sobota, 29 sierpnia 2015

Centralny Punkt.


Od teraz w zakładce polecani będzie można znaleźć link do nowo powstałego, ale prężnie rozwijającego się serwisu informacyjnego, z którym mam niewątpliwą przyjemność współpracować. W skład redakcji portalu wchodzą młodzi i ambitni ludzie, chcący podzielić się swoim trzeźwym spojrzeniem na otaczającą nas rzeczywistość. W większości  są to świeżo upieczeni absolwenci dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, moi serdeczni koledzy i koleżanki.

Zachęcam zatem do przyłączenie się do grona naszych czytelników, śledzenia nas na Facebooku  oraz regularnych odwiedzin na stronie portalu.     

sobota, 22 sierpnia 2015

Harambee.

Zaraz po moim przybyciu do Subukia, spotkałem ponownie Petera. Jest to facet w średnim wieku, na oko między 40-50 lat, wysoki, szczupły, nieodzownie noszący w czapkę z daszkiem, koniecznie fullcapa,  mieszka nieopodal sanktuarium.
Poznałem go w zeszłym roku gdy wraz z Kasią mieliśmy okazję gościć w jego domu. To u niego jedliśmy słynną kukurydzę wspomnianą już przeze mnie w poście Here day. Gdy spotkaliśmy się po tych wszystkich miesiącach przy pierwszej okazji zaprosił mnie do siebie. Początkowo się zgodziłem nie wiedząc jeszcze co się święci. Szybko okazała się że Peter nie pracuje, jego żona też a najstarszy syn właśnie skończył liceum i pora było by posłać go na studia. Rozmowa bardzo szybko przemieniła się w monolog podczas którego dowiedziałem się jak kiepska jest sytuacja rodziny. Pobyt w Afryce przyzwyczaił mnie do takich sytuacji i nieco na nie uodpornił, jednak zwyczajnie tego nie lubię. Wydaje mi się to obopólnym marnowaniem czasu gdyż ja wiem że nie jestem  w stanie pomóc tak jak by sobie tego życzyła druga osoba lub wcale nie mam zamiaru pomagać, mimo to bezsensownie brniemy w to dalej. Wówczas udał mi się jakoś grzecznie wykręcić od wizyty w domu Petera i dalszego słuchania o braku funduszy na studia jego syna. Przy okazji jednak kolejnego przelotnego spotkania zostałem zaproszony na mające się odbyć 22 sierpnia, to jest dzisiaj harambee. A to już zupełnie inna sprawa.
Kenijskie społeczeństwo jest niezwykle przywiązane do swojej wiekowej tradycji wspólnoty. Wywodzi się to jeszcze z czasów gdy siedzieli oni w swoich maniatach pośród traw sawanny i rzadko wyściubiali nos poza boa (kolczasty płot mający chronić osadę przed drapieżnikami) wioski. Wszystko co się działo dotyczyło wspólnoty, rodzinnej, wioskowej, klanowej, szczepowej, plemiennej. Drabina ta jest dość długa i złożona jednak od wielu wieków pozostaje w zasadzie niezmienna, w szczególności na prowincji gdzie ludzie zwyczajnie są sobie bliżsi, zupełnie jak przed wynalezieniem prochu. Każda zatem sprawa dotykająca jednej osoby, pośrednio dotyka również jego otoczenia i wspólnoty w której się obraca, im poważniejsza sprawa tym szersze zatacza koło, angażując większą ilość jej członków. Drugim powodem dla którego zjawisko takie zachowało się i wciąż funkcjonuje, jest ubóstwo. Które jak się zastanowić w Afryce jest chyba początki i końcem wszystkiego. Mianowice, łatwiej sobie poradzić jak ma się do pomocy rodzinę czy bliższych i dalszych przyjaciół. Pisał już o tym Kapuściński i również się dziwił gdyż dla nas współczesnych europejczyków takie dzielenie się każdym sowim zmartwieniem z całą okolicą wydaje się co najmniej dziwne. U nas w dalszym ciągu wyznaje się zasadę, zastaw się a postaw się. Tym czasem tutaj gdy przychodzi co do czego organizuje się właśnie tak zwane harambee, w jakim miałem dziś przyjemność uczestniczyć. Polega to z grubsza na tym, że gdy stajemy przed jakimś problemem finansowym, przekraczającym nasze możliwości, jak na przykład nagła śmierć kogoś w rodzinie, pogrzeb, ciężka choroba, narodziny dziecka polegamy na wsparciu rodziny. Powodów do harambee może być wiele, dzisiejsze miało posłużyć zebraniu środków na podjęcie studiów przez Eryka, syna Petera. Chłopak chce studiować ekonomię, a to w Kenii dużo kosztuje. Dla przykładu studia kosztują około 150 000 Kenijskich Shilingów, co w przybliżeniu jest równowartością  6000 PLN, więc nie mało. A dla kogoś kto miesięcznie na subukijskiej wsi otrzymuję dobrą pensję w wysokości 8 000, 320zł to nawet bardzo dużo. No i stąd właśnie tak bardzo popularne jest na Kenijskich wsiach harambee. No bo jak tu uzbierać tak astronomiczne sumy bez pomocy rodziny. Więc organizuje się poczęstunek, zaprasza wszystkich, na ogół najbliższych sąsiadów, krewnych mieszkających w okolicy i przyjaciół. Oczywiście należy ich wcześniej poinformować jaki jest cel zaproszenia(żeby nie przyszli z pustymi rękoma), ale żeby nie mówić słuchaj córka będzie miała dziecko potrzebuję trochę grosza, albo słuchaj babci się zeszło sciepa na jesionkę, to nazywa się to właśnie harambee.
Dziś na trawiastej łączce przy domu Petera ustawiono sporych rozmiarów pawilon-namiot, w żółtozielone pasy. W jego wnętrzu ustawiono równo rzędy plastikowych krzesełek, wypożyczony na wiosce sprzęt grający wraz z obsługującym go eloktryko-specem od nagłośnienia, za pewne również właścicielem sprzętu. Był mistrz ceremonii obsługujący mikrofon za pomocą którego można była przez stary głośnik charczeć na gości. Za domem Petera jego żona wraz z innymi kobietami uwijały się przy kuchni szykując poczęstunek. Poczęstunek to w zasadzie nie właściwe słowo. Kenijczycy są niezwykle rodzinni i towarzyscy, uwielbiają tego typu okazje do spotkań, pogrzeby, śluby, chrzciny, komunie. Są one zawsze okazją do wielu przemówień przez co niebywale wydłużają się one w czasie. Oficjalna cześć pogrzebu potrafi trwać pięć godzin, nim wszyscy się wreszcie oficjalnie i na forum reszty pożegnają ze zmarłym. Dlatego zaproszenie na taką okazje jest równoznacznie z solidnym posiłkiem. Bez tego nikt by nie przybył bo przecież by zgłodniał przed końcem i nie miał potem siły przemawiać. Wiec tak, kobiety za domem gotowały w wielkich garnkach mukimo (tłuczone ziemniaki z suszoną i kruszoną pokrzywą i nasionami strączkowców) i herbatę z mlekiem. Nieco na uboczu siedzieli starsi mężczyźni, wazee, dyskutują spokojnie na poważne tematy. Nowo przybyli witali się z tymi już obecnymi.
Gdy zbiera się większy tłumek i zajmuje miejsca na krzesłach pod namiotem, rozpoczyna się uroczystość. Otwiera ją odśpiewanie przez zgromadzonych kilku kościelnych, znanych wszystkim pieśni oraz seria modlitw i czytań z książeczki do nabożeństwa. Pośród muzyki i rozmów ma miejsce poczęstunek, każdy zostaje obdarowany szczodrą porcją obiadową, choć same potrawy nie są wyszukane jest ich na tyle dużo by każdy najadł się do syta. Po jedzeniu i herbacie przychodzi czas na właściwą cześć, tą w której kierujący całym bałaganem człowiek z mikrofonem prosi po kolei gości by powiedzieli kilka słów, każda taka przemowa kończy się uiszczeniem datku na ręce "skarbnika".
Uiszczanie datków.
Niektórzy mówią dużo inni najwidoczniej słabiej przygotowani mało, jeszcze inni nie są proszeni wcale. Peter uprzedza mnie gdy jem że również będę poproszony o zabranie głosu, przez czas jakiś próbuje się z tego wykręcić, niestety nieskutecznie. Poza namiotem pod którym siedzimy teraz stłoczeni szalej ulewa, powrót póki co nie wchodzi w grę. Dla jasności, nie miałem wielkiej ochoty uczestniczyć w tym wydarzeniu, czułem się jednak w pewien sposób zobowiązany zaproszenie, planowałem jednak wślizgnąć się jakoś i pośród tłumu gości zwyczajnie wręczyć Peterowi mój skromny datek, nie udało się. Gdy więc zostaję wywołany występuje przed publiką na którą składają się krewni, znajomi i sąsiedzi Petera. Wszyscy są odświętnie ubrani, niektórzy panowie przyszli w pełnych garniturach panie w barwnych kangach i kitengach. Pośród całego tego zamieszania szaleją rozbrykane dzieciaki, istna zgraja. Na początku zaznaczam że chyba będę jedyną osobą wypowiadającą się po angielsku i wywołuję tym ogólną wesołość. Potem dziękuję za zaproszenie, gratuluję młodemu Erykowi i paple coś o edukacji, rozwoju młodzieży i przyszłości narodu. Potem grzecznie dziękuję, podaję mistrzowi ceremonii zamkniętą kopertę i wracam grzecznie z powrotem na swoje miejsce.
I mimo tego że jest miło i sympatycznie a przemowy trwają w najlepsze, stwierdzam ze spełniłem już swój patriotyczny obowiązek i powoli zaczynam kombinować jak by się tutaj ulotnić, tym bardziej że przestało padać. No i tu nagle następuje jakiś zagadkowy przełom i chyba najbardziej mroczny element całej ceremonii. Bo jedna przemowa dobiega końca, następnie ktoś zostaje wezwany ale zapada długa cisza i nic. Mówca się nie objawia, mistrz ceremonii znów coś tam powtarza (przez cały czas nic nie rozumiem, wszystko mówione jest w swahili), ale dopiero po chwili następuje jakiś poruszenie. Zupełnie z poza namiotu zjawia się jakaś niesamowicie wymizerniała wręcz staruszka. Jest tak zgarbiona że nosem niemal dotyka ziemi, wspiera się na kosturku i targają nią takie drgawki że ledwie się porusza, cała razem z głową nakryta jest kolorowymi materiałami. Potem zaczyna przemawiać z trudem utrzymując mikrofon a ludzie w koło zaczynają pękać ze śmiechu. Zupełnie nie wiem co się dzieje. Po chwili dopiero wyjaśnia się że jestem świadkiem czegoś w rodzaju stand upu, staruszka nie jest aż tak stara a przebrana za nią kobieta zwyczajnie wyśmienicie udaje nieco jedynie przekoloryzowując. Nagle pośród ogólnej wesołości, rozlega się głośna muzyka a do "staruszki" przyłączają się inne kobiety i zaczynają tańczyć.
video






