środa, 3 września 2014

Gettting dirty.

Popełniłem dziś jeden z największych podręcznikowych błędów dziennikarskich - nie nagrywałem. Ale zacznijmy od początku. Nigdy nie byłem fanem  gatunku prasowego, jakim jest wywiad. Do czytania to może nawet jeszcze, niektóre bywały nawet niczego sobie, ale jako autor zawsze trzymałem się od nich z daleka. No bo jak to dobrze przygotować? Ty siadasz, ktoś drugi na wprost ciebie i zadajesz pytania, on odpowiada, ty to spisujesz. I choć na uczelni mieliśmy kilka zajęć poświęconych tej tematyce i usłyszałem parę użytecznych porad, nigdy nie brałem się za wywiad poważnie.
Od kilku dni w Subukia gościła grupa, konkretnie czteroosobowa grupa zakonników, którzy w ramach projektu zostali wysłani tutaj na miesiąc z Włoch. Każdy z nich jest innej narodowości: Filipińczyk, Rumun, Chińczyk i Wenezuelczyk. Między sobą porozumiewają się po włosku, wszyscy do tej pory mieszkali w Rzymie gdzie zajmowali różne funkcje na franciszkańskim uniwersytecie. Po angielsku mówią raczej słabo za wyjątkiem misjonarza z Filipin. Odzywają sie raczej niewiele, toteż sytuacje przy stole bywają niezręczne, gdy rozmawiają między sobą po włosku sciszonymi głosami  i nikt nic nie rozumie, lub gdy Filipińczyk musi tłumaczyć wszystko na włoski by pozostali zrozumieli. Można zatem śmiało powiedzieć, że komunikacja z nimi jest nieco utrudniona. Przyjechali tu z Włoch by odwiedzić wszystkie franciszkańskie domy rozlokowane w Kenii, niektóre odwiedzali tylko przejazdem, w innych - tak jak w Subukia czy Ruiri - zostawali na dłużej. Miało to za zadanie dać im możliwość poznania nieco życia na misji i przygotować ich do ich dalszej pracy duszpasterskiej. Niektórzy z nich już niebawem opuszczą uniwersytet w Rzymie i wrócą do swoich krajów, by tam wypełniać nowe obowiązki. Byłem zaskoczony, dowiadując się nieco więcej o samym projekcie i o tym, jak funkcjonuje od kilku lat. Na uniwersytecie w Rzymie, gdzie studiowali, a obecnie pracują nasi goście, co roku proponuje się kilku zakonnikom możliwość odbycia miesięcznego wyjazdu do jednego z krajów, gdzie znajdują się obecnie franciszkańskie domy misyjne. Podczas swojej podróży mają oni możliwość doświadczyć, jak wygląda praca w innym kraju, czasem nawet na innym kontynencie. Zdobyte doświadczenia mają im pomóc w wykonywaniu wyznaczonych im przez zakon przyszłych funkcji i obowiązków.
Jako że w Subukia ostatnio nie dzieje się zbyt wiele, o czym można by pisać, tak więc uznałem za dobry pomysł porozmawiać z którymś z naszych gości, najlepiej tym, który choć trochę zna angielski. Do pomysłu wywiadu podchodziłem entuzjastycznie, choć raczej nie spodziewałem się po nim wiele. Do tej pory miałem już okazję zamienić kilka zdań z naszymi gośćmi przy okazji wcześniejszych spotkań - na przykład w Ruiri, gdzie mieszkali przez tydzień. Nie były to jednak ,,poważne" rozmowy, a raczej pogawędki przy posiłku, jednak na drodze zwykle stawała nam bariera językowa. Mimo wszystko postanowiłem spróbować. Wstyd mi teraz, gdy pomyślę jak niskie były moje pobudki, kiedy zabierałem się do tego pomysłu. Przy okazji wczorajszej kolacji zapytałem jednego z naszych gości, czy nie zechciałby odpowiedzieć na kilka moich pytań nim wyjadą. Zakonnik z Filipin zgodził się w zasadzie bez namawiania, to on z nich wszystkich mówił najlepiej po angielsku, postanowiłem więc zapytać jego. Bardzo podziękowałem, obiecałem przygotować kilka pytań i umówiliśmy się na następny dzień.
No i tutaj pojawia się problem. Widząc wcześniej mojego rozmówcę jako osobę, która nieczęsto zabiera głos w towarzystwie założyłem, że nasz ,,wywiad" będzie wyglądał podobnie: ja zadam kilka prostych pytań, a w zamian otrzymam zdawkowe odpowiedzi. Toteż nie przygotowałem zbyt wielu pytań, zaledwie parę, miałem je zapisane na wygniecionej kartce papieru, na której planowałem też wynotować co istotniejsze wnioski z naszej rozmowy. Jak już wcześniej wspomniałem, nie spodziewałem się zbyt wiele. I to był mój wielki błąd, rozmowa przebiegła fantastycznie. Oczywiście, kiedy planowałem całą rzecz nie pomyślałem żeby ją nagrać. Naprawdę chciałbym podzielić się tym, co przekazał mi mój rozmówca, niestety nie wszystko da się zapamiętać, a jeszcze trudniej przekazać treść wypowiedzi w dokładnie takich samych słowach jak wypowiadający je autor. Mimo wszystko spróbuję chociaż przybliżyć okoliczności samej rozmowy.
Ojciec Gabriel jest Filipińczykiem i jak w przypadku większości Azjatów, jego wiek jest dla mnie nie do odgadnięcia, może równie dobrze mieć dwadzieścia siedem, trzydzieści dwa, co czterdzieści lat. Późnym rankiem - wczesnym popołudniem, siedliśmy razem w tak zwanej rekreacji - taki salonik dla gości, kilka foteli, sof, mały drewniany stolik. Przez duże odsłonięte okna do środka wpadało ostre słońce zbliżającego się południa. Jeszcze raz opowiedziałem mojemu rozmówcy czym z grubsza się zajmuję, coś tam o studiach w Polsce i że w zasadzie rzadko miewamy tu gości, a tak interesujący jak on, którzy po raz pierwszy odwiedzają Afrykę i wciąż patrzą na nią ,,świeżym okiem" są prawdziwą rzadkością. Pierwsze pytanie było dość oczywiste, chciałem nieco poznać mojego ,,gościa". Zapytalem czym w zasadzie zajmuje się we Włoszech - na czym polegają tam jego obowiązki.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, ten cichy na co dzień człowiek nagle zaczął przemawiać płynnym angielskim, swobodnie używając metafor i porównań w sposób tak składny, że byłem w ciężkim szoku. Miałem wrażenie jakby był świetnie przygotowany do odpowiedzi na każde z pytań, które miałem mu za chwilę zadać. Przygotowanie mojego gościa i jego wyczerpujące odpowiedzi sprawiły, że poczułem jak bardzo nieprofesjonalnie zabrałem się do tego tematu.
Gabriel przyjechał z Filipin do Włoch trzy lata temu. Początkowo studiował na Franciszkańskim Uniwersytecie w Rzymie, po skończeniu studiów, które rozpoczął jeszcze na Filipinach zostały mu przydzielone obowiązki w domu studenckim, w którym do tej pory mieszkał. ,,Nie znałem imion wszystkich studentów, ale każdego z nich znałem z twarzy, każdą kropkę na twarzy"-mówi ojciec Gabriel. Opowiada mi o dużej jadalni, w której wspólnie spotykało się na posiłki ponad stu jego współbraci. Gdy co roku przygotowywali Year Book, to Gabriel robił zdjęcia wszystkim zakonnikom, stąd jego pamięć do ich twarzy.
Następnie opowiada mi dość dokładnie o celach programu, w którym bierze udział i że zaproponowano mu wyjazd już w zeszłym roku - zakonnicy jechali na Ukrainę. Odmówił jednak, stwierdził że skoro ma gdzieś jechać, to chce zobaczyć prawdziwą misję, dlatego od razu zgodził się, gdy zaproponowano mu Kenię w tym roku. ,,Spodziewałem się, że będzie brudno, będziemy spać na podłodze i każą nam jeść jakieś szalone rzeczy, wywiozą nas gdzieś na koniec świata do wioski na sawannie -takie było moje wyobrażenie o misjach w Afryce" mówi ojciec Gabriel, uśmiechając się. Teraz już wie, że wygląda to inaczej.
Jego pobyt tutaj dobiega końca i lada dzień wraca do Włoch, miał już okazję odwiedzić liczne misje franciszkańskie w Kenii i wie już, jak wygląda prawdziwa praca misyjna. Podczas naszej rozmowy dowiaduję się, że dla Gabriela powrót do Rzymu nie jest jedyną podróżą jaka czeka go w nadchodzącym miesiącu, przed końcem września wraca z powrotem na Filipiny, do domu. Czeka go tam przejęcie obowiązków jako ,,szefa" domu rekolekcyjnego, ma się zajmować nowicjatem. To znaczy, że będzie sprawował pieczę nad studentami przygotowującymi się do przyszłego życia jako zakonnicy. Będą to młodzi ludzie,   którzy podjęli już decyzję, jednak aż do przyjęcia ślubów mają wybór i możliwość odejścia. Do jego obowiązków będzie należało zapewnienie im wsparcia, służenie im rozmową i swoim czasem, również wsparciem duchowym. Pomoc w umocnieniu ich powołania, wytrwania w nim mimo prób i wątpliwości "z jakimi bez wątpienia każdy z nich będzie się borykał" mówi Gabriel. Wspomina o własnych początkach i o własnych ,,If - sach'', które zaprzątały w tym okresie jego umysł: co by było gdyby po skończeniu koledżu poszedł na studia, gdyby założył rodzinę, czy zostałby inżynierem jak planował, czy może kręciłby teraz filmy, tak jak zawsze marzył.
Opowiada mi o swojej pasji, fotografii. Tłumaczy mi, że jego zdaniem to pasja daje siłę w życiu, dzięki niej mamy energię do wypełniania swoich obowiązków, siłę do pracy.  Nawet z odbytej tutaj podróży prowadzi dokumentacje filmową, nagrywa rozmowy z towarzyszącymi mu współbraćmi i planuje w przyszłości stworzyć z tego krótki film dokumentalny. Opowiada mi o swoich wątpliwościach względem czekających go na Filipinach obowiązków. ,,To bardzo odpowiedzialne zadanie" - mówi. Opowiada mi o swoim przełożonym domu z czasów jeszcze przed złożeniem ślubów. ,,To był starszy człowiek z wielkim doświadczeniem, a każde wypowiedziane jego słowa były pełne mądrości. Gdy otwierał usta człowiek miał ochotę notować każde zdanie."
Pytam go, czy teraz po odbytej tu praktyce czuje się lepiej i pewniej, czy dostrzega jakąś różnicę w samym sobie po zdobytych na misji doświadczeniach. "Tak" - odpowiada bez chwili wahania. Spodziewałem się takiej odpowiedzi, wspominał już wcześniej jak wiele zyskał podczas tej podróży, o tym jak poszerzyła jego horyzonty i przełamała wiele schematów i stereotypów. Gdy opowiada o tym, jest bardzo podekscytowany i rozentuzjazmowany, nie mam potrzeby zadawać żadnych pytań, sam bez mojej pomocy opowiada mi całą historię swojego pobytu tutaj i robi to w taki sposób, że z przyjemnością się go słucha.
Raz po raz spoglądam na zabazgraną kartkę z pytaniami, z której nie jestem w stanie nic odczytać, ale też i nie potrzebuję. Swoją opowieścią sam podsuwa mi kolejne wątki warte poruszenia. Pytam, czy będzie próbował jakoś wykorzystać zdobyte tu doświadczenia, może spróbuje wprowadzić jakieś zmiany gdy już trafi na swoją nową misję. Odpowiada, że praca w Afryce otworzyła go na ludzi i dopiero teraz widzi jakie to ważne i jak bardzo mu tego brakowało. W Europie wszystko jest bardziej sztywne mówi: ,,Bardziej szare, a wiernym we Włoszech czy Filipinach brakuje kolorów. Ludzie tutaj mają te kolory. Na Filipinach przejęliśmy obrządek od Hiszpanów, toteż jest on bardzo sztywny i ponury, tutaj ludzie w kościele zachowują się zupełnie inaczej." Teraz dopiero dostrzega, że w Europie kapłani odgrodzili się w pewnym sensie od ludzi, msze są od do, zaczynają się i kończą o konkretnych godzinach - tutaj opowiada na podstawie swoich doświadczeń z Ruiri. Msza może się przeciągnąć i nie da się przewidzieć kiedy się skończy. A po mszy ktoś może potrzebować rozmowy i też nie wolno go zbywać. Jak mówi ,,Ojcowie tutaj naprawdę SPĘDZAJĄ czas z ludźmi".
