości" - otóż jest obsesyjnym pedantem, jeżeli chodzi o czystość, w szczególności rąk. Nawet jego współbracia śmieją się z niego z tego powodu, bo traci mnóstwo czasu, gdy walczy z kawałkiem mięsa za pomocą noża i widelca zamiast zwyczajnie użyć rąk, jak się to przyjęło w Afryce. Opowiada, że nie lubi kurzu i brudu, bardzo często myje ręce. Co czyni jego doświadczenia z Ruiri jeszcze ciekawsze. Bardzo cieszy go, że odwiedzili wszystkie franciszkańskie misje w takiej właśnie kolejności, bo teraz gdy już są w Subukia i lada moment mają wracać, może spokojnie wszystko przemyśleć i zastanowić się nad spędzonym tu czasem, to miejsce jest idealne do rozmyślań i wyciszenia.
Mówi też, jak wielką przyjemność sprawiła mu nasza rozmowa, bo dopiero teraz dotarło do niego, że opowiadając o tym, w pewien sposób porządkuje to sobie w głowie, a bardzo tego potrzebował.
 
Dziękujemy sobie wzajemnie za rozmowę i rozchodzimy się do swoich spraw.         

czwartek, 28 sierpnia 2014

Odległe echa wybuchów.

Jest to już trzeci post który piszę bardziej popychany do tego wyrzutami sumienia i tym że ,,tak wypada" niż chęcią podzielenia się czymkolwiek z potencjalnym czytelnikiem. Obserwuję nieuchronną agonię mojego bloga która może być przejawem próby czasu, to czy ja przetrwa dopiero ma się rozstrzygnąć podobnie jak los tego posta. Ostatnie dwa napisane przeze mnie posty uznałem za zbyt banalne i nierzeczowe by zrobić z nimi cokolwiek więcej niż zachować zawarte w nich przemyślenia na lepsze czasy. Może temu tekstowi uda się przezwyciężyć fatum.
W przeciwieństwie do Kasia która płodzi tekst za tekstem i publikuje niemal co dziennie nie mogłem ostatnimi czasy znaleźć nic wartego opisania. Postawiłem zatem zacząć od tego że zdementuję parę plotek.
Znajomi z polski i zagraniczne portale informacyjne na każdym kroku bombardują nas wieściami o pogarszającej się sytuacji w Kenii. O wzmożonym zagrożeniu terrorystycznym, biura podróży ,,ratują" sowich turystów ściągając ich z powrotem a kraje kategorycznie odradzają wizyty w Kenii. Sytuacja w Sudanie jest coraz bardziej napięta a na domiar złego znajdujemy się na pierwszej linii w zbliżających się zmaganiach z wirusem Eboli.
Prawdę powiedziawszy o większości tych tak zwanych ,,katastrof" które dotykają kani dowiaduję się z kilkudniowym opóźnieniem od znajomych śledzących media w Polsce (ukłon w stronę Filipa). Tak wiec żyjąc w kraju niemal rozdartym wojną domową i czekającym na atak zabójczego wirusa mam się niczego sobie. Wczoraj byłem na kawie i ciastku i stwierdzam że atmosfera napięcia jest dobrze maskowana za co pewnie powinniśmy być wdzięczni świetnie zorganizowanemu rządowi który jak zawsze przecenia potrzeby zwyczajnego zjadacza ugali nad własne animozje. A nieco poważniej, to wydaje mi się ,że napięcie związane z zagrożeniami terroryzmem nie tylko nie wzrasta ale wręcz zmalało, choć może być to jedynie cisza przed