sobota, 17 maja 2014

Z Nakuru do Nyahururu.



Nie dalej jak wczoraj dotarły do mnie informacje, że w Kenii - konkretnie w Nairobi i na wybrzeżu - doszło do kolejnych zamachów terrorystycznych. Były ofiary śmiertelne. O dziwo wieści te dotarły do mnie nie poprzez gazety czy media w kraju, do których mam ograniczony dostęp czy nawet nie przez internet, ale poprzez korespondencję z jednym z moich znajomych pozostawionych w Polsce.

P.S. Wielkie dzięki.
Temat ten został jednak poruszony ponownie przy dzisiejszym śniadaniu, dowiedziałem się, że jeden z zamachowców został schwytany i z całą pewnością będzie przesłuchany. Jak dotąd, do mediów nie przeciekły jeszcze informacje odnoście jego pochodzenia, podejrzewa się jednak Somalijczyków. Brytyjczycy, Amerykanie i Francuzi ostrzegają swoich obywateli przebywających w Kenii i ,,zachęcają” do opuszczenia kraju.
Lekkim niepokojem napawa mnie wizja naszego wyjazdu do stolicy.
Ale są też rzeczy przyjemne. Nasz projekt powoli zaczyna nabierać kształtów, a z pośród piasków budowy zaczynają wyłaniać się wyraźnie zarysy fundamentów. Niebawem stanie na nich stolarnia, a nam przypadnie zadanie wybrania pracowników i majstrów, którzy rozpoczną produkcję. Tempo w jakim nasza ekipa prze na przód jest zastraszające, ich ,,nadzorca” - John - krępy grubasek w gumiakach i kapeluszu, trzyma nad wszystkim pieczę. Jest bardzo pomocny i jak mi się zdaje, udało nam się znaleźć wspólny język. Budowę odwiedzam regularnie, na ogół kilka razy dziennie, robię zdjęcia i podziwiam postępy. Pracownicy już nieco przywykli do tego, że białas kręci im się pod nogami, ale niektórym nadal zdarza się błąd stosu na mój widok.
Katarzyna na równiku.
Kilka dni temu dopisała pogoda i postanowiliśmy wybrać się do Subukia. Z sanktuarium, w którym mieszkamy od miasteczka dzieli nas kilka kilometrów piaszczystej drogi w dół zbocza. Mimo to podjęliśmy się. Gdy dotarliśmy do miasteczka, zaczęliśmy się rozglądać za miejscem gdzie można by się czegoś napić i coś zjeść. Było to głównym powodem naszej wyprawy. Kręcąc się miedzy straganami i sklepikami postawionymi wzdłuż drogi, wzbudzaliśmy niemałą sensację. Wszyscy ofiarowali nam pomoc w dostaniu się gdziekolwiek, byśmy się tylko wybierali. Trudno było im zrozumieć, że nigdzie nam się nie śpieszyło i zwyczajnie zwiedzaliśmy miejscowość. Znalezienie baru, gdzie moglibyśmy ugasić nasze pragnienie, nawet pytając miejscowych, okazało się trudniejsze niż początkowo myśleliśmy. W większości lokali była zamknięta aż do popołudnia, a te do których trafialiśmy z różnych względów nie spełniały naszych oczekiwań - głównie dlatego, że nie serwowano w nich zimnego piwa. Gdy dotarliśmy do jednego z większych - jak by się mogło zdawać – lokali, okazało się, że też jest on jeszcze nieczynny. Zapytaliśmy więc kobietę, która prowadziła stoisko z owocami tuż obok czy nie wie gdzie jest inny bar, najlepiej otwarty. Zdziwiona zapytała co jest nie tak z tym, czy nam się nie podoba? Odparłem, że zewnątrz wygląda ok, ale jest nieczynny, a my chętnie byśmy się czegoś napili. Na to kobieta odparła, że bar jest nieczynny odkąd zamknęła go policja, ale jakbyśmy chcieli, to ona zadzwoni do właściciela i on przyjdzie go dla nas otworzyć. Przeprosiliśmy za fatygę i poszliśmy szukać innego miejsca.
No i udało nam się. Znaleźliśmy naszą spokojną przystań. Malutki lokal, prowadzony przez jednorękiego Kikuyu w podeszłym wieku. W oszklonej lodówce pełny asortyment lokalnych trunków. Zajęliśmy stolik przy samym oknie, przez co mogliśmy obserwować co dzieje się na zewnątrz. Dochodziła godzina pierwsza, a my byliśmy jedynymi klientami. Jak się spodziewałem, właściciel dosiadł się do nas po jakimś czasie i ucięliśmy sobie niezobowiązującą rozmowę. Pochwalił się nam, że obecnie ma zamiar nieco powiększyć lokal, dobudowując dodatkowe pomieszczenie i piętro, a następnie otworzyć hotel. Wspomniał, że widział nas jak wchodziliśmy do miasteczka i że niepotrzebnie tyle szukaliśmy, bo on ma otwarte od dziesiątej rano codziennie i na przyszłość możemy od razu przychodzić do niego. Opowiedział nam również jak stracił rękę. W koło kikuta prawej ręki, kończącego się przed łokciem ma zawiązany luźny rękaw koszuli. Obydwoje z Kasią czekaliśmy na dramatyczną historię. Ja, zainspirowany reportażami Kapuścińskiego, od pewnego czasu poszukuję weterana powstania Mau Mau, chętnego udzielić mi wywiadu. Czyżbym oto znalazł mojego partyzanta? Kasia podejrzewała, że nasz właściciel baru mógł być w jakiś sposób zaangażowany w zamieszki, które miały miejsce w latach ubiegłych. Niestety, prawda okazała się być znacznie mniej ekscytująca. Parę lat temu nasz barman prowadził samochód na tak zwany zimny łokieć, mijający go pojazd zwyczajnie urwał mu wystawioną za okno rękę. Mężczyzna kończy swoją historię, gasi papierosa na podłodze, żegna się z nami i wychodzi. Od teraz władzę w barze sprawują dwie znacznie młodsze od niego kobiety, które pozostawił na stanowisku.
W barze.
W barze 2. 
Tuż przed wyjściem z lokalu i powrotem na górę, postanawiam skorzystać z toalety. Pytam kobietę czy w ogóle mają tutaj toaletę i czy mogę skorzystać. Odpowiada, że tak i otwiera przede mną drzwi prowadzące przez bar do dużego magazynu na tyłach. Po chwili wracam zdezorientowany i pytam czy była by tak miła i pokazała mi drogę, bo sam nie potrafię jej znaleźć. Spogląda na mnie i pyta, czy potrzebuję klucz...zastanawiam się chwilę i mówię, że chyba tak. Przecież ja nie wiem jak wygląda ich toaleta i to ona powinna wiedzieć czy kluczyk będzie mi potrzebny czy nie - myślę sobie. Wchodzimy do magazynu i przechodzimy na drugą stronę. Nagle kobieta przystaje, spogląda na mnie i pyta czy potrzebuję, uwaga - ,,Big toilet”. Znów nie wiem co powiedzieć, skąd mam wiedzieć czym różni się ich duża toaleta od małej. Kobieta dostrzega moje niezdecydowanie i zadaje mi pytanie pomocnicze: ,,Uraino?” (to słówko postanowiłem zapisać dokładnie tak, jak powiedziała to pani z baru). No to już wiem o co chodzi, kiwam głową, a ona pokazuje mi coś, co przypomina wykafelkowaną kabinę prysznicową bez drzwi, Czyli jednak nie potrzebowałem kluczyka.
Na górę wróciliśmy motocyklem, który na ostrzejszych podjazdach ledwie dyszał pod ciężarem trzech osób: mnie, Kasi i kierowcy.
Następnego dnia jeden z ojców miał kilka spraw do załatwienia w Nakuru. Postanowiliśmy wybrać się wraz z nim, korzystając z okazji  i spędzić nieco czasu w mieście. Po drodze odebraliśmy z Subukia młodą dziewczynę, jedną z parafianek, która akurat też miała sprawy w Nakuru. Ojciec stwierdził, że przecież można by dziewczynie ułatwić życie i skoro i tak jedziemy, zabrać ją ze sobą. Droga do Nakuru nie jest najgorsza, wszędzie wkoło roztaczają się widoki na małe miejscowości, plantacje kawy lub herbaty i panoramę okolicznych wzgórz. Jedziemy szybko, ryk silnika zagłuszamy podkręcając radio. Z głośników sączy się Stare Dobre Małżeństwo potem Phill Colins i Tina Turner. Pędzimy drogą, wzbijając tumany kurzu i śpiewamy wspólnie z radiem, co lepiej znane nam kawałki. Siedząca na tylnym siedzeniu Marta, dziewczyna z Subukia siedzi spokojnie, ale sztywno. Nad siedzeniem kierowcy wygląda raz po raz na sytuację na drodze. Ojciec A. jeździ szybko, ale jak mówi moja siostra ,,On jeździ z Bogiem.” Nie ma się czego obawiać. Tych, którzy go nie znają nie uspakaja też fakt, że ma ADHD, podczas jazdy puszcza kierownicę i klaszcze w rytm muzyki, macha do mijanych ludzi lub żywo gestykuluje rozmawiając przez telefon.
Do Nakuru docieramy ekspresowo. Jest koło południa z nieba leje się żar, a miasto tonie w smogu. Koszmar. Gęste wyziewy samochodów zdają się osiadać na nas i przyklejać, po kilku minutach człowiek ma ochotę porządnie się wyszorować. Staramy się załatwić wszystkie sprawy jak najszybciej, jeżeli nam się to uda, to wybierzemy się jeszcze w jedno miejsce.
Mapa świata ze ściany urzędu pocztowego w Nakuru.
Wodospad Thomsona.
Wodospady Thomsona w Nyahururu są jedną z okolicznych atrakcji turystycznych. Widziałem je już wcześniej, Kasia jednak jest zachwycona. Na szczycie wzgórza, gdzie znajduje się punkt widokowy, z którego można podziwiać wodospad, roi się od lokalnych ,,zaczepiaczy”. Kobiety zapraszają do swoich sklepików z pamiątkami, które znajdują się nieopodal, kilku przebranych w tradycyjne stroje mężczyzn proponuje zdjęcie w zamian za pieniądze. Na głowach mają skórzane opaski z pióropuszami, do tego włócznie Samburu i koce shuka. Ciała wymalowali białą farbą. Na nasz widok ożywiają się, mając nadzieję na interes. Niestety, robimy parę zdjęć i schodzimy na dół by lepiej obejrzeć wodospad.


Jeden z mężczyzn na punkcie widokowym ma niewielką gałązkę, a na niej dwa kameleony, zapewne znalezione na jednym z pobliskich krzaków. Gdy opieram się o balustradę i podziwiam wodospad, bez słowa pakuje mi jednego z gadów na rękę, a ten zaczyna się po mnie wspinać, kłując delikatnie małymi pazurkami. Zdejmuję z siebie stworzonko i oddaję naganiaczowi zanim zażąda wynagrodzenia za popisy zniewolonego zwierzaka. Na ogół lokalni nie lubią kameleonów, spotkałem nawet takich, co się ich boją. Jest taka stara legenda Kikuyu:
Bóg wezwał do siebie kameleona i i powiedział do niego, że chce by ten był jego wysłannikiem. Kamelen miał pójść do ludzi i powiedzieć im, że nadchodzi śmierć. Jednak gad tak się guzdrał, że nim zdążył przestrzec ludzi, śmierć dotarła tam przed nim.    
Od tamtej pory kameleony kojarzą się ze złym dziudziu i raczej nie są darzone sympatią.

wtorek, 6 maja 2014

Kręcący się bez celu.


Kampala żegnała nas we łzach. Deszcz, który rozpadał się d piątej, gdy zajmowaliśmy miejsca w autobusie mającym zawieść nas do Nakuru, towarzyszył nam aż za miasto. Droga do granicy minęła nam szybko, dotarliśmy tam już koło godziny dziesiątej, było ciepło i słonecznie. Odprawa na granicy też poszła nam niezwykle sprawnie, niewielka ilość petentów o tak wczesnej porze i fakt, że urzędnicy nie byli jeszcze znudzeni lub rozleniwieni po zjedzonym lunchu odegrały tu sporą rolę. I na powrót na Kenijskiej ziemi – pomyślałem, gdy tylko przekroczyliśmy szlaban. Grupa sprzedawców wszystkiego: od pasków do spodni, poprzez sandały, sznurówki , mapy i wymianę walut rzuciła się zaraz w naszą stronę pokrzykując raźno ,,Muzungu, Muzungu.” Upomniałem ich w grzecznych słowach, że ja nie nazywam ich Afrykanami ( w irytacji mało nie wyrywa mi się rasistowskie słowo na „N”, ale za coś takiego można mieć poważne kłopoty), więc nie życzę sobie żeby oni obrażali mnie.
Muzungu, gdy po raz pierwszy zostało użyte na określenie białego w Afryce, wcale nie miało obraźliwego charakteru. Miało umiejscowić gdzieś w głowach czarnych mieszkańców tego kontynentu nowe zjawisko, jakim stał się biały człowiek. Dziś jest używane jako zamiennik słowa „białas” czyli niezbyt grzeczne wyrażanie się o osobie białej. Ciekawe jest natomiast samo pochodzenie tego słowa. Gdy Afryka była jeszcze dzika i niezmierzona, do zaszytych w głębi tego buszu plemion dotarł biały podróżnik. Dla czarnoskórych mieszkańców Afryki nowo przybyli biali wydawali się identyczni, podobnie jak dla nas wydają się Afrykanie. Tak wiec biały podróżnik przybył do osady, pokręcił się, pokręcił się jak to biały i poszedł dalej. Po jakimś czasie zjawił się kolejny, a po nim następni. Tak więc miejscowi zaczęli nazywać tego białego przybysza Muzungu, co dokładnie oznacza „chodzący w kółko” lub też „kręcący się bez celu”.
Tak więc kręcąc się dziś bez celu, zawędrowaliśmy nad pobliski wodospad. Otoczony gęstym lasem, cichy zakątek idealny na popołudniową sjestę.
Wodospad.
Stało dziewczę nad potokiem...
