czwartek, 28 sierpnia 2014

Odległe echa wybuchów.

Jest to już trzeci post który piszę bardziej popychany do tego wyrzutami sumienia i tym że ,,tak wypada" niż chęcią podzielenia się czymkolwiek z potencjalnym czytelnikiem. Obserwuję nieuchronną agonię mojego bloga która może być przejawem próby czasu, to czy ja przetrwa dopiero ma się rozstrzygnąć podobnie jak los tego posta. Ostatnie dwa napisane przeze mnie posty uznałem za zbyt banalne i nierzeczowe by zrobić z nimi cokolwiek więcej niż zachować zawarte w nich przemyślenia na lepsze czasy. Może temu tekstowi uda się przezwyciężyć fatum.
W przeciwieństwie do Kasia która płodzi tekst za tekstem i publikuje niemal co dziennie nie mogłem ostatnimi czasy znaleźć nic wartego opisania. Postawiłem zatem zacząć od tego że zdementuję parę plotek.
Znajomi z polski i zagraniczne portale informacyjne na każdym kroku bombardują nas wieściami o pogarszającej się sytuacji w Kenii. O wzmożonym zagrożeniu terrorystycznym, biura podróży ,,ratują" sowich turystów ściągając ich z powrotem a kraje kategorycznie odradzają wizyty w Kenii. Sytuacja w Sudanie jest coraz bardziej napięta a na domiar złego znajdujemy się na pierwszej linii w zbliżających się zmaganiach z wirusem Eboli.
Prawdę powiedziawszy o większości tych tak zwanych ,,katastrof" które dotykają kani dowiaduję się z kilkudniowym opóźnieniem od znajomych śledzących media w Polsce (ukłon w stronę Filipa). Tak wiec żyjąc w kraju niemal rozdartym wojną domową i czekającym na atak zabójczego wirusa mam się niczego sobie. Wczoraj byłem na kawie i ciastku i stwierdzam że atmosfera napięcia jest dobrze maskowana za co pewnie powinniśmy być wdzięczni świetnie zorganizowanemu rządowi który jak zawsze przecenia potrzeby zwyczajnego zjadacza ugali nad własne animozje. A nieco poważniej, to wydaje mi się ,że napięcie związane z zagrożeniami terroryzmem nie tylko nie wzrasta ale wręcz zmalało, choć może być to jedynie cisza przed burzą. W kenijskich mediach nie pisze się już ani nie mówi o polowaniu na nielegalnych imigrantów co było tematem numer jeden jeszcze kilka miesięcy temu. Na temat Eboli w gazetach można przeczytać tylko tyle że zagrożenie istnieje, przedsięwzięto jednak kroki w formie uszczelnienia granic, szczególnie Ugandyjskiej i Tanzanijskiej a w szpitalach przygotowano łóżka (jeżeli chodzi o ścisłość to dwadzieścia łózek, nie pamiętam tylko czy w skali kraju czy może w każdym szpitalu) na wypadek mało prawdopodobnego wybuchu epidemii. Mówiło się nieco o perspektywie wycofania kenijskich sił zaangażowanych w konflikt w Sudanie ale i ta sprawa zostało zagłuszona przez przepychanki w rządzie i kolejne oskarżenia którymi obrzucają się członkowie parlamentu. O tym czyta się teraz na pierwszych stronach gazet, nieco dalej można natrafić na niesamowite, wzruszające historie ludzi którzy mimo przeciwności losu zrobili kariery i dzięki ciężkiej pracy osiągnęli to czego inni nie potrafią albo im się nie chce. Dalej są wykryte przemyty, kości słoniowej, narkotyków i informacje o tym w jak błyskotliwe efekty daje współpraca sił kenijskich i Interpolu. Na koniec kilka większych afer związanych z przetargami na budowę nowych dróg.
Kiedy kilka dni temu spacerowałem przez zatłoczone centrum Nairobi nie zaobserwowałem niczego niepokojącego. Liczba krzykaczy na skrzyżowaniach ulic znacznie zmalała w porównaniu do sytuacji z przed paru miesięcy a ochrona uzbrojona w wykrywacze metalu z mniejszym zaangażowaniem sprawdza przechodniów. 
Ostatni tydzień naszego pobytu w Keni można uznać za pełen atrakcji. Odwiedzili nas goście z polski których wizyta dała nam pretekst do odwiedzenia kilku parków i ruszenia się z Subukia gdzie budowa nadal powoli posuwa się naprzód. Przyjdzie nam jednak jeszcze nieco poczekać nim ujrzymy dach nad budynkiem naszej stolarni. Z przykrością muszę przyznać że kompletny brak zainteresowania projektem ze strony kogokolwiek jest co najmniej niepocieszający. Zainteresowania budowaną przez nas szkołą nie wykazują ani miejscowi, pośród których rozpuściliśmy umiejętnie wici ani nawet sami robotnicy którzy tęże szkołę budują. Oglądając zdjęcia przedstawiające uśmiechniętych budowlańców ramie w ramie z wolontariuszami stawiających zgrabne chatki na filipinach zastanawiam się czy środki rozweselające dostają wszyscy przychodząc do pracy czy tylko ci wybrani którzy potem mają trafić na zdjęcia. Z grobowych wyrazów twarzy naszych budowlańców można by raczej wyczytać ze budują chlewik lub krematorium a nie finansowane przez zagraniczny rząd wysokiej klasy centrum kształcenia zawodowego które ma odmienić życie przyszłych pokoleń całego regionu. Nauczony doświadczeniem następny projekt postaram się realizować na Jamajce, tępo pracy i mentalność podobna a przynajmniej ekipa będzie bardziej uśmiechnięta. 
taki wrak ku przestrodze wita nas przed wjazdem do Meru

kenijskie pola ryżowe

kenijskie pola ryżowe dwa

matatu po zderzeniu z wojskowym land roverem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz