piątek, 25 kwietnia 2014

Lany poniedziałek = Święta, święta i po świętach.

Katarzyna podczas przejażdżki pickupem.

 Ten wpis powstaje ze sporym opóźnieniem, początkowo - jak mógłby sugerować tytuł - miał dotyczyć lanego poniedziałku. Niestety, moje oczekiwania co do własnej kreatywności zderzyły się z brutalną rzeczywistością. Nie chciało mi się i w zasadzie nie bardzo było o czym pisać. Zebranie się do obrobienia przywiezionych z wyjazdu zdjęć nie udało mi się aż do dzisiaj, to właśnie zdjęcia zainspirowały mnie nieco by napisać cokolwiek. Ale do rzeczy.
Reklama lokalnego jinu.
Katarzyna podczas przejażdżki pickuperm 2.
W tle druty i włości naszych zakonników, z przodu po lewej baniaki zakorkowane bananami.
Taki dziecięcy domek na drzewie tylko że z błota.
Zgodnie z planem, święta wielkanocne spędziliśmy w tym roku w Ugandzie, wspólnie z rodziną i kilkorgiem znajomych. Po świątecznym śniadaniu spędziliśmy wspólnie leniwe przedpołudnie, a następnie zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy w odwiedziny do naszych zaprzyjaźnionych zakonników, do których zostaliśmy zaproszeni. Ich misja znajduje się nieco ponad sto kilometrów od Kampali. Niedaleko, jakby się mogło zdawać, ale obecnie na jedynej prowadzącej tam drodze trwa remont a ta część, która jeszcze nie została oddana na żer oszalałych budowniczych również pozostawia sporo do życzenia. Mimo to, droga nie dłużyła się nam specjalnie, wkoło rozciągały się ryżowe pola i mokradła niczym z filmów przyrodniczych o anakondach. O tym, jak minął nam pobyt na miejscu, nie ma co opowiadać. Zwyczajne siedzenie przy grillu i marnotrawienie czasu z rodakami, którzy spędzili tu już więcej czasu niż my. Wymienianie się historiami i anegdotkami, własnymi czy zasłyszanymi od kogoś wcześniej, dotyczącymi czy to Ugandy czy Kenii. Zaskoczyła mnie jednak liczba Polaków, którzy zjechali na tak ,,kameralne” spotkanie. Mimo, że zupełnie nie czuło się świątecznego klimatu, a w lany poniedziałek nie spadła na mnie chyba ani kropla wody, było całkiem miło. Przysłuchując się jednak rozmowom przy zastawionym świątecznym stole, doszedłem do wniosku, że nie jest jeszcze ze mną aż tak źle i śmiało mógłbym zmienić nazwę tego bloga na ,,Not So Rasist Traveler”. W poniedziałek wymknęliśmy się na krótki spacer z aparatem. Okolicy nie można było nazwać malowniczą, wszędzie było daleko, a franciszkańska misja ze wszystkich stron otoczona była lokalnymi zabudowaniami. Nie tak skrajnymi jak slumsy, które miałem okazję oglądać w Kampali – ot, zwyczajna uboga afrykańska wieś. Tradycji musiało stać się zadość i jak zwykle znikąd pojawiła się cała zgraja dzieci, które przywitawszy się z nami postanowiły nam w ciszy towarzyszyć w naszym spacerze. Początkowo próbowaliśmy rozmawiać, ale ich zasób angielskiego słownictwa wyczerpał się dość szybko. Dogadaliśmy się na tyle by pokazały nam swoją szkołę, którą postawili tu dla nich franciszkanie. Zdawały się być zadowolone, że ktoś okazuje im zainteresowanie, przekrzykiwały się jedno przez drugie swoimi szkolnymi osiągnięciami, a gdy wyjąłem aparat by sfotografować porzucony rower, nie obeszło się już bez całej sesji fotograficznej. A potem następuje ten niezręczny moment, kiedy masz już dość i chcesz spakować swoje zabawki i iść do domu, a dzieciaki dalej szaleją i pozują, stają na głowach i robią gwiazdy tylko po to by zaraz po usłyszeniu pstryk i migawki flasha, zajrzeć w wyświetlacz i zobaczyć tam siebie. No i tak się to ciągnie. Mówię, że to już ostatnie, ale nagle przybiega jakaś spóźnialska dziewczynka albo ktoś kogoś wypchnął z kadru, a ten przyniósł siostrę albo brata i jemu też trzeba zrobić zdjęcie. I myślę sobie, co by im tutaj powiedzieć, no bo przecież nie powiem, że już mam całą masę zdjęć małych czarnych dzieci: Kenijskich, Tanzańskich i Ugandyjskich też - do wyboru do koloru. Co, wytłumaczyć im, że kiedy sięgałem po aparat, bardziej artystyczny od nich wydawał mi się rzucony na ścieżce rower, bo ładnie akurat światło padało? A może powiedzieć im ,że muszę wracać, bo chcę zjeść obiad i napić się zimnego piwa? - dzieciom, które nie wiem czy mają wyrośnięte brzuchy od głodu czy od dostatku. No i tak trwam: klick-klick, klick-klick.
Rower od którego wszytko się zaczęło.

Gdy zaczynamy już wracać, a dziecięca grupa powoli się wykrusza, znudzony najwyraźniej naszą obojętnością jeden z chłopców, który mówi nieco lepiej po angielsku (zabijcie, ale nie pamiętam jak miał na imię) przełamuje się wreszcie i pyta:
-Zostaniesz moim sponsorem?- Potem całkiem milknie i odwraca wzrok. Ja też nie bardzo wiem co mam powiedzieć. Głupia sprawa, myślę sobie i powtarzam zadane mi pytanie. ,,Twoim sponsorem?”. No i co ,znowu ślepy zaułek. Co mam mu powiedzieć - że też nie mam kasy? Po tym jak widzieli mój plecak, aparat, telefon z dotykowym wyświetlaczem (służbowy), mam przecież buty i niepodziurawione ubranie, no po prostu bogacz. No i weź tu takiemu dziecku tłumacz, że naprawdę nie ma się pieniędzy. Że wolontariusz to ostatnie ogniwo fundacyjnego łańcucha pokarmowego. Że przyjechałem tutaj za cudze pieniądze, pracować za darmo i stawiać szkołę żeby poprawić standard życia lokalnych mieszkańców, ale niestety, mały, to kawał drogi stąd, wiec się nie łapiesz. I tak zaczynam coś bezmyślnie bąkać o tej fundacji, że się zgłosiłem i że praca za darmo i że sam nie mam, ale że zobaczę. I w sumie nie wiem po co to, skoro on i tak większości nie zrozumiał, a jedyna pomoc jaką rozumie ośmioletnie dziecko to wtedy, kiedy wyjmujesz z własnej kieszeni i dajesz mu prosto do ręki. Taką pomoc rozumieją. Co go obchodzi szkoła, którą gdzieś tam postawię, i że ta szkoła da miejsca pracy i wykształcenie. I że jak wszytko dobrze pójdzie, uda nam się domknąć cały projekt w ciągu dwóch lat, a jeżeli nie rozkradną maszyn zaraz po naszym wyjeździe to może nawet kogoś ta szkoła zdąży wykształcić i będzie to już wielki sukces. No i takim to sposobem znów mam poważne wątpliwości dotyczące tego, czym się tutaj zajmuję.
Nieco później, gdy siedziałem rozmyślałem o powyższym, przyszedł ten sam chłopiec i podał towarzyszącej mi Kasi zwitek papieru, po czym uciekł chichocząc. Potem obserwował nas z krzaków przez następne kilka godzin. Zwitek papieru okazał się być listem od dwunastoletniej dziewczynki imieniem Diana. Diana pisze o tym, że ma ma dwóch braci i sześć sióstr i straciła ojca. Widząc, jakimi jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, Diana prosi o gifty, a mianowicie: długopisy, słodycze,ubrania, torby lalki i inne. Podaje też w liście adres swojej szkoły wraz z numerem skrzynki pocztowej.
St.Jude pirimary
school kakooge
P.O box 228
Luwero Nakasongola

List od Daiany.
Muzungu na Boda-Boda.
Na koniec prosi by Bóg nas błogosławił. No i znów - co z tym zrobić? Rozpocząć własną akcję humanitarną i zbierać fundusze na dziewczynkę z końca świata? Zapomnieć o całej sprawie, nie robić nic? Nie wiem. Realnym rozwiązaniem wydawałaby się zbiórka pieniędzy. Nie trzeba dużo, a ludzi chętnych nie brakuje. Ale co dalej z tymi pieniędzmi? Przesłać je do Afryki i w kopercie wręczyć dwunastoletniej Dianie – powiedzmy - tysiąc dolarów? Czy lepiej zrobić zakupy i przywieźć jej to wszystko pod sam dom jakimś busem? Wysyłanie czegokolwiek z Polski: odzieży, długoterminowej żywności, wspomnianych w liście toreb, długopisów czy lalek nie ma najmniejszego sensu. Koszta dostawy znacznie przerosłyby realną wartość darów, a cło w Afryce działa w sposób zależny od widzimisię i humoru obsługującego nas celnika. Jeżeli urzędnik stwierdzi, że paczka dwunastu długopisów jego zdaniem warta jest pięćset dolarów, to musimy je zapłacić, jeżeli nie - wszystko zostanie zatrzymane i rozdzielone według zasług i potrzeb pomiędzy pracowników urzędu. Poza tym pozostaje jeszcze jedna kwestia. Po takim akcie dobroczynności o wiele więcej dzieci z Kakooge zacznie pisać do nas listy.

sobota, 19 kwietnia 2014

Wielka Sobota




Dziś stanęliśmy przed trudnym wyzwaniem przygotowania wielkanocnego koszyczka na Czarnym Lądzie. Na popołudnie byliśmy umówieni ze znajomym Ojcem, który będąc w okolicy stwierdził, że chętnie poświęci dla nas pokarmy.
No i właśnie tu zaczyna się problem - co by tu do takiego koszyczka upchnąć? Sól i pieprz to nie problem. Biała kiełbasa? Nie ma. Chrzan? Nie ma. No to może jajka? Te udało nam się zdobyć, wiec kilka z nich wylądowało w koszyczku. Dzięki inwencji Kasi, zafarbowaliśmy je barwnikami przeznaczonymi do ciast. Ale nadal jakoś pusto. Pieczywo? Też jest, no to pakujemy kilka kromek. Kiełbasę zastąpiliśmy przywiezionymi przez jakiegoś uczynnego znajomego kabanosami, specjalnie zaoszczędzonymi na taką właśnie okazję. Niestety nie ma co liczyć na cukrowego baranka czy nawet czekoladowego zająca. Barwinek do przyozdobienia koszyczka? Nie ma, wsadziliśmy kawałek zerwanego z palmy liścia i jakieś zielsko z ogrodu. Wyszło naprawdę nie najgorzej.
Święconka.
Plany na resztę dnia nieco pokrzyżowała nam afrykańska pora deszczowa, no ale co tu robić. Wyjazd nad jezioro Wiktoria skończył się zakupami na przydrożnym bazarze.  

Zakup ryb.

Mięsny.

Esmeralda.

Złe dziu-dziu.

piątek, 18 kwietnia 2014

Włości Ostatniego Króla Szkocji



Drogę z Kenii do Ugandy mieliśmy pokonać autobusem. Byłem jednak nieco sceptyczny co do naszego środku lokomocji. Znałem warunki panujące na afrykańskich drogach i zdarzyło mi się już podróżować dużymi, turystycznymi autobusami na zagranicznych trasach. Nazwanie ich autokarami byłoby nieco przesadzone, ale z całą pewnością reprezentowały one znacznie wyższe standardy niż typowe miejskie busiki. Mimo to, miło wspominałem swoją podróż do Tanzanii i długie godziny jazdy po afrykańskich wybojach, spędzone w pasażerskim fotelu. No cóż, grunt to trafić jakieś sensowne miejsca, od tego wiele zależy – myślałem, przypominając sobie podróż, którą spędziłem siedząc nad samym wejściem do autokaru tuż przy metalowej barierce. Tym razem zapowiadało się nieco lepiej, wysoka cena biletów nieco mnie zaskoczyła, ale miałem nadzieję, że może idzie ona w parze ze standardem. Jak się później okazało, był to standard, ale niestety afrykański. Fotele, owszem były niczego sobie, ale dwunastogodzinna podróż autobusem bez toalety potrafi być uciążliwa. Było duszno, ,,pachniało” lokalnymi a przez uchylone okna wdzierał się kurz z drogi. Radio wyło jakieś miejscowe hity a jedynym białym, prócz mnie i Kasi w autobusie, był ksiądz. Siedział na samym przedzie autobusu na pojedynczych, szerokich fotelach zwanych vipowskimi. Miałem raz przyjemność zasiadać na takim miejscu. Pasażer miał rzadką możliwość spoglądać na świat przez wielką szybę na przedzie, siedząc tuż za plecami kierowcy. Gdy ostatnio dostałem takie miejsce, miałem już prawo jazdy i całą drogę obserwując poczynania naszego pilota, usilnie deptałem podłogę mając wrażenie, że to ja sam prowadzę, istny koszmar. Hitem tamtej wycieczki było, gdy w zupełnych ciemnościach afrykańskiej nocy, nasz kierowca ilekroć podjeżdżał do innego pojazdu, gasił swoje światła, zapewne dla oszczędności i jechał, że tak powiem na światła samochodu przed sobą. Nie przypominam sobie żebym zmrużył oko tamtej nocy.
Nasz autobus. To dżem, to na pewno dżem, no bo co by innego.
Wracając do naszego księdza. Gdy mieliśmy na granicy kenijsko - ugandyjskiej możliwość nieco bardziej mu się przyjrzeć, doszliśmy do wniosku, że z całą pewnością jest on jedynie przemytnikiem przebranym za księdza. Wydawał się tak nienaturalny i tak bardzo nie na miejscu w swojej odświętnej sutannie owiniętej pasem na sterczącym brzuchy. Wraz z Kasią wysnuliśmy teorię, że z całą pewnością przemyca on narkotyki upchnięte gdzieś pod ubraniem a strój księdza i pismo święte, z którym się nie rozstawał, przywdział tylko dla niepoznaki. Miał niezdrowo wyglądającą, opaloną w czerwone plamy twarz i mętne oczy. Większość pracujących w Afryce księży i zakonników, na co dzień nosi zwyczajne ubrania, dla czystej wygody - a już w szczególności nie ubiera swoich służbowych uniformów na długą i obfitującą w niewygody podróż. Niestety, nasz ksiądz-przemytnik z brzuchem wypchanym narkotykami i szlachetnymi kamieniami nie został uch
wycony przez służby graniczne, spokojnie wrócił wraz z nami po odprawie do autokaru i kontynuował swoją podróż aż do samej Kampali.
Granica.
Pierwsze, co uderzyło nas już za samą granicą to kolosalna różnica w rozwoju infrastruktury na wsi. Rzadko już spotykane w Kenii tak zwane maniaty, chatki lepione z wypalanych na słońcu cegieł lub błota, kryte trzcinowym dachem, dawno zostały już wyparte przez blaszane lub solidnie murowane konstrukcje. Tymczasem w Ugandzie były one nadal tak bardzo popularne na wsiach. Oprócz niewielkich osad rozmieszczonych wzdłuż drogi niczym na westernach, krajobraz urozmaicały nam ciągnące się po horyzont pola ryżowe. Gdy zaczął zapadać zmierzch, próbowaliśmy oszacować ile jeszcze może potrwać podróż. Niestety, nieskutecznie. Odpowiedzi naszych autobusowych sąsiadów zupełnie się ze sobą nie pokrywały i nikt chyba nie miał pojęcia, ile to jeszcze potrwa. Koniec końców: niewiele się pomyliłem w moich wstępnych szacunkach, bo po dziesięciu godzinach przekroczyliśmy wypływający z Jeziora Wiktoria Nil, a po kolejnych dwóch godzinach byliśmy na miejscu.
Kampala przywitała nas niespotykaną w większości Kenii duchotą. Klimatem, to wielkie parterowo zbudowane miasto wznoszące się na siedmiu wzgórzach, bardzo przypomina mi wybrzeże Kenii, ale jest to jedyne podobieństwo. Na drodze panował mniejszy, jak na warunki afrykańskie chaos: kierowcy byli grzeczniejsi a napotkani przeze mnie lokalni mieszkańcy znacznie bardziej uprzejmi i mniej nachalni w porównaniu do Kenijczyków. Jak się stopniowo dowiadywałem po drodze do mieszkania, w mieście panuje wielki porządek. Jest spokój, przestępczość jest znikoma, a biali mogą się tutaj czuć bezpiecznie, nawet spacerując po zmroku, co w Nairobi byłoby nie do pomyślenia. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest duża liczba policji i wojska, które pracują tutaj znacznie skuteczniej.
Pierwsze wrażenie na ogół bywa mylne, ja jednak po kolejnym spędzonym tutaj dniu tylko utwierdzam się w moim przekonaniu, że Uganda może mieć więcej do zaoferowania niż Kenia. Stwierdzam to z wielkim żalem, gdyż przez fakt, że to Kenia była pierwszym odwiedzonym przeze mnie krajem afrykańskim, mam do niej spory sentyment. Mimo to, nie da się zaprzeczyć, że ludzie są tutaj milsi i bardziej serdeczni. Biały na ulicy nie wzbudza takiej sensacji, mimo że widuje się ich tu znacznie mniej. Lokalni sprzedawcy nie są napastliwi i nie szukają byle okazji by naciągnąć człowieka. Przyjmują nie za nie i życzą nam miłego dnia. Ugandyjczycy często się uśmiechają a nocami bawią się w dzielnicach, które po zmroku zamieniają się w wielkie dyskoteki. Wpływ muzułmański nie jest tutaj tak duży, a wszechobecność uzbrojonej policji znacznie wszystkich uspokaja. Rządy Tutsi okazały się najwidoczniej korzystne dla sytuacji w tym kraju, podobnie jak zaprowadziły porządek w Rwandzie. Mimo to, mieszkający tutaj Polacy zdają sobie sprawę z zagrożenia. Wojsko Ugandyjskie stanowi trzon sił stacjonujących w Somalii, przez co kraj ten stale jest narażony na ataki islamskich terrorystów
Jak widać zachodni kapitał dotarł już do Ugandy.
A teraz nieco ciekawostek. Przy głównej arterii miasta po obydwu stronach szerokiej drogi straszą ogołocone szkielety olbrzymich billboardów. Puste metalowe konstrukcje z powiewającymi strzępami dawnych reklam. O co chodzi? Otóż Pani burmistrz któregoś dnia stwierdziła, że widok kolorowych bilbordów szpeci wygląd miasta. Policja wraz z wojskiem usunęła więc wszystkie z nich w ciągu jednej nocy, zostawiając jedynie puste w środku, gołe szkielety. Oplątane u podstawy wiązkami drutu kolczastego, który ma je zabezpieczyć od ponownej eksploatacji, tworzą ciekawy kontrast ze szpalerami przyciętych w równiutkie kwadraty, koron soczyście zielonych drzewek, sadzonych po obydwu stronach drogi.
Ogołocone bilbordy.
Ciekawostka numer dwa. Dowiedziałem się, że Ugandę tworzy trzynaście zjednoczonych królestw, jak przystało na czele każdego z nich stoi nie kto inny jak król. Kampala znajduje się na terytorium królestwa Bugandy, którego król mieszka gdzieś w mieście. O ile jednak mi wiadomo - jest to tytuł raczej honorowy. W państwie policyjnym rządzonym przez nieugiętego prezydenta, nie wydaje mi się by było zbyt wiele do roboty dla trzynastu królów. O ile wiem, królowie składają sobie wizyty, pertraktują między sobą a niekiedy tworzą antyrządowe koalicje, co było przyczyną wybuchu zamieszek przed kilku laty. Wydaje mi się, że ugandyjscy królowie mogą sobie ,,władać”, ale realna władza leży w rękach prezydenta. Gdy wczoraj o tym usłyszałem, przypomniał mi się cytat mojego ulubionego chyba króla, mianowicie: króla Juliana. A brzmiał on mniej więcej tak ,,Ja jestem królem, bo mam koronę, na głowie ją mam, jakbym nie miał to bym nie był.” Próbuję sobie wyobrazić jednego z tych ugandyjskich monarchów występującego z podobnymi argumentami przed obliczem prezydenta i ugandyjskiego rządu, domagając się ich osunięcia lub rozwiązania. 

Skrócony kurs głosowania.

Każdy obywatel na karcie do głosowania ma obowiązek zaznaczyć swój wybór ,,ptaszkiem" albo odbijając w odpowiednim miejscu odcisk swojego kciuka.

Obywatele którzy oddali już swój głos są oznaczani niezmywalnym markerem by czasem nie korciło ich oddanie jeszcze kilku dodatkowych. Miejmy nadzieję ze niezmywalny marker zejdzie do następnych wyborów.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Run through the jungle.






Wczoraj nadszedł wreszcie długo oczekiwany przez nas czas powrotu do Subukia. Zgodnie z planem, budowa powinna ruszyć już w tę środę i oficjalnie tak się dzieje. Praktycznie wygląda to nieco inaczej. Ze względu na poprzedzający Wielkanoc Wielki Tydzień, robotnicy wraz z całym sprzętem objawią się nam dopiero w połowie przyszłego tygodnia. Mimo to, odwiedziliśmy dziś nasz mały ugorek, na którym niebawem ma stanąć stolarnia i zamieniliśmy kilka słów z Vincentem, naszym szefem budowy.
Ale mniejsza o budowę. Wczoraj zupełnie przypadkiem narodził się pomysł, by wybrać się dziś na szczyt pobliskiej górki. Górka ma 2500 metrów tak na oko, ale że mieszkamy na 2300 to wdrapać się na nią nie jest wielkim wyczynem. Kasia - moja współtowarzyszka afrykańskiej niedoli - dziś przy śniadaniu, zainspirowana opowieściami jednego z Ojców, doszła do wniosku że jest już w Afryce trzeci tydzień i nadal nie widziała małp. Tak więc połączyliśmy tę wyprawę z moją chęcią wspinaczki i ruszyliśmy na polowanie na małpy.
Droga na górę prowadzi wzdłuż ogrodzenia wyznaczającego granicę ziemi należącej do goszczących nas Franciszkanów. Jeszcze przed wejściem na szlak, napotkaliśmy małego chłopca, miał najwyżej 5-6 lat, nie wiem dokładnie, nie zapytaliśmy. Dzieciak pchał przed sobą ,,taczkę", ale to chyba zbyt szumne określenie tego co pchał, no ale miał na tym...czymś, baniak z wodą. Może pięć litrów, nie więcej. Gdy tylko nas dostrzegł, całkowicie zamarł w wykonywanej pracy i wpatrywał się w nas zszokowany. Mijając, zaproponowałem mu pomoc, był tak zaskoczony, że nic nie odpowiedział. Potem oglądał się za nami dopóki nie zniknęliśmy mu za zakrętem, czyli ładne kilkaset metrów. Tuż za bramą droga zaczynała powoli piąć się ku górze, nie było zbyt stromo, ale było trzeba uważać gdzie stawia się nogi. Rocky road of Africa którą szliśmy graniczyła z lasem, który dawał przyjemny cień. W głębi, pomiędzy drzewami, słychać było szemrzący strumień a za plecami spazmatyczne sapanie Kasi, która właśnie wczoraj rzuciła palenie. Kawałek dalej sforsowaliśmy rzeczony wcześniej akwen, nie ponosząc żadnych strat w ludziach i sprzęcie. Było to pewne odstępstwo od normy, bo jak wspominam historię pieszych wycieczek - jeżeli na drodze pojawia się strumień, to ktoś do niego musi wpaść. A tuż za strumieniem, nim jeszcze wspinaczka na dobre się rozpoczęła – niespodzianka - na olbrzymim drzewie, oplątanym lianami udało nam się wypatrzeć całą rodzinę małp. Niewielka grupa Columbusów skakała zwinnie pośród gałęzi, podczas gdy my obserwowaliśmy je z dołu. Małpy okazały się jednak wyjątkowo wredne i uparcie unikały tej strony drzewa i tych gałęzi, skąd mogliśmy je zobaczyć.
Panorama ze szczytu.
Nim dotarliśmy na szczyt, spotkaliśmy jeszcze kilka mniejszych grup a las znacznie zgęstniał zaczynając przypominać prawdziwą dżunglę. Ze wszystkich stron rozbrzmiewały głosy natury i co rusz coś szeleściło w krzakach. Owady zaczęły być uciążliwe, więc by zachować werwę do dalszej wspinaczki, pogrążaliśmy się we własnych myślach. Unosząc niesiony aparat wysoko nad głowę, gdy przechodziłem przez gęstą roślinność, wyobrażałem sobie, że przedzieram się przez dżunglę Wietnamu a za każdym drzewem może czaić się żółtek. Gdy weszliśmy wyżej, rozciągała się przed nami zapierająca resztki dechu w piersiach panorama Wielkiego Rowu Wschodnioafrykańskiego.
...zabudowania, parę chat i obsiane pola.
Nieoczekiwanie dla Kasi, na szczycie trafiliśmy na zabudowania, parę chat i obsiane pola. Tymi, którzy pierwsi zorientowali się w naszym przybyciu, były oczywiście dzieci. Nie marnując czasu, podbiegły do nas gdy tylko siedliśmy na trawie by nieco odpocząć. Dziesięcioletnia dziewczynka - jak się dowiedzieliśmy imieniem Irene - i jej młodszy, dwuletni braciszek Wilson. Dziewczynka całkiem nieźle mówiła po angielsku, opowiedziała nam o swojej szkole, rodzinie, gdzie mieszka, pokazała nam palcem oddalony punkcik w różowej koszulce, który jak twierdziła, był jej dziadkiem. Chcąc się zrewanżować, podzieliliśmy się z nimi naszą wodą z termosu i sam opowiedziałem skąd przychodzimy. Dziewczynka patrzyła na mnie ze zrozumieniem, ale wydaje mi się że nie miał zielonego pojęcia o czym ten muzungu jej opowiada. I wtedy zaświtała mi myśl, że szkoła do której chodzi ta mała, kościół który odwiedza co niedzielę, wszystko znajduje się na szczycie tego wzgórza, tylko że nieco dalej. Wydaje mi się, że Irene nigdy nie była na dole, nie odwiedziła jeszcze oddalonego o zaledwie pięćdziesiąt kilometrów Nakuru (jedno z większych miast w Kenii). Nie twierdzę, że nie widziała wcześniej białych, to byłaby przesada, ale nie jestem pewien czy kiedykolwiek przebyła drogę w dżungli jak my tego poranka i odwiedziła położoną tam osadę. Przyszło mi do głowy nieco książkowe porównanie tej sytuacji, to tak jak by muminki nigdy nie upuściły Doliny Muminków. Gdy się żegnaliśmy, Irene zaprosiła nas byśmy jeszcze ją odwiedzili i obiecała nas ugościć, na koniec dodała, by Bóg nas błogosławił.
Irene i Wilson
Człowiek zmagający się z naturą.
Droga grzbietem wzgórza była przyjemna, po jednej stronie oglądaliśmy widok na Wielki Rów a z drugiej strony na zielone wzgórza, pośród których lśniły nierdzewną blachą dachy małych chatek. Gdy wreszcie odnaleźliśmy coś, co można było nazwać drogą w dół – zaryzykowaliśmy. Mieliśmy tylko nadzieję, że nie wyprowadzi nas ona w sam środek buszu, bo była zbyt stroma by dało się po niej wejść z powrotem. Na dole znaleźliśmy się ekspresowo, chwytając się zwisających lian i zbiegając od drzewa do drzewa po wydeptanej przez nie wiadomo kogo ścieżce.
Przy obiedzie pochwaliliśmy się, gdzie się wybraliśmy i jak minęła nam droga. Ojcowie pozostawali niewzruszeni naszą wielką wyprawą. Jeden oświadczył z powagą, że to prawda, zejście na dół jest nieco strome i trzeba by tam zasadzić trawę żeby ziemia się nie obsuwała, bo - jak stwierdził - korzenie zwiążą grunt.
Następnie wróciłem w rozmowie do napotkanego o poranku chłopca, który na nasz widok zamarł, wspomniałem też, że taki sam błąd stosu wystąpił jakiś czas temu u kobiet zbierających na polu pomidory. Na nasz widok zupełnie znieruchomiały. Zapytałem Ojca J., czy gdybym stał tam cały dzień, to one też by stały i mi się przyglądały. Odpowiedział mi, że powinienem zacząć pobierać za to opłaty, Ojciec J. to ten sam, który jakiś czas temu opowiadał mi podczas kolacji, że nim poczuł powołanie, chciał się zaciągnąć do lotnictwa i zrzucać na ludzi bomby siedząc za sterami myśliwca. Jak twierdzi - wtedy uważał, że będzie się czuł spełniony w takim zawodzie.                  


  ***

Kawa i rzeczony kubek.
A na koniec ciekawostka. Na kubku, który trzymam na zdjęciu jest nadrukowana ilustracja. Przedstawia grupę kilkudziesięciu stłoczonych dziewczynek i jednego białego zakonnika. Trzymają oni wspólnie transparent z napisem THANK YOU, wymalowany przez dziewczynki. Są to mieszkanki domu dziecka imienia St. Anthonego w Limuru. Dziewczynki w ten sposób chciały podziękować swoim dobroczyńcom. Zdjęcie wraz z kartkami i laurkami od nich, było wysyłane wprost do ludzi którzy bezinteresownie wspierali je finansowo. Zgaduję, że kubek też miał być takim gadgetem dołączanym do paczek z podarkami. Tak się złożyło, że to ja zrobiłem to właśnie zdjęcie gdy odwiedziłem je podczas mojego poprzedniego pobytu w Kenii. Niby mała rzecz - a cieszy.      

piątek, 4 kwietnia 2014

Projekt ruszył pełną parą.


Po spotkaniu z kontraktorami i podwykonawcami projektu w Subukia, które odbyło się w środę, wreszcie wiemy na czym stoimy i dysponujemy jakimiś konkretnymi informacjami na temat przyszłości projektu. Została wyznaczona data rozpoczęcia budowy a na naszych barkach, to jest moich i mojej współpracownicy, spoczął ciężar dopełnienia pewnych formalności. Nie mogę oczywiście zapomnieć o roli, jaką w całym projekcie ma odegrać wsparcie naszego partnera lokalnego - Franciszkanie Kenia. Niezastąpiony Ojciec Kazimierz przywiózł nas do Nairobi gdzie od rana zajmujemy się dziś pracą dotycząca projektu a głównie jego promocji i tłumaczenia dotyczących go dokumentów by nasi czarnoskórzy przyjaciele też mogli mieć z nich jakiś użytek. W zajmowanym przez nas pokoiku na Sauth C urządziliśmy sobie bazę operacyjną. Po małym przemeblowaniu wstawiliśmy jedyne w pokoju biurko pomiędzy dwa łóżka tak byśmy obydwoje mieli do niego dostęp. Na trzy znajdujące się w pokoju gniazdka działają dwa, co na warunki afrykańskie i tak jest niezłym wynikiem. Regularnie musimy zmieniać kable w gniazdkach tak by podtrzymać przy życiu dwa laptopy, bez których praca byłaby niemożliwa. Dziś mamy piątek a zatem mieszkając i żyjąc wspólnie z Franciszkanami, wspólnie z nimi pościmy, nie ma co nastawiać się dziś na mięsko. Lukę w jadłospisie sumiennie wypełniam kawą, po niedospanej nocy jest ona moją najlepsza przyjaciółką, no może drugą najlepszą, zaraz po mojej niezrównanej wolontariuszce. Kolejne mijające godziny sygnalizuje nam głos krzykaczy z pobliskich minaretów. Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy jest dosłownie otoczone przez trzy meczety, od których dzieli nas zaledwie mur. Ich śpiewy zaczynają doprowadzać nas już do szału, sąsiadujący z nami wyznawcy Allaha zapomnieli skonsultować się co do repertuaru tak więc co kilka godzin rozlega się litania z trzech gardeł naraz, zlewająca się w ogólny hałas, wygrywa ten kto ma najmocniejsze głośniki. Na domiar złego lokalne psy wtórują naszym śpiewakom i wspierają ich w potępieńczym zawodzeniu. W  świetle ostatnich ataków organizowanych przez Muzułmanów w całej Kenii, w tym również w stolicy, tak bliskie sąsiedztwo meczetów, no cóż...Ojciec Kazimierz wytłumaczył mi jednak wczoraj, że raczej nie mamy się czego obawiać.