czwartek, 4 września 2014

The grave of white man.

Zamieszczony poniżej tekst powstał już pewien czas temu, proszę zatem nie rozpatrywać go w kategoriach aktualności i nie sugerować się zwrotami w stylu: dzisiaj, wczoraj, w zeszłym tygodniu.

***

Dziś do naszych drzwi zapukała Lucy. Trudno powiedzieć w sumie kim jest Lucy, ale można uznać ją za kogoś pomiędzy gosposią, a kucharką. Do jej obowiązków należą takie rzeczy jak pranie, sprzątanie i gotowanie dla zakonników i ich gości. Wbrew pozorom, Lucy nie jest jednak sprzątaczką, ma pod sobą kilka osób, które okazjonalnie pojawiają się na terenie domu by dopilnować własnych obowiązków. Pełni ona swojego rodzaju zwierzchnictwo nad całym cywilnym personelem, ogrodnikiem, kowbojami i tak dalej. Lucy stoi na straży domu podczas nieobecności zakonników, dogląda wszystkiego na swój własny sposób, a mianowicie taki - by nie urągało to pełnionej przez niej wysokiej funkcji. Można zatem powiedzieć, że skoro kapitan na swoim okręcie jest pierwszym po Bogu to Lucy z całą pewnością byłaby druga. Miejsce pierwszego niezmiennie należy do zakonników, dzielą je oni egzekwować za pewne tego nieświadomi, gdyż przecież dla nich samych jasne jest, że najwyższym prestiżem cieszy się gwardian ojciec A, tuż za nim jest ten, któremu przypadło w udziale niechlubne stanowisko ekonoma - ojciec E, a dopiero na samym końcu znajduje się ojciec J. Który do dziś nie wiem jakie pełni stanowisko, ale z jego beztroskości i dobrego humoru wnioskuję, że nie łączą się z nim żadne szczególne obowiązki. Jednak dla większości śmiertelników i przybywających do sanktuarium pielgrzymów czy nawet pracowników, te niuanse podziału władzy pozostają skryte pod zasłoną szarych habitów. Tak wiec w pewnym sensie można uznać, że stanowisko Lucy jest znacznie bardziej eminentne, gdyż w przeciwieństwie do zakonników nawet w powszechnym mniemaniu z nikim go nie dzieli i nie zostawia co do tego najmniejszych wątpliwości. Jak pisał Karol Oglierd Borchardt - Jeżeli chcesz przeżyć swoje życie w spokoju, nie drażnij nigdy trzech osób: kucharza, kobiety i człowieka z nożem. Jako że Lucy pełni w tym przybytku funkcję ,,naczelnej" kucharki, a nikt nie lubi chodzić z pustym brzuchem, wszyscy w koło muszą bezwzględnie się z nią liczyć. I tak też czynią, począwszy od chłopaka zajmującego się psami, poprzez pasterzy i kowbojów, a kończąc na ojcach, którzy nie chcieliby wystawiać na próbę swoich umiejętności kulinarnych. 
Wracając do pukania - było to dość niespotykane, bo na ogół nikt nie puka do naszego pokoju, a o ile dobrze pamiętam, sama Lucy zapuściła się tu po raz pierwszy. Zapytała czy mamy kawę. Zaskoczony pytaniem odpowiedziałem, że owszem i wręczyłem jej część naszych własnych, prywatnych zapasów. Odłożoną na takie okazje jak ta, gdy ekonom nie wywiąże się ze swoich obowiązków należycie i zapomni o zakupach. Lucy przyjęła kawę z lekkim ociąganiem i odeszła. Nim zamknąłem drzwi, dostrzegłem kątem oka starszego jegomościa przechadzającego się po korytarzu. O dziwo był biały. Uznałem, że zapewne jest gościem naszych zakonników i wróciłem do swoich spraw.
Nie minęła godzina, kiedy rozległo się kolejne pukanie do drzwi. Tym razem w drzwiach stał starszy jegomość, na pierwszy rzut oka Kenijczyk. Krępy, z brodą i połyskującą łysinką na szczycie czaszki. Zwrócił się do mnie mniej więcej tymi słowami:
-Ojcze, przyjechaliśmy z daleka (tutaj podał długi i skomplikowany zlepieniec zawierający nazwę miasta, parafii wraz z wezwaniem i regionu, z którego przybywają - nic nie zrozumiałem) na obchody (znów długa i zgoła trudna do rozszyfrowania nazwa oznaczająca święto, które przyjechali tu celebrować), czy zechciałbyś odprawić dla nas mszę?
Zamurowało mnie. W nieskładny sposób zacząłem tłumaczyć staruszkowi, że nie jestem zakonnikiem i niestety nie dam rady odprawić dla niego mszy, ale bardzo chętnie pomogę mu w ustaleniu, czy w okolicy znajduje się ktoś, kto by mógł. Staruszek nieszczególnie wydawał się być zainteresowany moim wywodem, znacznie większą uwagę poświęcał wnętrzu naszego pokoju. Pod moim ramieniem zaglądał do środka i nawoływał powitania do siedzącej w głębi pokoju Kasi. Gdy udało mi się wreszcie zamknąć drzwi, poprowadziłem go w dół korytarza i poprosiłem by poczekał, podczas gdy ja zobaczę czy którykolwiek z ojców jest na górze. Wchodząc na górę, miałem niemiłe uczucie, że nikogo tam nie znajdę. Ojcowie wyjechali po śniadaniu i mieli pojawić się na kolację, a do siódmej zostało jeszcze nieco czasu. Wiedziałem, że Lucy już dawno się ulotniła i nie będzie z kim zostawić zabłąkanego pielgrzyma. Na piętrze zobaczyłem światło w jedym z pokojów, nie był to jednak pokój należący do żadnego z naszych zakonników. Mimo to postanowiłem spróbować.
Zastałem tam, jak sie okazało, naszego gościa. Ten sam biały staruszek, którego widziałem wcześniej na korytarzu. Przedstawił się, ze zmiękczonym przez Afrykę brytyjskim akcentem jako Ojciec ..... Nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, przedstawiłem mu pokrótce sytuację: że wygląda na to, że naszych duchownych jeszcze nie ma, a na dole czekają pielgrzymi i że nie bardzo wiem, co mam w tej sytuacji zrobić. Wspólnie zszedł ze mną na dół. Powitał czekającego tam na nas staruszka w swahili i zaczęli płynnie rozmawiać. Gdy zorientowali się, że nic nie rozumiem, Ojciec wyjaśnił mi, że ci pielgrzymi przyjechali jak się zdaje na te same uroczystości co on. Wyjaśnili całą sprawę i po chwili pielgrzym pożegnał się z nami wylewnie i poszedł.
Zaproponowaliśmy Ojcu kawę i siedliśmy wspólnie przy zastawionym do kolacji stole, mając nadzieję, że niebawem pojawią się ojcowie E. i J. Podczas rozmowy dowiedzieliśmy się sporo o naszym gościu, sami opowiadając mu też nieco o sobie. Okazało się, że jest on Irlandczykiem z Dublina, należącym do zgromadzenia braci Św. Patryka. Tłumaczył nam to obracając w palcach celtycki krzyżyk na swojej szyi. Widząc jego zaawansowany wiek i sposób, z jaka łatwością posługiwał się swahili, zakładałem że musi być w Kenii już od pewnego czau - i nie myliłem się. Z trudem mogłem uwierzyć, gdy powiedział, że jest tutaj od 1968 roku. Z zamyślonym spojrzeniem rozglądał się po jadalni próbując policzyć, ile upłynęło od tego czasu lat. Bez zająknięcia jednak wymienił nam wszystkie miejsca, do których trafił podczas swojej pracy misyjnej w tym kraju. Miał niezwykle przyjemny głos, jego angielski był podręcznikowy i z łatwością dawało się go zrozumieć, choć obfitował w pewne archaizmy, które tak bardzo jednak pasowały do sposobu wyrażania się mówiącego. Podczas kolacji słuchaliśmy jego opowieści o tym, jak podczas zamieszek w 2008 utknął w Nakuru i nie mógł się wydostać i tylko modlitwa była dla niego podporą w tym trudnym czasie. Z wielkim żalem opowiadał jak ludzie w tym czasie zwrócili się przeciwko sobie i jak jeden z jego współbraci - Kikuyu imieniem Kamau, został ukamienowany podczas powrotu do domu. Opowiedział nam nieco o grupie zgromadzonych na farmie poniżej pielgrzymów, którzy należą do ,,pionierów" - ruchu zapoczątkowanego przez członka tego samego zgromadzenia, co nasz gość, który w 1920 próbował nauczać irlandzkich dokerów o zgubnych skutkach nadużycia alkoholu. Potem Ojciec opowiedział nam o zagrożeniach związanych z malarią i o tym, jak sam chorował przez cały miesiąc, gdy zapadł po raz pierwszy na tę chorobę, a było to w 1962 roku w Port Calabar w Nigerii. Dopiero teraz opowiedział nam o tym, że owszem - do Kenii przybył w roku 1968 - ale wcześniej tuż po skończeniu seminarium spędził sześć lat w Nigerii, zwanej przez wzgląd na swój niegościnny klimat ,,the grave of white man". Opowiedział nam o tym, jak jego zgromadzenie nie miało dość pieniędzy by kupić im wszystkim bilety samolotowe, więc niektórzy z nich, tak jak on, musieli pokonać tę długą drogę na pokładzie statku. Droga z Irlandii zajęła im cztery tygodnie żeglugi, podczas których, jak mówi, zawijali do portów z wyładunkiem i załadunkiem nowych towarów. ,,Czułem się trochę jak na wakacjach"- opowiada, śmiejąc się.
W trakcie naszej rozmowy wybiła siódma i nadszedł czas na kolację, którą zaczęliśmy bez naszych wciąż spóźniających się zakonników. Chwila prawdziwej grozy nastała, gdy nasz gość postanowił poczęstować się jedną z ostrych papryczek postawionych na stole, którymi doprawialiśmy swoje posiłki razem z Kasią. Dość monotonną kuchnię Lucy zaczęliśmy sobie wraz z Kasią urozmaicać we własnym zakresie, na wszelkie możliwe sposoby, wszelkimi dostępnymi nam środkami. Dodawaliśmy ostrego sosu chili, czarnego pieprzu, mielonego czosnku, a gdy wszystkiego już brakło, zostawało świeże lub podsuszone piri-piri. Ojciec najwidoczniej zachęcony, postanowił też spróbować. Wziął mały gryz i nagle poczerwieniał na twarzy. Zaczął się dławić, krztusić i sinieć. Spoglądałem na niego zaniepokojony. Gestem dłoni dawał znać, że wszystko jest w porządku, z ledwością udawało mu się powstrzymać dławiący kaszel. No to ładnie - myślałem patrząc, jak biedny staruszek cierpi męki z powodu ostrej przyprawy. Pochłaniał szklanki wody jedna za drugą, a ja bałem się odwrócić od niego wzrok w obawie, że przegapię moment, kiedy będzie trzeba udzielić mu pomocy. Na całe szczęście udało mu się to przetrwać i reszta posiłku minęła już niezakłócona, a jego dobry humor szybko zatarł niemiłe wspomnienia niedoszłej tragedii.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz