sobota, 18 października 2014

1 000.


No i stało się - magiczna granica tysiąca wyświetleń została przekroczona po niecałych siedmiu miesiącach. Nie mam zielonego pojęcia jak ustawia mnie to w blogowych statystykach popularności i dorobkowości, ale też niezbyt się tym przejmuję. Na dzień dzisiejszy - to jest w chwili pisania tego posta - mogę pochwalić się czterocyfrową liczbą tysiąca i trzydziestu wizyt, za które dziękuje moim zarówno przypadkowym jak i stałym (Kasia, to o tobie) czytelnikom. Jak zapewne zauważyli Ci, którzy odwiedzili mojego bloga więcej niż jeden raz, pewien czas temu przeprowadziłem małą rewolucję zmieniając tutaj to i owo. Wydaje mi się, że teraz odnalezienie niektórych działów stało się łatwiejsze, a dostęp do zawartych w nich artykułów prostszy. Co do wspomnianego wcześniej specjalnego wpisu z okazji okrągłej tysiączki, to chyba nici.   

***  

Jeszcze kilka dni temu siedzieliśmy wraz z Kasią w Nairobi czekając na rozwiązanie naszych problemów wizowych. Problem może nie został do końca rozwiązany, a raczej chwilowa zażegnany. Powinienem teraz napisać coś w stylu, że to zabawna historia. Ale wcale nie było nam do śmiechu, kiedy z dnia nadzień staliśmy się nielegalnymi imigrantami a śmiertelnie poważny urzędnik z okienka oznajmił nam że powinniśmy ,,immediately" opuścić kraj. Nigdy wcześniej w moim życiu to słowo nie zabrzmiało tak ostatecznie i nie niosło ze sobą takich pokładów uśpionej niechęci i całkowitego zobojętnienia. Tak więc owszem, przyznaję się - byłem wyjętym spod prawa przestępcą. Sprawa może nie była aż tak dramatyczna, jak by się mogło wydawać, ale wizja deportacji przez kilka dni spędzała nam obydwojgu sen z powiek. Krótko mówiąc, bezczynne siedzenie w Nairobi i czekanie na jakąkolwiek decyzję czy pozytywny odzew w sprawie naszej dalszej przyszłości w tym kraju, doprowadzała nas do szału.
Po wyjaśnieniu całej sprawy wróciliśmy do Subukia i to nie byle jak. Szczęśliwym trafem w Nairobi poznaliśmy parę Polaków: Wojtka i Wiolę, którzy jak raz szykowali się do objechania Mt.Kenii. Jako że Subukia leży w zasadzie na ich trasie, Wiola zaproponowała, że jeżeli uda nam się rozwiązać nasze wizowe niedogodności, to możemy zabrać się wraz z nimi.  
Wiola i Wojtek nie są jednak przypadkowymi turystami wybierającymi się na objazdową wycieczkę po Kenii. W zeszłym roku wystartowali swoim Toyotą Hailaks z Republiki Południowej Afryki i ruszyli na północ. Na swojej drodze zwiedzili liczne kraje Afryki południowej i środkowej, parki krajobrazowe, rezerwaty przyrody oraz co bardziej interesujące atrakcje turystyczne. Na koniec swojej podroży zawitali do Nairobi, gdzie pod czujnym okiem Ojca. K zostawili swój ekskluzywny karawan na kilka miesięcy. Teraz wrócili i zaczynają nową podróż, dalej na północ, całą drogę przez Kenię, Etiopię, Sudan, a potem jeszcze dalej aż do Egiptu - aż wreszcie z powrotem na stary kontynent i do Polski. Nie jest to pierwsza tak dalekosiężna wyprawa w ich dorobku, na koncie mają już przejazd przez Amerykę Południową i Północną. Samochodem i motocyklem zjeździli również Australię oraz większą część Europy. Odbyli też podróż dokoła świata. O ich wyczynach można dowiedzieć się więcej na ich stronie, która daje nam również możliwość śledzenia na bieżąco postępów z ich podróży i na gorąco zapoznawania się z ich relacjami.  
Mnie osobiście interesują dalsze losy tej dwójki i tego jak się potoczą, niesione czterema solidnymi kółkami ich maszyny. Podczas tych kilkunastu wspólnie spędzonych godzin, mieliśmy okazję powymieniać się nieco naszymi wrażeniami z odbytych podróży. Ja zanudzałem ich opowieściami o Kenii, które towarzysząca mi Kasia słyszała już bez mała sto razy, a oni rewanżowali się nam wspomnieniami swoich odbytych wypraw. Po trosze zazdroszczę im rozmachu ich eskapady, ponieważ i mnie marzy się odwiedzenie północnej Afryki. Wizja pokonania pustkowi Sudanu i Etiopii za kierownicą solidnego samochodu, a jeszcze lepiej - motocykla - mimo całej towarzyszącej temu niewygody brzmi niezwykle ekscytująco. Ale kto wie, może i ja kiedyś będę miał swoją szansę.  
Chociaż, gdy teraz o tym myślę, to z mojego punktu widzenia, po niemal już ośmiomiesięcznym pobycie w Kenii, wyprawa do Etiopii to kwestia przekroczenia zaledwie jednej granicy. To troszeczkę tak, jak mieszkając we wschodniej Polsce marzyć o wizycie w Berlinie, z tą jedną różnicą, że ja musiałbym kupić wizę. Tak więc ,,zobaczy się”.  Wioli i Wojtkowi życzę zatem wytrwałości i trzymam kciuki by bez większych problemów osiągnęli tak odległy cel, jaki sobie wyznaczyli – pozdrawiam. 
od lewej: Wojtek, O.Arek i Wiola
ja.



2 komentarze:

  1. A kiedy wracacie (albo chociaż odwiedzacie) Kraj Kwitnącej Cebuli?

    Snow

    OdpowiedzUsuń
  2. Już niebawem Marcinku, w okolicach świat powinniśmy się na chwile pokazać.

    OdpowiedzUsuń