Na "parkiet" zaraz zostaje zaciągnięty przez kobiety młody Eryk oraz przelotnie pojawiają się tam pozostali z przemawiających do tej pory mężczyźni. Gdy szalony występ "staruszki" ma się ku końcowi dziękuję jeszcze raz Peterowi tym razem już nie na forum rodziny i zaczynam się zbierać. Postanawiamy jednak zrobić sobie jeszcze wspólne zdjęcie nim sobie pójdę.
Peter i ja.
W konsekwencji czego spędzam tam kolejne 45 minut robiąc masowo rodzinne, grupowe, indywidualne fotografie wszystkim z pośród gości. Przez krótką chwilę staję się główną atrakcją przyćmiewając nawet szalejącą nadal "staruszkę". Niemal każdy z gości chce żebym zrobił mu zdjęcie z Erykiem lub innym członkiem rodziny Petera. Trwa to więc dłuższą chwile.
Peter wraz z całą rodziną.
O dziwo niektórzy z gości przychodzą i proszą by zrobić sobie zdjęcie również ze mną.
Eryk wraz z mamo i ja.
Mój pobyt na ceremonii kończy zwyczajowa wymiana uprzejmości oraz pożegnań.


Peterowi pozostaję bardzo wdzięczny za zaproszenie.           

czwartek, 20 sierpnia 2015

Szepczące Siostry.

Trudne sytuacje zbliżają ludzi. Dosłownie, dawniej gdy nasi przodkowie marzli, zbierali się w koło większych, wspólnych ognisk by w ten sposób zaoszczędzić drewno i grzać się za razem swoim towarzystwem. U nas w Subukia jest podobnie. Świadczy to chyba zatem o prymitywności naszej wspólnoty, gdyż na całym świecie obserwujemy przecież postępujące zjawisko izolacji. Ludzie oddalają się od siebie, znów dosłownie, przeprowadzając się do większych, przestronniejszych mieszkań, cenią sobie prywatność własnych pokoi i tak dalej. Co zbliżyło nas tym razem? Mnie na pewno awaria prądu. Otóż przedwczoraj coś błysnęło, huknęło, jak twierdzi jedna z goszczących u nas sióstr zakonnych, i tyle. Prąd był, prądu nie ma. To znaczy nie całkiem nie ma. Padła jedna, jak to ujął wczoraj Ojciec K, jedna faza. Pech chciał, że jak raz oczywiście ta która doprowadza prąd również do mojego pokoju. Przepraszam za wulgarność, ale pozwolę sobie w tej sytuacji zacytować dosadne powiedzonko pewnego moje znajomego, otóż "biednemu to zawsze jak kurwie w deszcz". No i tak jak ten biedny, chodzę od przedwczoraj z laptopem po prośbie, to tu się nieco podładuję, to znów przycupnę tam. Wieczorami muszę pamiętać o latarce czołowej by po powrocie do ciemnego pokoju trafić do łóżka. Ale do rzeczy. Tak więc, dzisiejszy wieczór celebrujemy w nieco większym gronie. Zwabiony pozytywną energią zawędrowałem do pokoju, szumnie zwanego rekreacją. Taki przytulny salonik, telewizor, fotele, sofy, nie działający kominek, lodówka z sodami i inne atrakcje. Chciałoby się rzec taki salonik dla gentelmanów, i w sumie sporo w tym prawdy. Otóż, nazwa rekreacja wzięła się stąd, że franciszkanie, są zakonem kładącym mocny nacisk na integracje. Jest ona bardzo istotną częścią ich charyzmatu (takie rodzaj konstytucji zakonu) oraz codziennego życia zakonnego. Członkowie wspólnoty mają w zasadzie obowiązek spędzać czas razem, w  ciągu dnia i nawały obowiązków nie ma na to czasu więc na ogół następuje to po kolacji. Siadają wspólnie w swoim saloniku, rozmawiają, oglądają telewizję, innymi słowy integrują się, rekreują. Na ogół dostęp do tego pomieszczenie jest zarezerwowany wyłącznie dla członków wspólnoty, jest to miejsce gdzie mogą rozmawiać ze sobą swobodnie i gdzie nawet goście, zwykle wstępu nie mają. W zeszłym roku, przez obecność Kasi (kobiety mają tam wstęp wyłącznie w przypadkach specjalnych takich jak obchody jakiegoś święta lub wyjątkowa charakter gościa), pojawiałem się tam raczej rzadko, co zaowocowało tym, że przez dziewięć miesięcy w zasadzie nie widziałem telewizora. W tym roku sytuacja jednak nieco się zmieniła i salonik gentelmanów stoi przede mną niemal nieograniczonym otworem.
Siedzimy tu wspólnie z naszymi gośćmi. Szepczącymi Siostrami, brzmi to jak tajne stowarzyszenie rodem z powieści fantasy, nie jest to jednak nazwa ich zgromadzenie. Nie wiem do jakiej wspólnoty czy też zakonu należą, po prostu tak zwykłem je nieoficjalnie nazywać. Powodem jest właśnie sposób w jaki się porozumiewają między sobą, mianowicie ów szept. Goszczą u nas już od pewnego czasu, dnie wypełniają im modlitwy oraz rekolekcyjne nauki, jadają przy osobnym stole, wieczorami znikają w kaplicy i zostają tam do późna, śpiewając mi przez ścianę (mój pokój graniczy z kaplicą) pieśni. Napotkane w ciągu dnia uśmiechają się, a pozdrowione odpowiadają uprzejmie, zawsze jednak szeptem. Nie wiem czy jest to elementem ich rekolekcyjnego pobytu w sanktuarium czy nie, ale nawet podczas posiłków we własnym gronie, porozumiewają się wyłącznie szeptem. Mimowolnie wymogło to na nas, mnie i zakonnikach jadających przy drugim stole, zachowywanie w zasadzie bezwzględnej ciszy podczas posiłków. Jakoś tak sami też, zaczęliśmy do siebie szeptać, o ile w ogóle ktoś się odzywa. Czasem ktoś czegoś potrzebuje, to znaczy, na przykład solniczka jest tylko jedna, stoły dwa. Kucharki zastawiając stoły z przyzwyczajenia (gdy nie ma gości, na ogół, zastawiany jest tylko jeden stół) ustawiają ją na naszym stole. Wiec jak by wyczekując, aż któraś z Sióstr o nią poprosi, czy o cokolwiek innego, trwamy w tej ciszy. Tak by czasem ta szeptem wypowiedziana prośba nie utonęła gdzieś w zgiełku naszej rozmowy. Dziś siedzimy jednak razem, w rekreacji. Rzutnik podpięty do laptopa wyświetla na ścianie czarno biały film włoskiej produkcji o jakimś franciszkańskim świętym, dziwna sprawa. Taki ni to dramat, ni komedia, dodany za pewne później, angielski dubbing nie zgrywa się z wypowiadanymi po włosku, pełnymi ekspresji dialogami. Zakonnicy uczestniczą w seansie ale chyba bez szczególnego entuzjazmu, z powodu obecności gości za pewne przegapią dziś, codzienne wiadomości o 21, niekiedy oglądamy je wspólnie. Poza tym wiem że na ogół gustują w raczej innych rodzajach kina, króluje Sylvester Stallone i Dolph Lundgren, o którego pochodzenie kłóciłem się kiedyś z jednym z zakonników. Jutro siostry nas opuszczą, stąd te specjalne, obejmujące je dziś przywileje. Czas ich rekolekcji dobiegł końca. Nie wiem czemu (nie do końca zrozumiałem gdy mi to tłumaczono przy kolacji), ale ich wyjazd wiąże się dla nas z dyspensą, jutro mimo piątku będziemy mogli zjeść mięso. Czyli sprawdza się powiedzenie, o babie, wozie i lżeniu. Ale chyba bardziej czekam by sprawdzić, czy nadal będziemy odruchowo już, szeptać do siebie gdy zostaniemy sami w jadalni przy jutrzejszej kolacji.                 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Nyoka.

