wtorek, 17 czerwca 2014

Kariuki i jego las.



Czasem tak bywa, że człowiek pod wpływem bodźców zewnętrznych lub jakiegoś wewnętrznego zewu czuje nieodpartą potrzebę zrobienia czegoś. Przyjęło się ostatnio żartować, że człowiek, któremu przydarzy się coś podobnego, powinien sobie spokojnie usiąść i poczekać aż mu przejdzie. Nasza potrzeba zrobienia czegoś, znalazła ukierunkowane ujście w formie pieszej wyprawy do oddalonego nieco od Subukia Nyahururu. Tak więc skoro już nie usiedliśmy i nie poczekaliśmy, to postanowiłem opisać jakie miało to konsekwencje.
Sam pomysł wyprawy narodził się kilka dni wstecz, gdy wybraliśmy się na przechadzkę i polowanie na kolejne zdjęcia ptaków do kolekcji Kasi. Podczas spaceru zawędrowaliśmy na szczyt pobliskiego wzgórza - tego na którym poprzednim razem spotkaliśmy Irene i jej młodszego brata, Wilsona. Dzieci pojawiły się i tym razem, choć trudno stwierdzić czy te same, z całą pewnością nie było z nimi Wilsona. Tego małego człowieczka o niebagatelnym  imieniu akurat bym poznał. Dzieciaki oczywiście nie dały nam już spokoju aż do zejścia na dół, skutecznie płosząc Kasi wszystkie ptaki. Wskazały nam jednak drogę do Nyahururu.
Po powrocie do domu postanowiliśmy, że w niedługim czasie znów wdrapiemy się na górę i sprawdzimy gdzie droga rzeczywiście prowadzi. Zaplanowaliśmy zabrać ze sobą jakieś drobne zapasy na drogę i takie tam.
No i stało się, wczorajszy wieczór spędziliśmy smażąc placki ziemniaczane. Uprzedziliśmy, że nie będzie nas na obiedzie, a dzisiejszego ranka wstaliśmy wcześniej, po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Nastroje dobre, kondycja nieco gorsza, trzymały nas jeszcze zakwasy po ostatniej wycieczce, ale nic to - jak mawiał mały rycerz.
Wspięcie się na szczyt wzgórza zajęło nam rekordowo krótki czas. Gdy dotarliśmy na górę, łąki i trawiaste pastwiska wciąż lśniły rosą chłodnego poranka. Dzieciaków jeszcze nigdzie nie było widać, gdy cicho przemykaliśmy przez opustoszałą osadę nim ta jeszcze przebudziła się na dobre. Wychodzący w pola ludzie patrzyli na nas w ciszy ze zdumieniem jeszcze większym niż zwykle, no bo  skąd na takim odludziu dwóch białasów o tak wczesnej porze? Napotkanych ludzi pytaliśmy o drogę by upewnić się czy na pewno utrzymujemy słuszny kierunek. Za cel obraliśmy sobie sforsowanie góry, przez którą - jak mniemaliśmy - prowadziła droga na skróty do naszego celu. Pytani o drogę miejscowi informowali nas, że kierunek mamy właściwy, droga którą szliśmy miała za parę kilometrów spotkać się z asfaltówką, skąd z łatwością złapiemy matatu do Nyahururu. No ale gdzie tu zabawa i przygoda. Z coraz większą desperacją zaczęliśmy szukać odnogi, która zaprowadziłaby nas na szczyt wzgórza wyrastającego po naszej prawej stronie i uchroniła nas od wielogodzinnego marszu wzdłuż asfaltowej drogi. Kilkukrotnie skręcaliśmy w wąskie ścieżynki odchodzące w bok, mając nadzieję, że wreszcie uda nam się zbliżyć do odległej góry. Niestety, wszystkie kończyły się po parudziesięciu metrach płotem lub czyimś polem i wiązkami drutu. Wreszcie znaleźliśmy ścieżynkę, a na niej wiele śladów zwierząt odciśniętych w błocie, z grubsza prowadziła we właściwym kierunku. Postanowiliśmy spróbować. Dróżka biegła wzdłuż pola, na którym nagle na nasz widok ustały wszystkie prace, a zaskoczeni rolnicy przyglądali nam się z zaciekawieniem. Po paru minutach ścieżka zaczęła wznosić się coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie stanęliśmy przed gęstwiną pnącego się w górę stromego zbocza lasu. Pośród bujnej roślinności niknęła ledwie widoczna ścieżka. No i tu dopiero zaczęła się cała zabawa, maczetą wyrąbywałem sobie drogę przez zarośla i mozolnie parliśmy naprzód. Im dalej, tym droga była bardziej zarośnięta, a wzgórze stawało się coraz bardziej strome. Nie wiedząc czy dokądkolwiek to prowadzi, zacząłem mieć pewne wątpliwości. Wiedzieliśmy przecież, że nie damy rady przerąbać się na sam szczyt, miałem cichą nadzieję, że nasza ścieżka niebawem połączy się z jakimś bardziej uczęszczanym szlakiem prowadzącym na górę. Niestety, nic na to nie wskazywało, a droga robiła się coraz gorsza i z trudem odnajdowałam już zarośniętą ścieżynkę. Gdy już niemal się poddaliśmy i byliśmy gotowi zawrócić, po drugiej stronie zarośli dostrzegłem zbliżającą się postać. Wyglądało na to, że również kieruje się na szczyt, równolegle do nas. Okazało się, że obok rzeczywiście była druga droga. Mężczyzna przystanął i jakby się mogło zdawać, czekał aż do niego dołączymy. Na kolanach (dosłownie) przeszliśmy kilka metrów gęstych krzaków i wdrapaliśmy się na błotnistą ścieżkę pnącą się w górę zbocza. Przywitaliśmy się z napotkanym miejscowym, a on po prostu bez słowa ruszył na górę. A my za nim. Trzymał się z przodu, kilka metrów przed nami, pokazując nam drogę.  Gdy przystawaliśmy by nabrać oddechu on też stawał i czekał aż będziemy gotowi iść dalej. I tak powoli szliśmy na górę, przy kolejnym postoju przedstawiłem się naszemu anonimowemu przewodnikowi, a on zrewanżował mi się tym samym. Nazywał się Kariuki - no bo jakże by inaczej. To bardzo popularne w Kenii nazwisko i jest takim odpowiednikiem polskiego Kowalskiego. A potem powiedział coś, co nieco mnie zaniepokoiło: ,,To mój las”.
No i mamy problem - pomyślałem sobie. Jak na razie Kariuki spokojnie prowadził nas na szczyt, ale weszliśmy na jego ziemię. Zacząłem się zastawiać czy zażąda od nas jakiejś zapłaty za to wtargnięcie - no i za usługi przewodnika. Gdy dotarliśmy wreszcie na szczyt, już po raz drugi mieliśmy okazję w tym dniu podziwiać niemal alpejskie krajobrazy zielonych łąk. Uznaliśmy, że to odpowiednia pora na drobny odpoczynek: herbatka i placki. Oczywiście poczęstowaliśmy też naszego Kariukiego, dając mu kolejne placki. Miał gość, cholera, apetyt. Miałem cichą nadzieję, że zaraz się rozstaniemy i spokojnie każdy pójdzie w swoją stronę. Kilkakrotnie już przeprosiłem go za wejście do jego lasu tłumacząc, że nie wiedzieliśmy, że to jego ziemia. Twierdził, że nie ma problemu, co wróżyło nie najgorzej. Gdy już wypoczęliśmy, podziękowałem bardzo Kariukiemu, zapytałem o dalszą drogę i jeszcze raz przeprosiłem za wtargniecie. Powiedziałem też, że dalej poradzimy sobie sami i że nie chcielibyśmy zabierać mu jego cennego czasu. Kariuki zgodził się ze mną, po czym oświadczył, że czas w drogę i ruszył ścieżką, którą wskazał jako prowadzącą do Nyahururu.
Tak narodził się kolejny problem. Nasz przewodnik twierdził, że nie zna angielskiego, mówił prawdę albo udawał - trudno powiedzieć. Podczas drogi wielokrotnie zapewniałem go, że dalej poradzimy sobie sami i że może już wracać do domu, ale on za każdym razem przytakiwał i szedł dalej. Czuliśmy się nieco niezręcznie rozmawiając przy nim po polsku. Ilekroć to robiliśmy, przyglądał nam się ciekawie, tak wiec maszerowaliśmy za nim w ciszy, sfrustrowani niezręczną sytuacją, knując w jaki sposób można by się go w sposób kulturalny pozbyć. Jedzenia i picia zostało nam na tyle mało, że nie mogliśmy sobie pozwolić na dalsze częstowanie go, wiec o zjedzeniu czegokolwiek samemu też nie było mowy, przynajmniej dopóki był z nami. No i tak to trwało, my milczeliśmy, a przymusowe towarzystwo naszego przewodnika coraz bardziej psuło nam humor. Aż wreszcie okazało się - Kariuki zrobił to, czego od dawna się obawiałem - poprosił nas o pieniądze i oświadczył, że jak je dostanie to sobie pójdzie. Natychmiast zapewniłem go, że pieniędzy nie mam, bo wybraliśmy się tylko na pieszy spacer, wiec nie przewidywałem żadnych większych wydatków i mam przy sobie tylko drobne, których nie mogę mu dać, bo będę ich potrzebował na drogę powrotną z Nyahururu. Nie do końca było to zgodne z prawdą, miałem przy sobie nieco pieniędzy, ale rzeczywiście niewiele. Nie miałem jednak zamiaru płacić mu tylko za to, żeby się od nas odczepił. Kariuki nieco posmutniał, mimo to stwierdził, że będzie nam towarzyszył dalej. Gdy dotarliśmy do następnej osady, Kariuki znów coś wybąkał w swahili. Jak się okazało nieco dalej chodziło mu chyba o to, że zbliża się koniec naszej wspólnej wędrówki. Rozstaliśmy się na skrzyżowaniu. Kariuki wskazał nam właściwy kierunek jeszcze raz, tym razem po raz ostatni podziękowałem mu za pomoc i życzyłem bezpiecznej podróży.
Nie przedłużając, droga którą wskazał nam Kariuki po kilku godzinach doprowadziła nas wreszcie do asfaltówki biegnącej do Nyahururu. Nie mieliśmy już sił dłużej jej unikać i szukać miej uczęszczanych skrótów. Zdecydowaliśmy się wreszcie na marsz wzdłuż szosy. Nagrzany asfalt i co chwila zaczepiający nas ludzie zaskoczeni widokiem dwóch białasów idących wzdłuż drogi z plecakami, szybko wyssały z nas resztki energii i entuzjazmu. Po kolejnej godzinie dotarliśmy do malutkiej miejscowości-naprawdę malutkiej. Parę domków, mały hotelik i knajpka. Usilnie próbowaliśmy się dowiedzieć jak daleko nam jeszcze zostało, ale odległości podawane przez miejscowych wahały się pomiędzy jeden a piętnaście kilometrów...poddaliśmy się. Stwierdziliśmy, że i tak przeszliśmy już dość, a dalsza wycieczka nie ma wielkiego sensu jeżeli nie zdecydujemy się wziąć matatu. Ale nie o to przecież chodziło. Obawialiśmy się, że jeżeli zdecydujemy się iść dalej, możemy dotrzeć do Nyahururu za kilka godzin, ale nie starczy nam wówczas czasu już na nic więcej - początkowo planowaliśmy tam coś zjeść i nieco odpocząć, ale jeżeli będziemy na miejscu zbyt późno, zwyczajnie nie będzie już  na to czasu. Poza tym, z każdą chwilą marszu rosła cena jaką będziemy musieli zapłacić za powrót do Subukia - mówię tu o opłacie za przejazd matatu - im dalej, tym drożej. W końcu zdecydowaliśmy się usiąść gdzieś i nacieszyć się chodź chwilę tym aktywnie spędzonym dniem.
Po raz kolejny okazało się, że zimne piwo jest najlepszym chyba zwieńczeniem długiej podróży. Doszliśmy do wniosku, że po to człowiek właśnie zdobywa szczyty, przedziera się przez dżunglę i forsuje rzeki, by po powrocie do cywilizacji z nieopisaną satysfakcją napić się piwa.
Droga powrotna przebiegła błyskawicznie, choć nieco nietypowo. Znudzeni czekaniem na nienadjeżdżające matatu, postanowiliśmy spróbować szczęścia łapiąc stopa - niczym Kinga Choszcz - autorka niedawno przeczytanej książki „Moja Afryka” . Mieliśmy stuprocentową skuteczność, już pierwszy samochód zatrzymał się, by zapytać dokąd jedziemy. Podwiozła nas para studentów wracających z miasteczka do uniwersyteckiego kampusu. Gdy tylko rozstaliśmy się z uczynnymi studentami, pojawiła się w srebrnej terenówce prawdziwa kenijska businesswoman, która jadąc do Nakuru chętnie podwiozła nas już do samego Subukia. 



Kasia i nasz Kariuki.



Kolejny forfiter.

Nie ma to jak frytki z gazety w ulubionym barze.

Szczyt wzgórza w o poranku.

Dzieci na zdjęciu z zaciekawieniem obserwują muzungu który niewrażliwy na ich czarne wdzięki drzemie sobie na trawie.
Tak wiec podsumowując - choć nie udało nam się dotrzeć do Nyahururu jak planowaliśmy i towarzystwo namolnego przewodnika mocno uprzykrzyło nam kilka godzin wędrówki, to wyprawę uważam ogólnie za udaną. Planuję ją jeszcze powtórzyć, tym razem znamy już drogę i kto wie - może niebawem podejmiemy kolejną próbę dotarcia tam pieszo. Może tym razem uda nam się umknąć uwadze Kariukiego, właściciela lasu.   
Zamieszczam też link do mojego picassa dla tych którzy chcieli by zobaczyć więcej zdjęć.   
    

piątek, 13 czerwca 2014

Forfiter.

Dzisiejszy wpis jest raczej pretekstem do zamieszczenia pod nim kilku zdjęć. Po śniadaniu wybraliśmy się z Kasią na budowę a po rozmowie z Johnem-naszym majstrem -na spacer. Moja wolontariuszka ostatnimi czasy wykazuje niezwykłe zainteresowanie ptakami wiec podczas spacerów polujemy na nie z aparatem. Podczas dzisiejszej przechadzki udało jej się zebrać dość pokaźny łup a w zastawione przez nią sieci zupełnym niespodziewanie zaplatało się coś jeszcze...    






czwartek, 12 czerwca 2014

Zabójca Ortografii.


Poniższy tekst znajduje się tutaj gościnnie, w całości został napisany przez mojego nieocenionego korektora. Dawno temu zdeklarowałem się zamieścić ten tekst o ile kiedykolwiek powstanie i oto dziś stało się. Oddaję go w wasze ręce.

                                                                               ***


Jakiś czas temu zarzuciłam sobie luźno myślą, ażeby spisać wszystkie straszne rzeczy, których spłodzenia dopuścił się autor tego bloga. Pogoń myśl podłapał, a nawet uznał, iż nie będzie to zły pomysł i jak coś takiego powstanie, to wrzuci tuż obok dzieł swych zebranych tj. wszystkich znajdujących się tutaj esejów, reportaży, opowieści i fragmentów pamiętniczka.
Ufnie liczę na to, że faktycznie wrzuci.
Ja pojmuję, że jest coś takiego jak dysortografia, dysgrafia, dysleksja, dysplazja i cała reszta wszelkiego rodzaju upośledzeń, które według logopedów i pań pedagożek czynią człowieka WYJĄTKOWYM (tak się teraz kulturalnie mówi o ludziach chorych). Rozumiem, że wrodzone to jest, niepozbywalne, niewycinalne i w ogóle, ale – CHOLERA – istnieją jakieś zasady.
Bartosz Pogoń, autor tego bloga, autor zamieszczonych na nim tekstów i osoba znajdująca się na zdjęciu – to wszystko w jednym – zasadami jawnie gardzi i pomiata. Umysł to jest wielki, człowiek światły i wyedukowany, nadzieja nowej myśli polskiej literatury. Prócz tego posągowo piękny: blady jak Królewna Śnieżka, o włosach czarnych jak brudnawa resztka kawy w starym kubku stojącym na biurku od dwóch tygodni. Z racji wszystkich wyżej wymienionych cech, Pogoń jako dysortograf najprawdopodobniej postanowił nie zaprzątać myśli wpajaniem sobie najbardziej podstawowych zasad pisowni w jakiejkolwiek jej dziedzinie.

Muzungu gdy poraz pierwszy zostało urzyte na określenie białego w afryce wcale nie miało obraźliwego harakteru.(...) Tak wiec biały podrurzynk przybył do osady, pokrecił się, pokręcił się jak to biały i poszedł dalej. Po jakimś czasie zjawił się kolejny, a ponim następni. Tak wieć miejscowi zaczęli nazywać tego białęgo przybysza Muzungu co dokładnie oznacza chodzący w kułko lub też kręconcy się bez celu. [fragment jednego z tekstów zamieszczonych na blogu]

Niezaprzeczalną prawdą jest, że tekst ten jest efektem mojej wielogodzinnej, narastającej frustracji, spowodowanej ciągłym zamienianiem dużych liter na małe, „a” na „ą” lub też powtarzaniem Pogoniowi, że nazwy państw pisać należy niezmiennie dużą literą – że tak było, jest i będzie – do czasu, w którym pokolenie młodzieży wychowanej w internecie przestanie odróżniać jedno od drugiego. Z drugiej jednakowoż strony, osoba autora stanowi interesujący przypadek człowieka, który przy swej porażającej niekiedy lotności umysłu, nie jest w stanie przyswoić najprostszych rzeczy. Zatem może to być jedyna okazja do zaczerpnięcia odrobiny rozrywki z całej studni wołającej o pomstę do nieba pisowni Bartka Pogonia.

Monke   Hiński   Żekomych   Kraji   Bembnach   Prezydętów   Sktremistą   Mnszczyzną   Od tąd
Durze   W obec    Rzycia      Fundamętów     Niekturym    Asortymęt      Klijętami     Kaurat     Wodospada      Pujść     „Whos haus, racks haus.”        Komedji       Żądami      Rerzimem            Symatji        Rzołnieży     Chabity       keni          Studętów        Parafji         Katoliką            Powrud     Wybur        Noworotki        Historije      Sowojej     Nalerzą       Skónecznej        Sowjich      Zakontku      Świedzcy     

No, starczy. Trochę mi lepiej.
Jako osoba poprawiająca wszystko, co napisze Pogoń, chciałam podzielić się ze światem swym bólem. Za każdym razem, gdy otrzymuję kolejny świeżutki tekst, obfitujący w czerwień wordowskiej autokorekty – czuję, jak coś mi w środku umiera.
Chciałabym też przeprosić za ewentualne pominięte przeze mnie błędy – zarówno ortograficzne jak interpunkcyjne. Prawda jest taka, że na interpunkcji się nie znam, natomiast czujność w kwestii istnienia błędów ortograficznych spadła mi ostatnio do minimum, stale smagana bezlitosnym biczem konieczności poprawiania kolejnych tekstów.

- Katarzyna Witkowska, korektor


Ktoś mi zarąbał sny.



Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu, ale to bynajmniej nie dlatego, że się obijamy, wręcz przeciwnie. Projekt pochłonął nas bez reszty: spotkania z kontaktorem, doglądanie placu budowy i pisanie raportów. Od czasu jak walczyliśmy o złożenie wniosków o wizy w Nairobi, w zasadzie nie ruszamy się z Subukia. Całe dnie spędzamy na miejscu, więc też nie dzieje się zbyt wiele rzeczy, o których warto byłoby pisać. Spotkania przy posiłkach, codzienne obowiązki i usidlająca nas ze wszystkich stron rutyna. Głównym tematem ostatnich rozmów stała się pora deszczowa, za której sprawą znacznie ochłodziła się atmosfera na misji. Żyjemy w zasadzie od weekendu do weekendu, w trakcie którego cały dom rozbrzmiewa głosami przyjezdnych pielgrzymów i odwiedzających sanktuarium gości. Wyprawy w okoliczny busz przestały już być ekscytujące, a podziwianie małpich figli rodzinki columbusów podczas spaceru to już w zasadzie tak zwany zestaw standardowy. Kąpiel w okolicznym wodospadzie nie wzbudza większych emocje niż wyprawa na piwo do oddalonego o kilka kilometrów miasteczka i odwiedziny w naszym stałym barze. Gdy wracamy na górę, mam wrażenie, że nie zajmowałem się w życiu niczym innym niż jazdą na motocyklu na trzeciego, bo już nawet to nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. Co prawda wizyty w mieście nadal są okupione budzeniem ogólnej sensacji wśród lokalnych mieszkańców, ale na to chyba już nic nie poradzę. Podczas jednej ze wspinaczek pod górę postanowiliśmy, że powrocie do Polski zrewanżuję się tym samym i do każdego napotkanego na ulicach Wrocławia czarnoskórego będę wołał z daleka i prosił o pieniądze. Miłą odmianą w monotonii ostatnich tygodni były odwiedziny u sióstr, które mieszkają nieopodal - raptem pięć kilometrów w dół wzgórza. Było to ciekawe doświadczenie - po oglądaniu od pewnego czasu przy każdym posiłku tych samych czarnych twarzy, miło było porozmawiać z kimś po polsku przy kawałku ciasta i filiżance herbatki. Siostry są niezwykle miłe i serdeczne. Siostrę F. znam jeszcze z mojej ostatniej wizyty sprzed lat, siostra K jest tu - jak by się mogło zdawać - od niedawna, ale jest osobą niezwykle ciepłą i przyjazną. Miło mieć takie sąsiadki, tym bardziej że jeszcze przez kilka miesięcy nie możemy tu liczyć na towarzystwo innych Polaków.
Co do samego projektu, to wszytko posuwa się naprzód i chciałoby się powiedzieć, że zgodnie z planem, ale to niestety tylko pobożne życzenie. Co do planu, to trudno w zasadzie ustalić i dojść od porozumienia pomiędzy kontaktorem, inżynierem, głównym majstrem na budowie, a moimi przełożonymi w Polsce (serdecznie pozdrawiam), który plan w zasadzie realizujemy. Problemów jako takich nie ma, gdyż w dalszym ciągu jesteśmy na poziomie fundamentów, tylko że przy okazji ostatniego spotkania okazało się, że nasz poziom fundamentów zaczyna sięgać pierwszego piętra i może czas już powoli zacząć stawiać ściany. Na tym etapie trudno mówić o jakimkolwiek opóźnieniu, co do wydajności pracy naszych ludzi nie mam żadnych zastrzeżeń. Czasem jednak, gdy odwiedzamy plac budowy i widzę ich poczynania to myślę, że Darwin - ojciec ewolucji - przewraca się w grobie. Przez ostatnie dwa tygodnie wypełniali wzniesione fundamenty kamieniem, wrzucali do obrysu budynku kamienie wielkości tułowia sześciolatka, po czym tłukli je młotkami tak długo aż nie zamieniły się w żwir. Dziś zobaczyłem, że zaczęli je wyjmować, zapytałem więc Johna dlaczego je wyciągają. Odpowiedział, że ma być zmiana w planie i trzeba je wyjąć. Wiem o co chodzi, wiec mówię Johnowi że decyzja nie została jeszcze podjęta i będzie trzeba na nią poczekać jeszcze kilka tygodni, nim się zdecydują co z tym zrobić. A w międzyczasie mieli zająć się inną częścią budowy, a te zostawić do czasu podjęcia decyzji. Zasugerowałem też, że jeżeli nowy pomysł nie przejdzie, to będzie trzeba na nowo wypełniać fundament. John zastanowił się chwilę, po czym odparł, że to nie jest problem. Najwyżej napełnią go jeszcze raz. W takich chwilach naprawdę się cieszę, że to kontaktor, a nie my płaci im wszytkim stawkę godzinną, a nas interesuje jedynie ostateczny efekt.
Co rano, jeszcze przed śniadaniem, razem z Kasią wchodzimy na szczyt wzgórza gdzie znajduje się kapliczka i źródełko maryjne. Każdy stopień drogi krzyżowej znamy już na pamięć z najdrobniejszymi szczegółami. Nasz średni czas z pod domu na szczyt wzniesienia, z przerwą na kilka łyków orzeźwiającej wody, to osiemnaście minut. Na ogół po drodze na górę rozmawiamy o tym, co się komu ostatniej nocy śniło. Kilka dni temu przy śniadaniu Kasia pożaliła się, że chyba ktoś jej zarąbał sny. Nie śnią się jej już rzeczy, o których zwykła śnić, tymczasem co noc bierze udział w wojnach, tajnych operacjach szpiegowskich i dalekich wyprawach. Z frustracją oświadczyła mi, że zupełnie nie może się w tych snach odnaleźć, gdyż nie zna realiów i czy to na pewno nie są moje sny. No cóż, ja ostatnimi czasy raczej nie śnię, więc kto wie?

Na koniec dorzucam kilka filmów i zdjęć zrzuconych wreszcie z telefonu.