burzą. W kenijskich mediach nie pisze się już ani nie mówi o polowaniu na nielegalnych imigrantów co było tematem numer jeden jeszcze kilka miesięcy temu. Na temat Eboli w gazetach można przeczytać tylko tyle że zagrożenie istnieje, przedsięwzięto jednak kroki w formie uszczelnienia granic, szczególnie Ugandyjskiej i Tanzanijskiej a w szpitalach przygotowano łóżka (jeżeli chodzi o ścisłość to dwadzieścia łózek, nie pamiętam tylko czy w skali kraju czy może w każdym szpitalu) na wypadek mało prawdopodobnego wybuchu epidemii. Mówiło się nieco o perspektywie wycofania kenijskich sił zaangażowanych w konflikt w Sudanie ale i ta sprawa zostało zagłuszona przez przepychanki w rządzie i kolejne oskarżenia którymi obrzucają się członkowie parlamentu. O tym czyta się teraz na pierwszych stronach gazet, nieco dalej można natrafić na niesamowite, wzruszające historie ludzi którzy mimo przeciwności losu zrobili kariery i dzięki ciężkiej pracy osiągnęli to czego inni nie potrafią albo im się nie chce. Dalej są wykryte przemyty, kości słoniowej, narkotyków i informacje o tym w jak błyskotliwe efekty daje współpraca sił kenijskich i Interpolu. Na koniec kilka większych afer związanych z przetargami na budowę nowych dróg.
Kiedy kilka dni temu spacerowałem przez zatłoczone centrum Nairobi nie zaobserwowałem niczego niepokojącego. Liczba krzykaczy na skrzyżowaniach ulic znacznie zmalała w porównaniu do sytuacji z przed paru miesięcy a ochrona uzbrojona w wykrywacze metalu z mniejszym zaangażowaniem sprawdza przechodniów. 
Ostatni tydzień naszego pobytu w Keni można uznać za pełen atrakcji. Odwiedzili nas goście z polski których wizyta dała nam pretekst do odwiedzenia kilku parków i ruszenia się z Subukia gdzie budowa nadal powoli posuwa się naprzód. Przyjdzie nam jednak jeszcze nieco poczekać nim ujrzymy dach nad budynkiem naszej stolarni. Z przykrością muszę przyznać że kompletny brak zainteresowania projektem ze strony kogokolwiek jest co najmniej niepocieszający. Zainteresowania budowaną przez nas szkołą nie wykazują ani miejscowi, pośród których rozpuściliśmy umiejętnie wici ani nawet sami robotnicy którzy tęże szkołę budują. Oglądając zdjęcia przedstawiające uśmiechniętych budowlańców ramie w ramie z wolontariuszami stawiających zgrabne chatki na filipinach zastanawiam się czy środki rozweselające dostają wszyscy przychodząc do pracy czy tylko ci wybrani którzy potem mają trafić na zdjęcia. Z grobowych wyrazów twarzy naszych budowlańców można by raczej wyczytać ze budują chlewik lub krematorium a nie finansowane przez zagraniczny rząd wysokiej klasy centrum kształcenia zawodowego które ma odmienić życie przyszłych pokoleń całego regionu. Nauczony doświadczeniem następny projekt postaram się realizować na Jamajce, tępo pracy i mentalność podobna a przynajmniej ekipa będzie bardziej uśmiechnięta. 
taki wrak ku przestrodze wita nas przed wjazdem do Meru

kenijskie pola ryżowe

kenijskie pola ryżowe dwa

matatu po zderzeniu z wojskowym land roverem

wtorek, 17 czerwca 2014

Kariuki i jego las.



Czasem tak bywa, że człowiek pod wpływem bodźców zewnętrznych lub jakiegoś wewnętrznego zewu czuje nieodpartą potrzebę zrobienia czegoś. Przyjęło się ostatnio żartować, że człowiek, któremu przydarzy się coś podobnego, powinien sobie spokojnie usiąść i poczekać aż mu przejdzie. Nasza potrzeba zrobienia czegoś, znalazła ukierunkowane ujście w formie pieszej wyprawy do oddalonego nieco od Subukia Nyahururu. Tak więc skoro już nie usiedliśmy i nie poczekaliśmy, to postanowiłem opisać jakie miało to konsekwencje.
Sam pomysł wyprawy narodził się kilka dni wstecz, gdy wybraliśmy się na przechadzkę i polowanie na kolejne zdjęcia ptaków do kolekcji Kasi. Podczas spaceru zawędrowaliśmy na szczyt pobliskiego wzgórza - tego na którym poprzednim razem spotkaliśmy Irene i jej młodszego brata, Wilsona. Dzieci pojawiły się i tym razem, choć trudno stwierdzić czy te same, z całą pewnością nie było z nimi Wilsona. Tego małego człowieczka o niebagatelnym  imieniu akurat bym poznał. Dzieciaki oczywiście nie dały nam już spokoju aż do zejścia na dół, skutecznie płosząc Kasi wszystkie ptaki. Wskazały nam jednak drogę do Nyahururu.
Po powrocie do domu postanowiliśmy, że w niedługim czasie znów wdrapiemy się na górę i sprawdzimy gdzie droga rzeczywiście prowadzi. Zaplanowaliśmy zabrać ze sobą jakieś drobne zapasy na drogę i takie tam.
No i stało się, wczorajszy wieczór spędziliśmy smażąc placki ziemniaczane. Uprzedziliśmy, że nie będzie nas na obiedzie, a dzisiejszego ranka wstaliśmy wcześniej, po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Nastroje dobre, kondycja nieco gorsza, trzymały nas jeszcze zakwasy po ostatniej wycieczce, ale nic to - jak mawiał mały rycerz.
Wspięcie się na szczyt wzgórza zajęło nam rekordowo krótki czas. Gdy dotarliśmy na górę, łąki i trawiaste pastwiska wciąż lśniły rosą chłodnego poranka. Dzieciaków jeszcze nigdzie nie było widać, gdy cicho przemykaliśmy przez opustoszałą osadę nim ta jeszcze przebudziła się na dobre. Wychodzący w pola ludzie patrzyli na nas w ciszy ze zdumieniem jeszcze większym niż zwykle, no bo  skąd na takim odludziu dwóch białasów o tak wczesnej porze? Napotkanych ludzi pytaliśmy o drogę by upewnić się czy na pewno utrzymujemy słuszny kierunek. Za cel obraliśmy sobie sforsowanie góry, przez którą - jak mniemaliśmy - prowadziła droga na skróty do naszego celu. Pytani o drogę miejscowi informowali nas, że kierunek mamy właściwy, droga którą szliśmy miała za parę kilometrów spotkać się z asfaltówką, skąd z łatwością złapiemy matatu do Nyahururu. No ale gdzie tu zabawa i przygoda. Z coraz większą desperacją zaczęliśmy szukać odnogi, która zaprowadziłaby nas na szczyt wzgórza wyrastającego po naszej prawej stronie i uchroniła nas od wielogodzinnego marszu wzdłuż asfaltowej drogi. Kilkukrotnie skręcaliśmy w wąskie ścieżynki odchodzące w bok, mając nadzieję, że wreszcie uda nam się zbliżyć do odległej góry. Niestety, wszystkie kończyły się po parudziesięciu metrach płotem lub czyimś polem i wiązkami drutu. Wreszcie znaleźliśmy ścieżynkę, a na niej wiele śladów zwierząt odciśniętych w błocie, z grubsza prowadziła we właściwym kierunku. Postanowiliśmy spróbować. Dróżka biegła wzdłuż pola, na którym nagle na nasz widok ustały wszystkie prace, a zaskoczeni rolnicy przyglądali nam się z zaciekawieniem. Po paru minutach ścieżka zaczęła wznosić się coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie stanęliśmy przed gęstwiną pnącego się w górę stromego zbocza lasu. Pośród bujnej roślinności niknęła ledwie widoczna ścieżka. No i tu dopiero zaczęła się cała zabawa, maczetą wyrąbywałem sobie drogę przez zarośla i mozolnie parliśmy naprzód. Im dalej, tym droga była bardziej zarośnięta, a wzgórze stawało się coraz bardziej strome. Nie wiedząc czy dokądkolwiek to prowadzi, zacząłem mieć pewne wątpliwości. Wiedzieliśmy przecież, że nie damy rady przerąbać się na sam szczyt, miałem cichą nadzieję, że nasza ścieżka niebawem połączy się z jakimś bardziej uczęszczanym szlakiem prowadzącym na górę. Niestety, nic na to nie wskazywało, a droga robiła się coraz gorsza i z trudem odnajdowałam już zarośniętą ścieżynkę. Gdy już niemal się poddaliśmy i byliśmy gotowi zawrócić, po drugiej stronie zarośli dostrzegłem zbliżającą się postać. Wyglądało na to, że również kieruje się na szczyt, równolegle do nas. Okazało się, że obok rzeczywiście była druga droga. Mężczyzna przystanął i jakby się mogło zdawać, czekał aż do niego dołączymy. Na kolanach (dosłownie) przeszliśmy kilka metrów gęstych krzaków i wdrapaliśmy się na błotnistą ścieżkę pnącą się w górę zbocza. Przywitaliśmy się z napotkanym miejscowym, a on po prostu bez słowa ruszył na górę. A my za nim. Trzymał się z przodu, kilka metrów przed nami, pokazując nam drogę.  Gdy przystawaliśmy by nabrać oddechu on też stawał i czekał aż będziemy gotowi iść dalej. I tak powoli szliśmy na górę, przy kolejnym postoju przedstawiłem się naszemu anonimowemu przewodnikowi, a on zrewanżował mi się tym samym. Nazywał się Kariuki - no bo jakże by inaczej. To bardzo popularne w Kenii nazwisko i jest takim odpowiednikiem polskiego Kowalskiego. A potem powiedział coś, co nieco mnie zaniepokoiło: ,,To mój las”.
No i mamy problem - pomyślałem sobie. Jak na razie Kariuki spokojnie prowadził nas na szczyt, ale weszliśmy na jego ziemię. Zacząłem się zastawiać czy zażąda od nas jakiejś zapłaty za to wtargnięcie - no i za usługi przewodnika. Gdy dotarliśmy wreszcie na szczyt, już po raz drugi mieliśmy okazję w tym dniu podziwiać niemal alpejskie krajobrazy zielonych łąk. Uznaliśmy, że to odpowiednia pora na drobny odpoczynek: herbatka i placki. Oczywiście poczęstowaliśmy też naszego Kariukiego, dając mu kolejne placki. Miał gość, cholera, apetyt. Miałem cichą nadzieję, że zaraz się rozstaniemy i spokojnie każdy pójdzie w swoją stronę. Kilkakrotnie już przeprosiłem go za wejście do jego lasu tłumacząc, że nie wiedzieliśmy, że to jego ziemia. Twierdził, że nie ma problemu, co wróżyło nie najgorzej. Gdy już wypoczęliśmy, podziękowałem bardzo Kariukiemu, zapytałem o dalszą drogę i jeszcze raz przeprosiłem za wtargniecie. Powiedziałem też, że dalej poradzimy sobie sami i że nie chcielibyśmy zabierać mu jego cennego czasu. Kariuki zgodził się ze mną, po czym oświadczył, że czas w drogę i ruszył ścieżką, którą wskazał jako prowadzącą do Nyahururu.
Tak narodził się kolejny problem. Nasz przewodnik twierdził, że nie zna angielskiego, mówił prawdę albo udawał - trudno powiedzieć. Podczas drogi wielokrotnie zapewniałem go, że dalej poradzimy sobie sami i że może już wracać do domu, ale on za każdym razem przytakiwał i szedł dalej. Czuliśmy się nieco niezręcznie rozmawiając przy nim po polsku. Ilekroć to robiliśmy, przyglądał nam się ciekawie, tak wiec maszerowaliśmy za nim w ciszy, sfrustrowani niezręczną sytuacją, knując w jaki sposób można by się go w sposób kulturalny pozbyć. Jedzenia i picia zostało nam na tyle mało, że nie mogliśmy sobie pozwolić na dalsze częstowanie go, wiec o zjedzeniu czegokolwiek samemu też nie było mowy, przynajmniej dopóki był z nami. No i tak to trwało, my milczeliśmy, a przymusowe towarzystwo naszego przewodnika coraz bardziej psuło nam humor. Aż wreszcie okazało się - Kariuki zrobił to, czego od dawna się obawiałem - poprosił nas o pieniądze i oświadczył, że jak je dostanie to sobie pójdzie. Natychmiast zapewniłem go, że pieniędzy nie mam, bo wybraliśmy się tylko na pieszy spacer, wiec nie przewidywałem żadnych większych wydatków i mam przy sobie tylko drobne, których nie mogę mu dać, bo będę ich potrzebował na drogę powrotną z Nyahururu. Nie do końca było to zgodne z prawdą, miałem przy sobie nieco pieniędzy, ale rzeczywiście niewiele. Nie miałem jednak zamiaru płacić mu tylko za to, żeby się od nas odczepił. Kariuki nieco posmutniał, mimo to stwierdził, że będzie nam towarzyszył dalej. Gdy dotarliśmy do następnej osady, Kariuki znów coś wybąkał w swahili. Jak się okazało nieco dalej chodziło mu chyba o to, że zbliża się koniec naszej wspólnej wędrówki. Rozstaliśmy się na skrzyżowaniu. Kariuki wskazał nam właściwy kierunek jeszcze raz, tym razem po raz ostatni podziękowałem mu za pomoc i życzyłem bezpiecznej podróży.
Nie przedłużając, droga którą wskazał nam Kariuki po kilku godzinach doprowadziła nas wreszcie do asfaltówki biegnącej do Nyahururu. Nie mieliśmy już sił dłużej jej unikać i szukać miej uczęszczanych skrótów. Zdecydowaliśmy się wreszcie na marsz wzdłuż szosy. Nagrzany asfalt i co chwila zaczepiający nas ludzie zaskoczeni widokiem dwóch białasów idących wzdłuż drogi z plecakami, szybko wyssały z nas resztki energii i entuzjazmu. Po kolejnej godzinie dotarliśmy do malutkiej miejscowości-naprawdę malutkiej. Parę domków, mały hotelik i knajpka. Usilnie próbowaliśmy się dowiedzieć jak daleko nam jeszcze zostało, ale odległości podawane przez miejscowych wahały się pomiędzy jeden a piętnaście kilometrów...poddaliśmy się. Stwierdziliśmy, że i tak przeszliśmy już dość, a dalsza wycieczka nie ma wielkiego sensu jeżeli nie zdecydujemy się wziąć matatu. Ale nie o to przecież chodziło. Obawialiśmy się, że jeżeli zdecydujemy się iść dalej, możemy dotrzeć do Nyahururu za kilka godzin, ale nie starczy nam wówczas czasu już na nic więcej - początkowo planowaliśmy tam coś zjeść i nieco odpocząć, ale jeżeli będziemy na miejscu zbyt późno, zwyczajnie nie będzie już  na to czasu. Poza tym, z każdą chwilą marszu rosła cena jaką będziemy musieli zapłacić za powrót do Subukia - mówię tu o opłacie za przejazd matatu - im dalej, tym drożej. W końcu zdecydowaliśmy się usiąść gdzieś i nacieszyć się chodź chwilę tym aktywnie spędzonym dniem.
Po raz kolejny okazało się, że zimne piwo jest najlepszym chyba zwieńczeniem długiej podróży. Doszliśmy do wniosku, że po to człowiek właśnie zdobywa szczyty, przedziera się przez dżunglę i forsuje rzeki, by po powrocie do cywilizacji z nieopisaną satysfakcją napić się piwa.
Droga powrotna przebiegła błyskawicznie, choć nieco nietypowo. Znudzeni czekaniem na nienadjeżdżające matatu, postanowiliśmy spróbować szczęścia łapiąc stopa - niczym Kinga Choszcz - autorka niedawno przeczytanej książki „Moja Afryka” . Mieliśmy stuprocentową skuteczność, już pierwszy samochód zatrzymał się, by zapytać dokąd jedziemy. Podwiozła nas para studentów wracających z miasteczka do uniwersyteckiego kampusu. Gdy tylko rozstaliśmy się z uczynnymi studentami, pojawiła się w srebrnej terenówce prawdziwa kenijska businesswoman, która jadąc do Nakuru chętnie podwiozła nas już do samego Subukia. 



Kasia i nasz Kariuki.



Kolejny forfiter.

Nie ma to jak frytki z gazety w ulubionym barze.

Szczyt wzgórza w o poranku.

Dzieci na zdjęciu z zaciekawieniem obserwują muzungu który niewrażliwy na ich czarne wdzięki drzemie sobie na trawie.
Tak wiec podsumowując - choć nie udało nam się dotrzeć do Nyahururu jak planowaliśmy i towarzystwo namolnego przewodnika mocno uprzykrzyło nam kilka godzin wędrówki, to wyprawę uważam ogólnie za udaną. Planuję ją jeszcze powtórzyć, tym razem znamy już drogę i kto wie - może niebawem podejmiemy kolejną próbę dotarcia tam pieszo. Może tym razem uda nam się umknąć uwadze Kariukiego, właściciela lasu.   
Zamieszczam też link do mojego picassa dla tych którzy chcieli by zobaczyć więcej zdjęć.