Doświadczeniem, które najprawdopodobniej zrobiło na nim największe wrażenie jest czas spędzony w Ruiri. To misja na suchych równinach, jest tam bardzo gorąco, wszędzie pełno drobnego czerwonego kurzu, który wdziera się dosłownie wszędzie, roi się tam od węży, a woda pełna jest bakterii. Zakonnicy muszą tam odwiedzać oddalone od nich nawet o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości i wspólnoty, bo nie wszyscy mogą pozwolić sobie na dojechanie do kościoła. Takich miejsc, które trzeba odwiedzić w koło misji znajduje się kilkadziesiąt. Msze odprawia się tam w świetlicach, a czasem nawet w domach wiernych. Zakonnicy zajmują się też regularnym odwiedzaniem chorych w swojej parafii. To jest prawdziwa praca misyjna - mówi Gabriel. ,,Getting dirty" jak to nazywa. Wspomina też o tym, że zakonnicy, których tutaj poznał zbliżają się nie tylko do wiernych czy siebie nawzajem, ale także do ziemi. Mówię, że w każdej niemal z misji jest ogród czy zagroda ze zwierzętami: kury, owce, kozy, wszystko to wymaga pracy. ,,Każdy prosty zakonnik może kiedy chce wyjść na świeże powietrze i zająć się pracą przy zwierzętach czy posprzątać ogród" - dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że on nigdy nie musiał tego robić. Owszem, miał obowiązki, ale zupełnie inne. Siedzenie przy komputerze to nie to samo, taka praca nie daje ci się zastanowić nad sobą. Mówi, że przez pobyt tutaj poczuł, jak ważne są proste rzeczy w życiu zakonnika.
Pytam, co z pobytu w Kenii zapamięta najlepiej - niekoniecznie związanego z jego pracą misyjną. Zastanawia się przez chwilę. ,,To bardzo klasyczne" - mówi - ,,ale moje pierwsze spotkanie z dziećmi. Byliśmy w Nairobi i byłem zaskoczony zachowaniem dzieci. Przybiegały i wyciągały ręce na powitanie, były bardzo przyjacielskie. Zdziwiłem się, przecież to tylko dzieci, dorośli to co innego, ale dzieci. Zdawały się zupełnie o tym nie myśleć. Nie myślały w kategoriach: ja dorosły - ty dziecko, zobaczyły kogoś zupełnie obcego i po prostu postanowiły się przywitać. Uścisnęliśmy ich dłonie, a one poprosiły mnie żebym coś dla nich zaśpiewał i gdy tylko kucnąłem, zaczęły dotykać moich włosów". Opowiada o tym z poruszeniem, widać że rzeczywiście było to dla niego duże przeżycie. Znów używa zwrotu ,,Getting dirty" - staje się ona dla nas swojego rodzaju synonimem wychodzenia do ludzi.
Śmiejąc się, opowiada mi o swojej ,,przypadłości" - otóż jest obsesyjnym pedantem, jeżeli chodzi o czystość, w szczególności rąk. Nawet jego współbracia śmieją się z niego z tego powodu, bo traci mnóstwo czasu, gdy walczy z kawałkiem mięsa za pomocą noża i widelca zamiast zwyczajnie użyć rąk, jak się to przyjęło w Afryce. Opowiada, że nie lubi kurzu i brudu, bardzo często myje ręce. Co czyni jego doświadczenia z Ruiri jeszcze ciekawsze. Bardzo cieszy go, że odwiedzili wszystkie franciszkańskie misje w takiej właśnie kolejności, bo teraz gdy już są w Subukia i lada moment mają wracać, może spokojnie wszystko przemyśleć i zastanowić się nad spędzonym tu czasem, to miejsce jest idealne do rozmyślań i wyciszenia.
Mówi też, jak wielką przyjemność sprawiła mu nasza rozmowa, bo dopiero teraz dotarło do niego, że opowiadając o tym, w pewien sposób porządkuje to sobie w głowie, a bardzo tego potrzebował.
 
Dziękujemy sobie wzajemnie za rozmowę i rozchodzimy się do swoich spraw.         

1 komentarz: