poniedziałek, 7 grudnia 2015

Blessing.

Od dawna nie pisałem, uznałem zatem że nadszedł już czas na opublikowanie kolejnego posta. Ostatnie dwa dni spędziłem w Ruiri, w okolicy Meru gdzie zostałem zaproszony na święcenia jednego z braci z którymi tutaj mieszkałem. Obecnie jest on już ojcem a wczoraj odbyła się msza prymicyjna w jego rodzinnej parafii. Nie brakowało gości ze wszystkich franciszkańskich domów w Kenii. Nie tylko ojców i braci, świeżo wyświeconego zakonnika ale również zwyczajnych, prostych parafian, przyjaciół i znajomych z którymi żył i mieszkał poprzez lata spędzone w postulacie a następnie nowicjacie czy nawet jako diakon. Podczas uroczystości nie zabrakło śpiewów, tańców, długich przemówień (we wszystkich możliwych językach), uroczystego poczęstunku po mszy prymicyjnej oraz wielu innych podniosłych momentów. Kilka zdjęć z obydwu uroczystości jak również z drogi można zobaczyć na mojej picassie, poleca. 

Dziś jednak miało miejsce coś co przyćmiło wydarzenia ostatniego weekendu i skłoniło mnie do napisania na inny temat.
Gdy czekaliśmy na lunch około godziny pierwszej po południu, jedna z goszczących u nas sióstr wróciła z kaplicy przy źródełku na szczycie góry, i oznajmiła że znalazła tam dziecko. O sprawie zameldowała Ojcu. E, który bezzwłocznie powiadomił policję. Zgodnie z prawem w takim przypadku nie wolno zabrać dziecka z miejsca zdarzenia i musi ono pozostać tam aż do przybycia policji. Zaniepokoiło mnie to nieco gdyż wiem że szybkość z jaką reaguje w Kenii policja pozostawia wiele do życzenia. Wraz z drugą siostrą, również pozostającą u nas na modlitwach poszliśmy na górę. Chcieliśmy sprawdzić czy dziecku "niczego nie brakuje" i czy jest bezpieczne. Gdy dotarłem na gore, zostawiając siostrę w tyle, zastałem niemowlę skulone i śpiące na kamiennych schodach kapliczki.


Nie chcę zaraz stać się tutaj nowym Kevinem Carterem więc od razu nadmienię, że dziecko spało kiedy tam dotarłem. Dotknąłem go delikatnie, miało ciepłe rączki i twarz, nie miało jednak gorączki, oddychało spokojnie. Dopiero sprawdziwszy to sięgnąłem po aparat i wykonałem serię zdjęć "miejsca zbrodni" dla nadciągającej policji. Sfotografowałem dziecko oraz pozostawione przez matkę wraz z nim rzeczy. Leżały rozrzucone na podłodze wewnątrz kapliczki, kocyk, pielucha, kubeczek z zimnym mlekiem, torba z ubrankami. Dziecko najprawdopodobniej również zostawiła wewnątrz a następne wyraczkowało ono na schody z których musiało stoczyć się na duł. Gdy kończyłem oględziny miejsca zbrodni dziecko ocknęło się i zaczęło mi się przyglądać, nie czekając na siostrę podniosłem je ze schodów. Na sznureczku przy czapce miało przywiązany list z wiadomością od matki.

Gdy przyszła siostra wspólnie przebraliśmy małą. Zamieniając przemoknięte, zasikane ciuchy na czystsze i suche wyciągnięte z torby. Następnie siostra ruszyła na duł by poprosić w kuchni o jakieś jedzenie dla małej a ja zostałem z nią na górze aż do przyjazdu policji. 

To the father in charge...her name is precious Blessing.

Jeden z czekających wspólnie ze mną kowbojów z farmy dostał telefon że policja już jest i żebyśmy zabrali wszystko i zeszli na duł bo nie będą się fatygować na szczyt wzgórza. Na dole czekało na nas już trzech oficerów policji wraz z radiowozem i Ojcem. E. Towarzyszyła im kilkudziesięciu osobowa grupa gapiów, kobiet z kuchni i pola, pracowników z budowy okolicznego kościoła i generalnie "przechodniów". Wszyscy chcieli zobaczyć dziecko mając nadzieję że zidentyfikują dzięki temu "wyrodną" matkę. Mała została napojona ciepłym mlekiem i przekazana policjantom których zadaniem od teraz miało być dostarczenie jej domu dziecka, najprawdopodobniej w Nakuru.



"Posterunek policji to nie miejsce dla dziecka" -Powiedział jeden z oficerów odbierając małą ode mnie.


Gdy schodziliśmy na duł, nim jeszcze spotkaliśmy się z policją i tłumem gapiów, z pod ostatniej stacji drogi krzyżowej przyglądała nam się para dzieci. Powiedziałem kowbojowi że może to jej rodzeństwo które obserwowało nas z krzaków gdy zajmowaliśmy się małą, lub może widziały wcześniej kto zostawił dziewczynkę w kaplicy. Krzykną do nich w suahili a one znów zniknęły w zaroślach. Jestem jednak pewien że przyglądały się nam jeszcze gdy nieśliśmy na dół. Być może w ten sposób żegnały młodszą siostrzyczkę.