niedziela, 7 września 2014

Być jak miszcz Musashi.

Jest to drugi z pośród postów zamieszczanych z opóźnieniem, co tłumaczy jego nieaktualność. Może zwyczajnie musiały one odleżeć swoje bym podjął decyzję o jego zamieszczeniu. Poniższy wpis nie ma jednak zbyt wiele wspólnego z Afryką i nie drzemią w nim ukryte żadne błyskotliwe spostrzeżenia czy wnioski moich obserwacji.   


 ***

Kiedy piszę ten post, nie mam już internetu od prawie dwóch tygodni, przez co nie jestem pewien czy istnieje jeszcze jakikolwiek świat poza Subukia. Brak dopływu informacji z zewnątrz był uciążliwy przez pierwszy tydzień, z czasem człowiek jednak się przyzwyczaja.
Oczywiście mocno utrudnia nam to pracę, ale robimy co możemy i łudzimy się, że rozwiązanie tego problemu nadejdzie wraz z rychłą wizyta ojca K. i wyprawą do Nakuru. Póki co, dalej robimy swoje, na budowie mieliśmy sporo zajęć, ściany już stoją, a kolejnym etapem jest rozpoczęcie pracy nad dachem, ale najpierw trzeba dopilnować by filary, które wkrótce mają go podtrzymać były proste. Praca nad tym drobnym szczegółem zajęła nam ponad tydzień bezustannych poprawek i mierzenia. Moi ekstraordynarni budowlańcy nauczyli mnie, że w Afryce ,,prosto" niejedno ma imię.
Życie stało się niezwykle monotonne, byliśmy już wszędzie gdzie tylko da się dojść na piechotę, a ścieżki w koło sanktuarium znamy dosłownie na pamięć. Spacery, polowania z aparatem na ptaki i wspinaczki na okoliczne wzgórza stały się dla nas tak powszednie jak ugali, które dzień za dniem na śniadanie, obiad i kolację serwuje nam Lucy - nasza znienawidzona kucharka. Boimy się, że gdyby znała polski, już dawno by nas otruła.
Pracownicy z leżącej nieco poniżej sanktuarium farmy należącej do ojców, zaczęli reperować zniszczony płot biegnący wzdłuż drogi. Kilka dni temu Kasia znalazła kawałek drewna pozostawiony przez nich w miejscu, gdzie przygotowywali nowe paliki na płot. Zainspirowana jego kształtem postanowiła, że zrobi z niego łódkę, taką jakie robiło się w dzieciństwie z masztem z patyka i żaglem z....czegokolwiek. W poszukiwaniu narzędzi do wykonania Kasinej łódki udaliśmy się na farmę, gdzie znajduje się warsztat. Jak na złość drzwi były zamknięte, a odpowiedzialnego za klucze pracownika nigdzie nie było widać. Nieopodal warsztatu leżała spora sterta różnej długości i grubości belek i pali, które zapewne też miały iść na płot. I tam go spostrzegłem. Miał około dwa metry i dziesięć centymetrów  długości i jakieś osiem lub dziewięć centymetrów grubości na oko. W pierwszej chwili sękaty i lekko nieprosty, ale niewątpliwie skrywający olbrzymi potencjał, eukaliptusowy palik. Przypomniałem sobie słowa Big-Z na temat tego, że w odpowiednim kawałku drewna znajduje się już ukryta deska surfingowa, należy ją tylko wydobyć. Kierując się ta zasadą, postanowiłem zrobić  suburito,  dla nie wtajemniczonych - taki gruby boken. Mój palik zdawał się nadawać do tego wprost idealnie, problemem pozostawały narzędzia, ale jak to mówią - dla chcącego nic trudnego. I tak po niemal trzech dniach pracy z nieopisaną pomocą Katarzyny (dziękuję) oraz mierzenia, korowania, heblowania - bo wierzę, że tak nazywa się praca za pomocą hebla, a jeżeli tak to co za tym idzie także maczetowania i imadłowania, tomahawkowania, piłowania i papiero ścierowania - moje dzieło jest niemal gotowe. A w każdym razie gotowe na tyle, że wykonałem nim pierwsze dziewicze dwadzieścia shomenów. Pracując nad nim, w zamyślę pragnąłem osiągnąć coś podobnego do suburito, którym posługiwał się miszcz Miyamoto Musashi w filmie Samurai Ressurection, niestety niezbyt udało mi się zbliżyć do tego co planowałem. Choć muszę nieskromnie przyznać, że efekt i tak jest niezły przy tak marnym  zapleczu i zatrważająco niskim poziomie moich umiejętności stolarskich. Jak teraz o tym myślę, to za sukces można uznać to, że nadal mam wszystkie palce. Podczas pracy starałem się kierować zasłyszaną kiedyś od mojej znajomej zasadą zawartą w powiedzeniu że ,,Łatwiej kijek okorkować, niż go potem pogrubasić" - może dlatego filmowe suburito miszcza Musashiego wygląda smukło i wdzięcznie, a mój jak maczuga zbója Łamignata, ale i tak będę kochał go jak własnego.  
***
W przerwie w pisaniu tego posta, razem z Katarzyną skoczyliśmy na szczyt wzgórza do źródełka korzystając z przyjemnego zachmurzenia przed burzą. Po drodze na szczyt stwierdziłem, że będę wykonywał po dziesięć shomenuchi przy każdej stacji drogi krzyżowej prowadzącej na górę. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że droga krzyżowa ma sto czterdzieści shomenów.








Uczynna Katarzyna wykonała dokładną dokumentację mojej pracy, dziękuję.

3 komentarze:

  1. usmiałem sie....
    i wracając do pierwszego kakapitu - rozumię, że sugerujesz że w innych Twoich postach jednak drzemią jakieś ukryte błyskotliwe spostrzeżenia czy wnioski obserwacji?
    musze jeszcze raz poszukać
    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bartus, jestes jednak 2 goscie i tyle ;-)
    a kiedy wpadniecie do nas do Dar?

    OdpowiedzUsuń
  3. "(...)może dlatego filmowe suburito miszcza Musashiego wygląda smukło i wdzięcznie, a mój jak maczuga zbója Łamignata, ale i tak będę kochał go jak własnego" - no i tak go pokochałeś, że został na zawsze sam w Subukia :(

    OdpowiedzUsuń