Wieczory są okazją do spotkań, a co za tym idzie również rozmów. W ciągu dnia różnie z tym bywa. Każdy ma jakieś swoje, mniej lub bardziej angażujące go zajęcia i powinności. Ojcowie zajmują się pielgrzymami, farmą lub doglądaniem placu budowy. Ja biegam między stolarnią, domem a budową. Podczas śniadań wszystkim się śpieszy ponieważ obowiązki czekają na nas tuż za rogiem i trzeba brać się do roboty. Z obiadami różnie bywa, to ktoś gdzieś pojedzie i nie wyrobi się z powrotem na czas, ktoś przyjdzie i zje wcześniej wiedząc, że ma coś zaplanowane na później, itd. Tym czasem wieczorem, do kolacji wszyscy zwykle siadamy już wspólnie. Rzadko się zdarza by ktoś miał jeszcze coś bardzo pilnego do zrobienie po kolacji, można przy niej zatem spędzić więcej czasu. Są one też z tego powodu bardziej "wystawne", to któryś z ojców w wolnej chwili przygotuje coś ekstra na stół, ktoś inny poda w ramach deseru świeżo przywiezione z miasta owoce, nawet mi zdarzyło się kilka razy coś przygotować, a ziemniaczane placki przygotowywane przez Kasie przeszły tu już do wspominanej z łezką w oku legendy. No i przede wszystkim jest to oczywiście okazja do rozmowy, opowiedzenia co się komu w ciągu dnia ciekawego przydarzyło. Ponarzekania na niekompetencje pracowników czy obgadania jakiegoś polityka. Atmosfera jest zwykle bardzo rodzinna i serdeczna. Ostatnimi czasy przy stole jest niemal tłoczno, przybywający do sanktuarium na modlitwy goście i pielgrzymi rzadko zostają dłużej niż kilka dni, ale po nich zawsze przyjeżdżają nowi. Głównym tematem narzekań podczas ostatnich wieczorów stała się panująca tutaj niska temperatura oraz przelotne deszcze na które wszyscy się uskarżamy. Dziś do kolacji wielu spośród nas zasiadało w kurtkach. Wydarzyło się jednak coś, co nieoczekiwanie sprawiło że wyjątkowo niska tego dnia temperatura stała się jedynie przelotnie, tematem do dyskusji.
Otóż dziś, jedna z pośród goszczących u nas sióstr, zabiła węża. Nikt nie wie skąd się gadzina wzięła wewnątrz domu, podejrzewano że musiała jakoś wspiąć się po krzewie dzikiej róży. Nie zdążyłem też samego gada zobaczyć, został widać jakoś kameralnie uśmiercony pod moją nieobecność, wywołało to jednak dość duże poruszenie, gdyż wcześniej nie widywano ich nigdy w okolicy domu. Kenijczycy, nie jestem pewien jak pozostali Afrykanie, boją się węży panicznie. Jest to zjawisko powszechne, gdziekolwiek pojawi się jakiś przedstawiciel wężowego gatunku, jest natychmiast uśmiercany w najbardziej wymyślny i bestialski sposób. Bestialskość i wymyślność, nie bierze się jednak z okrucieństwa Kenijczyków, ale jak mi się wydaje właśnie z przemożnego strachu przed tymi, tak bardzo przerażającymi ich gadami. Gdy widzą oni węża, nie dopuszczają chyba myśli, że można go nie zabijać. Przeskakuje im wówczas w głowie jakaś taka zapadka, że gada trzeba możliwie skutecznie unicestwić, tym samym jednak nie są wstanie wyzbyć się swojego strachu prze nim i stąd właśnie bierze się rozmaitość metod. Jak by go tu zabić, żeby on wcześniej nie zabił nas? Metod jest tyle ilu zabijających albo jeszcze więcej. Popularne jest mordowanie węża poprzez chaotyczne okładanie ziemi na której się znajduje (w nadziei że któryś z bardzo silnych ale zwykle mało celnych ciosów doścignie celu) za pomocą znajdujących się akurat pod ręką narzędzi rolniczych, przodują tutaj kopaczki, grabie i łopaty, ale nada się też zwyczajny kij czy trzonek od siekiery. Drugą znano mi metodą dość podobna jest zastąpienie narzędzi kamieniami, głazami czy czym tam w danej chwili człowiek może akurat rzucić. Obydwie te metody choć bezwzględnie należące do najbardziej konwencjonalnych i najpowszechniej stosowanych mają jedną zasadniczą wadę. Wąż na ogół nie atakuje, jeżeli się na niego akurat nie stanie, lub nie sprowokuje w jakiś inny sposób, najczęściej zauważywszy nas stara się uciec. Jednak niecelnie trafiony kijem czy kamieniem, przez rozwrzeszczanego napastnika może nie być już taki spokojny. Ci którzy nie dotykali nigdy węża lub nie bili go kijem mogą nie wiedzieć, ale pod tą łuskowatą, ciepłą, skórą kryją się bardzo silne mięśnie i nie tak łatwo się przez nie przebić. A ranny wąż z wielką determinacją walczy o życie. Najbardziej nie konwencjonalna metoda uśmiercania gada o jakiej słyszałem została mi przedstawiona przez cytowanego już wielokrotnie na tym blogu, słynnego ojca J. Otóż gdy on zobaczył węża, który przestraszony uciekł przed nim gdzieś w głąb korytarza. Spokojnie odszedł i postanowił wrócić przygotowany. Gdy to już to zrobił, naszedł węża w korytarzu, zachodząc go tak by nie dać mu pola do ucieczki, po czym oblał go całym garnkiem przygotowanego uprzednio ukropu. Ponoć efekt był piorunujący.

Nie wiem w jaki sposób owa zakonna siostrzyczka uporała się ze swoim wężem ale jej wyczyn otworzył przed nami nowe możliwości dyskusji, za co bardzo jestem jej wdzięczny, chociaż przemocą się brzydzę a zabijanie rzeczy których nie ma się potem zamiaru zjeść uważam za marnotrawstwo (ponoć wąż był zbyt mały by go skonsumować, wiem pytałem). 
Poruszyliśmy również temat tego co kto jadł i dlaczego, okazało się że Ojciec E. jadł kota, jedna z sióstr gustuje raczej w pieczonych gąsienicach i szarańczy, ktoś miał okazję próbować małpiny czy "słoniny". Tak więc zjedzona przeze mnie samosa z psa nie była na tle tych kulinarnych dewiacji żadnym osiągnięciem. Co zaskakujące, jeden z naszych gości, który w Ugandzie regularnie jadał pieczona na patyku szczury (prawie jak u Pratchetta tylko bez ketchupu), a dzieci z jego parafii jadały ich oseski, takie małe, zanim jeszcze otworzyły oczy, zupełnie na surowo, najbardziej dziwił się temu, jak można jadać ślimaki. Potencjał dyskusji jednak szybko się wyczerpał, gdy ktoś nieopatrznie wspomniał, "czego to nie jada się w Nigerii". I w zasadzie to był już koniec, bo potem wspólnie udało nam się dojść do jednego już tylko wniosku, że w Nigerii jada się generalnie wszytko, zarówno to co na drzewo ucieka jak i to co nie. A że Nigeryjczyków nikt przecież nie lubi to nie było już o czym rozmawiać.       

niedziela, 9 sierpnia 2015

Hot Wheels.

Pisałem i publikowałem na tym blogu już różne rzeczy. Opisywałem co ostatnio porabiałem, rozwodziłem się nad "nurtującymi" mnie tematami, zamieszczałem sprawozdania z moich, wspólnych niekiedy z Kasią eskapad czy wycieczek. Tak na prawdę po trochę wszystkiego i niczego. Może niekiedy wspomniałem o tym co w Kenii robiłem wcześniej i jak to było jeszcze w czasach kenijsko-szkolnych gdy siedzieliśmy tutaj całą rodziną przez kilka ładnych lat, ale może zwyczajnie nie było potrzeby albo kontekstu. Tym czasem dziś mam coś właśnie takiego, z zamierzchłej przeszłości, tym którzy znają mnie na co dzień historia ta znana je na lewą stronę bo opowiadałem ją masę razy. Otóż dziś postaram, się możliwie wiernie opisać historię tego jak zdobyłem-zrobiłem prawo jazdy.
Dlaczego teraz? Tak się złożyła że pewien dobry znajomy podesłał mi do wglądu swoje zapiski, ciekawa rzecz muszę przyznać, głównie dotyczą Afryki i Jego w niej pobytu. Historie i wspomnienia, niektóre słyszałem już wcześniej, innych byłem świadkiem, i pośród tych notatek natrafiłem na wzmiankę o tym jak On sam zdobywał w Kenii prawo jazdy. I tak mnie nagle naszło. Nie dalej jak kilka miesięcy temu, gdy przy okazji gali wręczenia nagród imienia Ryszarda Kapuścińskiego w Warszawie. Siedziałem wspólnie ze znajomymi w hostelowym pokoju i stawałem na nogi po nocnym pijaństwie, też zdarzyło mi się opowiadać historię moje zdanego w Kenii prawa jazdy. Dla mnie historyjka zupełnie zwyczajna, nic w sumie niezwykłego, a wszyscy śmiali się do przysłowiowego rozpuku, Kamil stwierdził wówczas, że powinienem to opisać. Tak więc poprzez zbieżność przypadków niniejszym opisuje.       
Gdy opuszczałem Polskę przed laty by rozpocząć dalszą edukację w Kenii nie byłem jeszcze pełnoletni, tym samym nie było kiedy, ani jak wziąć się za zdawanie egzaminu na prawo jazdy w Polsce. Przez kolejne lata w Kenii szkoło and the other stuff, zajmowały mi tyle czasu że też dość długo o tym nie myślałem. Dopiero na jakiś rok przed powrotem do kraju, gdy miałem już nieco więcej czasu postanowiłem że, najwyższa pora zdobyć to upragnione prawko.
Mój Ojciec, nigdy nie pozwalał mi prowadzić samochodu, przez co wiecznie zazdrościłem kolegą, którzy nie sięgając jeszcze do pedałów kierowali samochodem z kolan własnych tatusiów. Dał mi też jasno do zrozumienie, że nie będę prowadził jego auta do póki, nie zdam jak należy egzaminu, w efekcie nie miałem w tej materii żadnego doświadczenia, a jazda samochodem na honorowym miejscu kierowcy wydawało mi się być zupełną magią. Tak wiec gdy przyszło do zapisywania mnie na kurs w jednej z poleconych przez znajomych szkół, od razu zdecydowałem się na największą możliwą ilość godzin w pakiecie. Nie pamiętam dokładnie pozostałych pakietów, ale szło to mniej więcej tak 7, 14 i 21. Po średnio godzinie zajęć dziennie, w ciągu mniej więcej trzech tygodni miałem być gotów by stanąć do egzaminu. Egzamin na prawo jazdy odbywał się raz w miesiącu, brali w nim udział wszyscy kandydaci którzy otrzymali zaświadczenie ze swojej szkoły, gdziekolwiek pobierali nauki, że "wyjeździli" pod okiem instruktora, opłaconą liczbę godzin zawartą w pakiecie i że generalnie coś tam wiedzą i do egzaminu mogą podejść.
Po zakupie świeżutkiego pakietu, posadzili mnie pod wiatą, na podwórku gdzie odbywały się lekcje teoretyczne. Tradycyjnie byłem jedynym białym, kilku hinduskich małolatów i kilka kobiet które spokojnie mogły by być ich mamami, za pewne ich mężom znudziło się wieczne wożenie ich wszędzie wiec niech se kobieta zrobi już to prawo jazdy, a co mi tam. No i zaczęła się moja pierwsza lekcja teoretyczna. Instruktor stał ze wskaźnikiem przy tablicy z namalowanymi znakami i objaśniał po kolei co który z nich oznaczał. Potem typował kogoś i podawał znacznik i wtedy klepało się z pamięci wszystkie znaki po kolei. W zasadzie było to jedno z trzech ćwiczeń jaki tam wykonywaliśmy. Drugie polegało na tym że na pytanie, teren zabudowany lub droga szybkiego ruchu i takie tam, udzielało się odpowiedzi z jaką prędkością należy się poruszać a jakiej nie przekraczać. Ostatnie ćwiczenie, pośród moich znajomych, którzy o tym słyszeli wywoływało największą wesołość, zupełnie nie wiem dlaczego. Na dużym blacie stołu znajdowało się coś przypominającego prymitywną makietę miasta a troszkę dywany kupowane dla dzieci, te z wzorem dróg i ulic. Na makiecie znajdowało się rondo, kilka skrzyżowań, a gdzieniegdzie namalowano miniatury znaków drogowych. Instruktor brał jeden z przygotowanych samochodzików, zwykle nie większych od pudełka zapałek, i ustawiał w wybranym przez siebie miejscu na planszy. Następnie brał pozostałe i również je rozstawiał. Auto odwrócone do góry nogami oznaczało wypadek, który należało ominąć, stojące na skrzyżowaniu czy rondzie samochodziki symbolizowały innych uczestników ruchu. Naszym zadaniem było przeprowadzić nasz samochodzik do wskazanego przez instruktora miejsca poruszając się zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Gdy dojeżdżało się do kolizji należało ją wyminąć deklarując że używa się kierunkowskazów, na skrzyżowaniach określić pierwszeństwo przejazdu i przesunąć pozostałych "użytkowników ruchu", gdy docieraliśmy do namalowanych na planszy pasów, zatrzymać samochodzik i ustąpić drogi wyimaginowanym pieszym. Nie wolno było się zatrzymywać lub nadmiernie zwalniać więc gdy ktoś nie wiedział którędy dojechać we wskazane miejsce nie łamiąc żadnych przepisów to dopuszczalne było pokręceni się chwile po rondzie podczas gdy wytyczało się nową trasę. Instruktor rzadko pozwalał wybierać, ale sprawdzała się zasada że najszybciej jeździły czerwone resorki a czarnym miniaturom batmobilem kierowało się najprzyjemniej bo nie zdarte jeszcze kółka gładko dawały się prowadzić po planszy. 
Po niecałej godzinie zajęć teoretycznych przyszedł po mnie jeden z instruktorów praktycznych i powiedział że od teraz będę jeździł z nim i to on odwiezie mnie do domu żeby wiedzieć gdzie mnie nazajutrz odebrać. Jak powiedział tak zrobił. Zjawił się po mnie następnego dnia o umówionej godzinie, na podjeździe pokazał mi co i jak. Sprzęgło, hamulec, gaz, zmiana biegu, wycieraczki, po tym krótkim wstępie zamieniliśmy się miejscami i kazał mi zawieść się do szkoły.
Przed ukończeniem dwudziestojednogodzinnego kursu jeszcze raz wziąłem udział w lekcji teoretycznej, tuż przed samym egzaminem. Pozostałe godziny wyjeździłem po mieście. Nim jeszcze ukończyłem kurs i zapisałem się na egzamin, mój instruktor zaproponował mi żebym dał mu w kopercie podpisanej moim imieniem i nazwiskiem, dwa tysiące kenijskich shilingów, które on przekaże policjantom którzy będą nas egzaminować tak, żeby już zawczasu wiedzieli kto zdał a kto nie. Pieniędzy nie dąłem, nie żebym nie chciał zwyczajnie gdy je wreszcie przyniosłem to było już za późno.
W dzień egzaminu kazano nam zebrać się w szkole bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem, a następnie przewieziono nas samochodami na których wcześniej uczyliśmy się jeździć do większego punktu zbornego i tam nas zostawiono. Grupa oczekujących rosła w miarę jak dołączali do nas również kursanci z innych szkół rozsianych po całym Nairobi. Gdy już się wszyscy wymarzliśmy, przyjechały po nas dwa czy trzy "autobusy" przerobione z wywrotek, którym dospawano blaszane ścianki i siedzenia i zabrali nas na Ticka Road do znajdującej się tam Police Station, w której mieliśmy zdawać egzamin.
Żeby niepotrzebnie nie przedłużać, jak wszystkie sprawy urzędowo-administracyjne w Afryce i tym razem przeprawa z policjantami potrwała cały dzień. Od bladego świtu do późnych godzin popołudniowych. Chętnych do zdania egzaminu było pewnie koło pięciu setek. Każdy miał odebrać komplet wniosków do wypełnienia, następnie z nimi odwiedzić licznych urzędników by wreszcie otrzymać numerek. Potem mając już numerek ustawialiśmy się w długo kolejkę i czekaliśmy na egzamin teoretyczny. Jak okazało się, nie różnił się on niczym od wykonywanych przez nas ćwiczeń w wiacie na placyku szkoły. Z jednym małym wyjątkiem. Policjanci posiadali zaktualizowaną plansze znaków drogowych, na której znajdowały się, nie które taki znaki jakich nigdy nie widzieliśmy na oczy. Poza tym kolejność ich ułożenia na planszy też była inna, wiec jeżeli ktoś zakuwał je bezrozumnie jeden po drugim, mógł mieć zwyczajny problem ze spamiętaniem całej formułki. Ci, którzy wychodzili po zdanym egzaminie udzielali rad i wskazówek tłumowi wciąż oczekującemu w długiej kolejce. Ci, którym się nie udało byli wyprowadzani za budynek kotłowni, kładzeni twarzami do ziemi i zabijani pojedynczym ciosem w kark. Gdy policjanci odchodzili dzieliliśmy pomiędzy siebie ich rzeczy...Tak na prawdę po prostu wychodzili bardzo, bardzo smutni, niektórzy płakali inni prosili policjantów o drugą szansę. Wszyscy zostaliśmy ostrzeżenie że próba przekupstwa kończy się wyrzuceniem z egzaminu i jakimiś tam dalszymi konfekcjami, których już teraz nie pamiętam. Dlatego te koperty wcześniej. Podczas egzaminu nasi egzaminatorzy zwyczajnie nie mieli jak przyjąć łapówki, gdyż stale byli obserwowani przez sowich czuwających nad wszystkim przełożonych.
Ze zdanym już egzaminem teoretycznym i pieczątką na naszym kwitku znów czekało się bezsensu kilka godzin, a następnie ustawiało się w kolejną nie mającą końca kolejkę, tym razem do egzaminu praktycznego. No i tutaj znów się wszyscy śmieją. Ustawiamy się grupkami po 3-4 osoby wzdłuż mającej kilka set metrów drogi, w mniej więcej pięćdziesięciometrowych odstępach. Drogą jeżdżą równocześnie dwa, może trzy auta. I teraz tak. Egzaminator zaprasza kogoś ze stojącej na poboczu grupy do środka, egzaminowany zajmuje miejsce kierowcy i odpala samochód, wbija jedynkę i rusza. Nieco przyśpiesza, wbija dwójkę, dojeżdża do następnej grupy, około pięćdziesiąt metrów dalej, płynnie się zatrzymuje, nie gasząc silnika wbija na luz i wysiada. I to już koniec. Osoba ze stojącej na poboczu grupy zajmuje jego miejsce jako kierowcy i tak dalej. Nieco trudniej mieli ci którzy wsiadali przy końcu ulicy, bo wówczas to oni musieli wykonać manewr zawracania by skierować samochód z powrotem ku czekającym grupką. No i w zasadzie tyle, koniec wielkiej historii, z dwoma pieczątkami na kwitku, jedną za egzamin teoretyczny i drugą za praktyczny znów czekało się w kolejce. W małym gabinecie, najczęściej trójkami przyjmował nas umundurowany starszy policjant, który na poczekaniu wystawiał nam tymczasowe prawa jazdy z wklejonymi, przyniesionymi przez nas fotografiami. Wydawał nam kwit potwierdzający, że cała reszta papierów została złożone, okazując go możemy zgłosić się po nasze prawo jazdy gdy będzie już gotowe.

I po wszystkim. W zasadzie nie wiem co jest w tym zabawnego, może rzeczywiście nie do końca zgadza się to z przebiegiem procesu zdobywania prawa jazdy, w naszym pięknym kraju nad Wisłą, ale po paru latach spędzonych już wcześniej w Afryce dziwiło mnie to co najwyżej średnio. Mimo to dziele się tą historia głównie za namową Kamila, któremu pomogła ona przetrwać poranek w Warszawie.          

Being in Africa is about feeling special.

Pobyt w  Afryce sprawia że czujemy się wyjątkowi, a takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Nie chodzi tutaj o takie wyjątkowy, ju hu! Tylko raczej o takie wyjątkowy, co jest grane? Nie jestem pewien czy w języku polskim mamy odpowiednie określenie wrażenie które, mam zamiar opisać, w języku angielskim doskonale oddaje to co mam na myśli słowo "special" za którym, może kryć się ktoś szczególny, wyjątkowy, bliski naszemu sercu, lub w jakimś stopniu zwyczajnie odstający od powszechnie przyjętego ogółu. Na przykład kolokwialnie mówiąc idiota, czy osoba mentalnie upośledzone. I również właśnie dzięki wieloznaczeniowości tego angielskiego "special" jest ono takie....wyjątkowe, ponieważ potrafi za razem oddać oczywistą prawdę jak i złośliwą uwagę, czy sprytnie przemyconą ironię. Tym czasem w naszym bogatym języku polskim, za pewno właśnie z przyczyn tego bogactwa, nie mamy określenie niosącego ze sobą tyle różnych treści za razem, a równocześnie adekwatnego do takiej sytuacji. Mam wrażenie że nasze "specjalny" nie mieści w sobie wystarczająco dużego hm, bagażu emocjonalnego? Chodzi mi tu raczej o różnorodność tych kryjących się za tym wyrażeniem odczuć i skojarzeń niż samą jego moc. Ale nie przedłużając, do sedna.
Pisząc o czuciu się specjalnym, mam na myśli znajdowanie się w typowych dla Afryki, niekiedy surrealistycznych, innym razem całkiem zwyczajnych sytuacjach podczas których, zdajemy sobie w pewnym sensie sprawę, (niekiedy nie chcąc tego wcale przyznać) że czujemy się wyjątkowi i "specjalni". Żeby było łatwiej opiszę kilka przykładów.
Stoimy na szczycie wzgórza, przed nami, w dole rozciąga się panorama na afrykańską równinę, tu jakiś zwierzak, tam jakiś zwierzak. Ciepłe promienie zachodzącego słońca i ostatni rzut oka na te dziką naturę po całym dniu safari. I ten szczególny moment przed zachodem i zapadnięciem zmroku. I myślimy sobie wówczas, że jest fajnie i w zasadzie to jesteśmy swojego rodzaju szczęśliwcami mogąc to oglądać, bo przecież nie każdy ma taką sposobność. Więc jest w tym jednak coś specjalnego. - Opisana powyżej sytuacja równie dobrze może rozgrywać się o poranku, w południe czy nad brzegiem jeziora itd.
Druga sytuacja i rodzaj specjalności jest znacznie bardziej trywialny i nie ma w sobie za grosz romantyzmu, aż cały ocieka obłudą, bleee. Brzeg basenu, albo leżak na osłoniętej, plaży nad brzegiem oceanu, ciemne okulary, znów ciepłe promienie słoneczne. Gdzieś z tyłu za nami budynek luksusowego hotelu, ewentualnie kameralny domek skryty w cieniu tropikalnych drzew. Popijamy drinka lub schłodzone piwko, bierzemy głęboki wdech luksusu i zasłużonego wypoczynku. Bo przecież ciężko na niego zapracowaliśmy. Całość obrazu zwykle dopełnia jakiś usłużnie uśmiechnięty miejscowy który w nieskazitelnie białej koszuli raz na jakiś czas sprawdza czy czasem nie cierpimy pragnienia i głodu w tych spartańskich warunkach. -  Mimo że nie chcemy się niekiedy do tego przyznać, to w takiej właśnie sytuacji czujemy się specjalni, w tym właśnie polskim, pełnym tego słowa znacznie. Kolonizator na swoim miejscu, na wygodnym leżaku czy hamaku skąd możemy z łatwości podziwiać swoje latyfundia.
Jest jeszcze inny rodzaj specjalności. Taka troszkę specjalność Europejczyka. Chodzi mi o to że poprzez inną szkołę życia jaką odebraliśmy, edukację oraz nasze korzenie i pochodzenie, niekiedy lepiej niż rdzenni mieszkańcy Afryki radzimy sobie z pewnymi sprawami. Szczególnie łatwo można to zobaczyć w kontaktach zawodowych, podczas pracy, ale również wykonywania rozmaitych czynności, w których zwyczajnie jesteśmy od nich z jakiegoś powodu ( nie koniecznie z ich winy) lepsi czy bardziej utalentowani. W tym wypadku jest to rodzaj zasłużonej specjalności, czujemy się wyjątkowi. Jednak nie w taki chełpliwy, egoistyczny sposób, jak wylegując się na hamaku. Ale z dumą spoglądamy w przeszłość na wcześniejsze pokolenia, które pośrednio nas ukształtowały oraz na bogatą historię i kulturę naszego kontynentu.
Nieco powiązane z tym jest czucie się specjalnym na widok bosego dziecka na mijanym poboczu. Tylko że w tym wypadku polskie słowo specjalny zupełnie nie oddaje tego uczucia. Chodzi o fakt docenienia tego że jednak urodziliśmy się, zupełnie co prawda niezależnie od nas, w szpitalnym łóżku a nie na klepisku maniaty. Doceniamy tą "wyjątkowość" naszego pochodzenia, w kontraście tego że nie każdy miał tyle szczęścia by od dziecka nosić buty i mieć co jeść. Statystyki mówią że jako europejczycy jesteśmy jednak mniejszością populacji świata wiec nielana wyczynem na starcie było wpasowanie się w tą Europejską kolebkę.- Tak więc mamy wyrzuty sumienia że, bez własnej zasługi mieliśmy łatwiej, lepiej, czyściej i cywilizowanej. Mamy wyrzuty sumienie że, w ogóle posuwamy się do takiego ujecie sprawy bo przecież to taki sam hjumen bijing jak i my, a ludzi nie wolno dzielić na lepszych czy gorszych, czy w ogóle kategoryzować. I z tych wyrzutów sumienia bierzemy olbrzymią walizkę pieniędzy i posypujemy jej zawartością Afrykę, mając wyrzuty sumienia że tylko tyle.
Jest cała masa takich, specjalnych momentów, można tworzyć całe listy i wydaje mi się że nie miały by one końca. Każdy kto kiedykolwiek spędził tu nieco czasu musiał doświadczyć ich przynajmniej kilka. Można być specjalnym, w ten właśnie idiotyczny sposób, jak to pozwolę sobie ująć "na Foresta Gumpa". Lądując w centrum jakiegoś zdarzenia, ceremonii i nagle orientujemy się że jesteśmy jedynym białasem w kilkusetosobowym tłumie, i prawdopodobnie tylko my nie znamy lokalnego dialektu w którym odbywa się cała heca. Stoimy i rozglądamy się z szerokim uśmiechem na twarzy, a w głowie pulsuje nam "co ja tu robie?". Czy gdy próbujemy coś komuś prosto objaśnić lub przetłumaczyć a wpadamy na jedną z tych kulturowych różnic i z wolna zdajemy sobie sprawę że nasza racja jest, zwyczajnie nieprzetłumaczalna gronu naszych słuchaczy. Niekiedy mimo tego że słuszność jest po naszej stronie to zaczynamy czuć się osamotnieni i "specjalni", w przeciwieństwie do naszych słuchaczy zjednoczonych ich niewiedzą.     
No i zabawne na koniec. Gdy idziemy ulicą a wszyscy uśmiechają się na nasz widok. A my dziarsko maszerujemy środkiem chodnika, szczerzymy się do wszystkich, machamy i odpowiadamy na każde pozdrowienie bo przecież powtarzane wszędzie w koło "muzungu" musi być pozdrowieniem w tym ichnim uroczym języku? A potem zaczynamy czuć się jak Forest Gump, podczas odwiedzin w Chinach na olimpiadzie sportowej, gdzie kazano mu chodzić z przywiązanym balonikiem i kartką z imieniem przypiętą do klapy marynarki, innymi słowy jak idiota. Bo zdajemy sobie sprawę że jesteśmy w kraju w którym wszyscy i na każdym kroku z nas szydzą i nas za naszymi plecami. Pastwiąc się nad naszą ułomnością lingwistyczną. Szukają tylko okazji by nas wykorzystać i wzbogacić się naszym kosztem i mimo przeświadczenie o naszej własnej wyjątkowości wcale za wyjątkowych nas nie uważają w swym podstępnym wyrachowaniu. - Osobiście w tej sytuacji by nie stać jak ten Forest Gump pośród tłumu Chińczyków i rozglądać się za zgubionym balonikiem, lubię sobie powtarzać że to zwyczajna zazdrość, i zdobyć się na krztynę wyrozumiałości. Bo przecież jak mówi przysłowie ,wyrozumiałość ludzka nie zna granic.             

***

Pytanie, zagadka, wiadomość do przemyślenia. Dziś podczas kolacji goszcząca u nas w Subukia parafianka, przybyła z wizytą na modlitwy z wybrzeża, Mombasy konkretnie. Przedstawiła dość ciekawą teorię, zaraz po tym jak opowiedziała nam okoliczności w jakich doznała objawienia i rozmawiał z nią bóg. Teoria idzie mniej więcej tak, cytat nie jest dokładny a zrodził się w kontekście rozmowy na temat Kenijskich polityków.

"Nie ważne czy mordował czy nie, czy jest dobry, czy nie, czy kradł i jest skorumpowany, czy nie, otóż objął to stanowisko. A skoro wszytko dzieje się z woli Boga to znaczy że Bóg zażyczył sobie, i sprawił żeby objął rzeczone stanowisko i zasiadł na tym tronie". Koniec cytatu. Różne rzeczy zdarzało mi się słyszeć przy tym stole ale ta Pani chyba wpisała się do top 10. Pomyślałem że to nawet zabawne w kontekście zaprzysiężenie właśnie w Polsce nowego Pana prezydenta i nastrojów towarzyszących minionym wyborom.     

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Back on Kenyan soil.

Po ponad półrocznej przerwie, znów jestem na Czarnym Lądzie i chyba przyszedł czas by coś napisać. Jest to pierwszy wpis od bardzo dawna, a niesiony przez niego bagaż informacji ogranicza się raczej do kilku niezbyt wyszukanych przemyśleń i refleksji na temat samej podróży.
 Jeszcze przedwczoraj w Polsce, dziś już w Nairobi - stolicy Kenii. Udogodnienia komunikacyjne, które za sprawą postępu stały się naszym udziałem, są nieco przerażające. Nie boję się podróżować, lubię to, jak wszyscy, bo przecież jest to tak popularne, a ogół nie może się przecież mylić. W każdym niemal CV w kategorii „pasje i hobby” można dziś znaleźć "podróże". Wszyscy dziś podróżują, jest to przecież takie proste, wygodne i coraz tańsze. Więc czemu nie? Mimo wszystko pozostaje gdzieś tłumione uczucie szoku, gdy w ciągu paru godzin zmieniamy strefy czasowe czy kontynenty. Ja osobiście odczułem to wczoraj.
Przed wyjazdem z Polski odczuwałem jeszcze jakieś, swojego rodzaju, poczucie stresu "przedpodróżowego". Czy aby na pewno wszystko zabrałem? Czy nie zapomniałem o niczym ważnym? Paszport, książeczka szczepień, pieniądze na wizę? A potem, gdy już minie się pierwsze bramki, bagaż nadany i nic więcej nie da się zrobić, przejął nade mną kontrolę automat. Wejdź na pokład, znajdź swoje miejsce, zdrzemnij się, wysiądź, znajdź właściwą bramkę i tak dalej - aż do Nairobi.
Moim zdaniem, jedynym ciekawym elementem samolotowych podróży – zakładając, że nasz samolot nie ulegnie awarii, nie rozbije się na jakiejś rajskiej wyspie, gdzie przez następne kilka miesięcy, wraz resztą ocalałych pasażerów próbujemy stworzyć złożoną społeczność by odkryć zagadkę stojącą za całą katastrofą i ustalić kto wzniósł tajemnicze kompleksy na wyspie i do czego one służą - to jednak wydaje mi się, że najciekawsze są międzylądowania. Mamy wówczas na ogół kilkadziesiąt minut na przemieszczenie się z jednego końca nieznanego nam lotniska, na drugi jego koniec. Jest to sprawdzian naszej znajomości alfabetu, rozpoznawania cyferek, odczytywania prostych znaków takich jak strzałki oraz test wydolności naszego organizmu. W zasadzie taki bieg na orientację z bagażem, niby nic wielkiego, ale można się zgubić. Najfajniejsza jest jednak możliwość bezkarnego gapienia się na innych. Na lotnisku mamy niepowtarzalną możliwość pogapienia się na ludzi i pozgadywania: kim są, skąd przyjechali, jakiej są narodowości, czy przyjechali z wakacji, a może dopiero wyjeżdżają, czy może to podróż służbowa. Kiedy widzimy gościa w czapce i kurtce w komforcie do minus trzydziestu stopni, to opcję, że właśnie wraca z safari możemy raczej wykreślić. Innym znów razem ktoś w stroju wprost z tej wspomnianej wcześniej tropikalnej wyspy - kapelusz, kwiecista koszula, czerwona opalenizna i plażowe klapki. Azjata w garniturze z aktówką i słuchawką w uchu. Rodzina w koszulkach, z którejś spośród europejskich stolic. Para w beżowych strojach. Gdyby założyć im korkowe kaski, od razu mogliby grać w „Pożegnaniu z Afryką 2”. To znów KC (Kenyan Cowboy) wracający z wakacji do domu. Grupa młodych chłopców wraz z opiekunem, niewątpliwe kijska reprezentacja wracająca z jakichś zawodów. I tak dalej i tak dalej. Wymieniać można by niemal bez końca, im więcej ma się czasu, tym zabawa staje się ciekawsza, zwłaszcza jak ma się kogoś, z kim można podzielić się spostrzeżeniami.          
A potem chwila moment i po wszystkim, raptem parę godzin w samolocie i znów stały ląd pod nogami. South C wita mnie deszczem i temperaturami oscylującymi w okolicach 12-14 stopni, ciekawa odmiana po trzydziestostopniowych upałach, jakie nawiedzały Wrocław przed moim wyjazdem. Kenijska zima w pełnej krasie. W przyszłym tygodniu czeka mnie podróż do Subukia, tam ponoć pogoda jest bardziej słoneczna.

Gdy poprzednim razem przyjechałem, w całym kraju wrzało z powodu zagrożenia atakami terrorystycznymi w odpowiedzi na deportacyjną obławę, skierowaną przeciwko Somalijczykom i Sudańczykom. Tym razem cisza i spokój, nikt ostatnio do nikogo nie strzela ani się nie wysadza, cały kraj żyje jeszcze minioną wizytą ich "rodaka" - prezydenta Baracka Obamy. Kenia długo czekała na te odwiedziny - gdy tylko wygrał on wybory prezydenckie, Kenijczycy liczyli, że staną się 51 stanem albo przynajmniej ukochany rodak zniesie im wizy do Stanów. Wszyscy na lotnisko i ostatni gasi światło. Drugą informacją z pierwszych stron gazet jest wzmianka o tym, że od USA właśnie, kenijskie wojsko dostało nową broń do walki z Al -Shababem. Sądząc po zdjęciu znad artykułu (przedstawiającym kilku dzielnych kenijskich żołnierzy wyskakujących z ciężarówki z nowymi giwerami), to jest to raczej jednorazowy upominek. Nie zapowiada się by ten gest dobrej woli miał doprowadzić do reformy zbrojeniowej w kenijskiej armii, a plastikowe amerykańskie zabawki raczej nie wyprą z dnia na dzień, służącego wiernie kenijskim żołnierzom od dziesiątek lat, brytyjskiego sprzętu.