Ostatni weekend w Ugandzie postanowiliśmy dobrze wykorzystać. Odwiedziliśmy więc Narodowe Muzeum, na temat którego udało mi się znaleźć informację w internecie, ponoć jest ono naprawdę na wysokim poziomie i niewiele afrykańskich stolic może się takim poszczycić. Po dotarciu na miejsce byłem nieco zaskoczony. Widziałem już wcześniej Muzeum Narodowe  w Nairobi i było ono niemal na europejskim poziomie. Sale wypełnione eksponatami, wypchanymi zwierzętami, skamieniałymi szczątkami naszych rzekomych przodków i tłumy zwiedzających. To tam obecnie spoczywa Ewa, najstarszy odnaleziony ludzki szkielet. Co do Ewy - przez jakiś czas trwała dyskusja czy jest to już najstarszy szkielet pierwszego człowieka czy może człowiekiem Ewa jeszcze nie jest. Odwiedzone przez nas muzeum w Ugandzie przypominało raczej jedno z tych muzeów, do których nasi preceptorzy zabierali nas na siłę jeszcze w szkole podstawowej. Zakurzone gabloty pełne tajemniczych eksponatów z opisami tak skąpymi lub na tak pożółkłym papierze, że trudne do odczytania. Grube warstwy kurzu piętrzące się na eksponatach rozstawionych w wielkich ogołoconych salach. Prócz nas w muzeum znajdował się tylko sprzedawca biletów, który co prawda zaproponował nam, że nas oprowadzi, jednak jego wiedza na temat ekspozycji była raczej mętna. Wystawy rozmieszczone były dość chaotycznie i chodź opowiadały one historię kraju od pradziejów po czasy obecne, to rzetelność ich przygotowania pozostawiała wiele do życzenia. W trakcie naszego zwiedzania, do muzeum weszła kobieta z naręczem pamiątek i rozsiadła się przy ,,zabytkowych” bębnach, a następnie - by przyciągnąć naszą uwagę do sprzedawanego przez siebie towaru - zaczęła rzępolić na tradycyjnym instrumencie, przypominającym wygięty patyk zakończony bębenkiem ze struną. Szybko poszukaliśmy bardziej ustronnych zakątków muzeum. Zwiedziliśmy wystawę poświęconą krótkiej historii malarii, widzieliśmy zdobyte przez ugandyjskich sportowców medale i dyplomy przywiezione z olimpiad oraz kolekcję pamiątek z Japonii, inaugurujących olimpiadę. Obszerną ekspozycję dotyczącą gospodarki wodnej i modele wzniesionych wokół Jeziora Wiktoria tam. Pierwszy taśmowo produkowany samochód Henry'ego Forda w klasycznym czarnym kolorze oraz zagadkowe ciężarówki pozbawione etykiet lub jakiegokolwiek wyjaśnienia. Wyglądały zupełnie jak porzucone przez dziecko jednego ze zwiedzających. Wiele wystaw, szczególnie tych dotyczących dawniej używanych sprzętów domowych i narzędzi własnej produkcji, przypominało mi coś w stylu zbiorowej wyprawy pracowników muzeum na wieś i wyciągnięcie od swoich dziadków kilku starych szpargałów i nieużywanych już rupieci. Mieliśmy możliwość oglądać samochody poprzednich prezydentów i ostatniego gubernatora, które trafiły już do muzeum oraz trzy, które również zostały włączone w poczet wystawy, ofiarowane przez obecnie urzędującego jeszcze prezydenta.
W oddali dwa maszty na szczycie wzgórza gdzie mieszkaliśmy.
Rolls-Royce ostatniego gubernatora.
Ekspozycja poświęcona medycynie tradycyjnej, innymi słowy jaką należy nosić bransoletkę żeby nie dostać malarii.
Zapewne jakiś praprzodek z dalekiej Lemurii.
Stary, dobry Ford.
Zagadkowa wystawa ciężarówek.
 Koniec końców, chyba nie byłem jednak rozczarowany. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak niewiele dowiedział się podczas odwiedzin w muzeum, ale z całą pewnością warto było zobaczyć co Uganda ma do zaoferowania. Tak więc, wszystkich serdecznie zachęcam do odwiedzin w muzeum, mimo wszystko warto to zobaczyć, choćby po to by mieć porównanie.