niedziela, 7 września 2014

Another day of life.

Studiowanie na odległość, które uprawiam od drugiej połowy marca tego roku, to jest od czasu jak opuściłem Polskę, ma swoje - jak to się mówi - plusy dodatnie i plusy ujemne. Pierwszym minusem jest to, że z każdej pracy należy się rozliczyć w uzgodnionym indywidualnie z każdym prowadzącym terminie, na ogół są oni jednak bardzo wyrozumiali i bardzo często idą na rękę studentowi w podobnej jak moja sytuacji, za co jestem im bardzo wdzięczny. Nie tyle minusem jest samo rozliczanie się z przygotowanych prac, bo to przecież jest wszak kwintesencją studenckiego życia, w szczególności gdy sesja za pasem. Chodzi głównie o to, że studentom zdarza się być nieprzygotowanymi do zajęć, zdarza się z przyczyn często niezależnych od naszych dobrych chęci i starań, nie udało się na przykład doczytać tekstów na zajęcia czy wskazanej przez prowadzącego pozycji książkowej. Wówczas zawsze, co nie raz się zdarzało, dopytać znajomych na papierosie przed zajęciami o to, co sami pominęliśmy albo zwyczajnie siedzieć cicho na zajęciach i starać się nie wychylać. Do czego zmierzam? Bądźmy szczerzy, na piętnaście czy dwanaście zajęć w semestrze, nie na każde człowiek musi być przygotowany. Z pracą indywidualną jest nieco trudniej, gdy dajmy na to każdy ze wskazanych tekstów należy zrecenzować, trudno posłużyć się tu zdawkową opowieścią kolegi, który ,,podobno czytał". W samodzielnej pracy sięgamy do źródeł i szukamy pomocy naukowych, szczególnie - i wiem to z własnego doświadczenia - gdy zbliża się termin nadsyłania prac. Nie mogąc liczyć na pomoce podawane nam jak na tacy przez wykładowców w formie licznych kserówek i proponowanych pozycji ,,na temat", odnajdujemy rzeczy na jakie prawdopodobnie nigdy byśmy nie trafili: cudze prace magisterskie i licencjackie, książki które istnieją tylko w internecie, bo komuś brakło na ich wydrukowanie czy obszerne dokumenty stworzone w PDFach. Nie zawsze są to rzeczy ciekawe i godne zaufania, jednak czasem trafi się jakaś perełka. Ale pomysł napisania tego posta narodził w się w nieco innych okolicznościach.
Narodził się po tym jak siadłem do czytania kolejnego Kapuścińskiego. Nie zrobiłem tego jednak z fascynacji twórczością króla polskiego reportażu, a zwyczajnie poszukiwałem kolejnej książki traktującej o Afryce, którą mógłbym szybko połknąć, a następnie wypluć w formie recenzji. Kapuścińskiego czyta się dość przyjemnie, więc na niego padło. I oto szok. Tytuł ,,Jeszcze dzień życia" pochłonął mnie całkowicie, w moim mniemaniu jest to najlepsza z książek tego autora, jaką do tej pory czytałem, a miałem już do czynienia z wieloma jego reportażami. Trudno oceniać mi ją jako jednolite dzieło, ponieważ poszczególne rozdziały przenoszą czytelnika w bardzo różniące się do siebie realia. Jednak, pośród nich znalazłem fragmenty, które moim zdaniem są majstersztykiem pracy reporterskiej, zarówno ze strony - że się tak wyrażę - technicznej, jak i doboru tematyki. Nie jestem jednak żadnym autorytetem w tej dziedzinie, a dorobek Kapuścińskiego został już doceniony po wielokroć, tak więc moje dalsze słodzenie nie ma tu wielkiego sensu. Podsumuję to tak: na mnie ta książka wywarła znacznie większe wrażenie, niż się tego spodziewałem kiedy zabierałem się za jej czytanie. Dlatego polecam i tyle. Tym bardziej, że trwają już prace nad ciekawie zapowiadającym się filmem opartym na wydarzeniach opisanych w tej właśnie książce, którego bohaterem będzie sam autor. Efekt podjętych nad filmem prac można zobaczyć już w kilkuminutowym zwiastunem . Ma on interesujący styl i jeżeli film zachowany zostanie w takiej właśnie konwencji, to z niecierpliwością będę go oczekiwał. Wyzwania podjęło się hiszpańskie studio Kanaki Films we współpracy z naszym rodzimym Platige Films, co może okazać się dobrym znakiem wróżącym ,,watchable" - że się tak wyrażę - efekt końcowy.        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz