Czasem tak bywa, że człowiek pod wpływem bodźców zewnętrznych
lub jakiegoś wewnętrznego zewu czuje nieodpartą potrzebę zrobienia czegoś.
Przyjęło się ostatnio żartować, że człowiek, któremu przydarzy się coś
podobnego, powinien sobie spokojnie usiąść i poczekać aż mu przejdzie. Nasza
potrzeba zrobienia czegoś, znalazła ukierunkowane ujście w formie pieszej
wyprawy do oddalonego nieco od Subukia Nyahururu. Tak więc skoro już nie
usiedliśmy i nie poczekaliśmy, to postanowiłem opisać jakie miało to
konsekwencje.
Sam pomysł wyprawy narodził się kilka dni wstecz, gdy
wybraliśmy się na przechadzkę i polowanie na kolejne zdjęcia ptaków do kolekcji
Kasi. Podczas spaceru zawędrowaliśmy na szczyt pobliskiego wzgórza - tego na
którym poprzednim razem spotkaliśmy Irene i jej młodszego brata, Wilsona.
Dzieci pojawiły się i tym razem, choć trudno stwierdzić czy te same, z całą
pewnością nie było z nimi Wilsona. Tego małego człowieczka o niebagatelnym imieniu akurat bym poznał. Dzieciaki
oczywiście nie dały nam już spokoju aż do zejścia na dół, skutecznie płosząc
Kasi wszystkie ptaki. Wskazały nam jednak drogę do Nyahururu.
Po powrocie do domu postanowiliśmy, że w niedługim czasie
znów wdrapiemy się na górę i sprawdzimy gdzie droga rzeczywiście prowadzi.
Zaplanowaliśmy zabrać ze sobą jakieś drobne zapasy na drogę i takie tam.
No i stało się, wczorajszy wieczór spędziliśmy smażąc placki
ziemniaczane. Uprzedziliśmy, że nie będzie nas na obiedzie, a dzisiejszego
ranka wstaliśmy wcześniej, po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Nastroje
dobre, kondycja nieco gorsza, trzymały nas jeszcze zakwasy po ostatniej
wycieczce, ale nic to - jak mawiał mały rycerz.
Wspięcie się na szczyt wzgórza zajęło nam rekordowo krótki czas.
Gdy dotarliśmy na górę, łąki i trawiaste pastwiska wciąż lśniły rosą chłodnego
poranka. Dzieciaków jeszcze nigdzie nie było widać, gdy cicho przemykaliśmy
przez opustoszałą osadę nim ta jeszcze przebudziła się na dobre. Wychodzący w
pola ludzie patrzyli na nas w ciszy ze zdumieniem jeszcze większym niż zwykle,
no bo skąd na takim odludziu dwóch
białasów o tak wczesnej porze? Napotkanych ludzi pytaliśmy o drogę by upewnić
się czy na pewno utrzymujemy słuszny kierunek. Za cel obraliśmy sobie
sforsowanie góry, przez którą - jak mniemaliśmy - prowadziła droga na skróty do
naszego celu. Pytani o drogę miejscowi informowali nas, że kierunek mamy
właściwy, droga którą szliśmy miała za parę kilometrów spotkać się z asfaltówką,
skąd z łatwością złapiemy matatu do Nyahururu. No ale gdzie tu zabawa i
przygoda. Z coraz większą desperacją zaczęliśmy szukać odnogi, która
zaprowadziłaby nas na szczyt wzgórza wyrastającego po naszej prawej stronie i
uchroniła nas od wielogodzinnego marszu wzdłuż asfaltowej drogi. Kilkukrotnie
skręcaliśmy w wąskie ścieżynki odchodzące w bok, mając nadzieję, że wreszcie
uda nam się zbliżyć do odległej góry. Niestety, wszystkie kończyły się po
parudziesięciu metrach płotem lub czyimś polem i wiązkami drutu. Wreszcie
znaleźliśmy ścieżynkę, a na niej wiele śladów zwierząt odciśniętych w błocie, z
grubsza prowadziła we właściwym kierunku. Postanowiliśmy spróbować. Dróżka
biegła wzdłuż pola, na którym nagle na nasz widok ustały wszystkie prace, a
zaskoczeni rolnicy przyglądali nam się z zaciekawieniem. Po paru minutach
ścieżka zaczęła wznosić się coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie stanęliśmy
przed gęstwiną pnącego się w górę stromego zbocza lasu. Pośród bujnej
roślinności niknęła ledwie widoczna ścieżka. No i tu dopiero zaczęła się cała
zabawa, maczetą wyrąbywałem sobie drogę przez zarośla i mozolnie parliśmy
naprzód. Im dalej, tym droga była bardziej zarośnięta, a wzgórze stawało się
coraz bardziej strome. Nie wiedząc czy dokądkolwiek to prowadzi, zacząłem mieć
pewne wątpliwości. Wiedzieliśmy przecież, że nie damy rady przerąbać się na sam
szczyt, miałem cichą nadzieję, że nasza ścieżka niebawem połączy się z jakimś
bardziej uczęszczanym szlakiem prowadzącym na górę. Niestety, nic na to nie
wskazywało, a droga robiła się coraz gorsza i z trudem odnajdowałam już
zarośniętą ścieżynkę. Gdy już niemal się poddaliśmy i byliśmy gotowi zawrócić,
po drugiej stronie zarośli dostrzegłem zbliżającą się postać. Wyglądało na to,
że również kieruje się na szczyt, równolegle do nas. Okazało się, że obok
rzeczywiście była druga droga. Mężczyzna przystanął i jakby się mogło zdawać,
czekał aż do niego dołączymy. Na kolanach (dosłownie) przeszliśmy kilka metrów
gęstych krzaków i wdrapaliśmy się na błotnistą ścieżkę pnącą się w górę zbocza.
Przywitaliśmy się z napotkanym miejscowym, a on po prostu bez słowa ruszył na
górę. A my za nim. Trzymał się z przodu, kilka metrów przed nami, pokazując nam
drogę. Gdy przystawaliśmy by nabrać oddechu
on też stawał i czekał aż będziemy gotowi iść dalej. I tak powoli szliśmy na
górę, przy kolejnym postoju przedstawiłem się naszemu anonimowemu
przewodnikowi, a on zrewanżował mi się tym samym. Nazywał się Kariuki - no bo
jakże by inaczej. To bardzo popularne w Kenii nazwisko i jest takim odpowiednikiem
polskiego Kowalskiego. A potem powiedział coś, co nieco mnie zaniepokoiło: ,,To
mój las”.
No i mamy problem - pomyślałem sobie. Jak na razie Kariuki
spokojnie prowadził nas na szczyt, ale weszliśmy na jego ziemię. Zacząłem się
zastawiać czy zażąda od nas jakiejś zapłaty za to wtargnięcie - no i za usługi
przewodnika. Gdy dotarliśmy wreszcie na szczyt, już po raz drugi mieliśmy
okazję w tym dniu podziwiać niemal alpejskie krajobrazy zielonych łąk.
Uznaliśmy, że to odpowiednia pora na drobny odpoczynek: herbatka i placki.
Oczywiście poczęstowaliśmy też naszego Kariukiego, dając mu kolejne placki.
Miał gość, cholera, apetyt. Miałem cichą nadzieję, że zaraz się rozstaniemy i
spokojnie każdy pójdzie w swoją stronę. Kilkakrotnie już przeprosiłem go za
wejście do jego lasu tłumacząc, że nie wiedzieliśmy, że to jego ziemia.
Twierdził, że nie ma problemu, co wróżyło nie najgorzej. Gdy już wypoczęliśmy,
podziękowałem bardzo Kariukiemu, zapytałem o dalszą drogę i jeszcze raz
przeprosiłem za wtargniecie. Powiedziałem też, że dalej poradzimy sobie sami i
że nie chcielibyśmy zabierać mu jego cennego czasu. Kariuki zgodził się ze mną,
po czym oświadczył, że czas w drogę i ruszył ścieżką, którą wskazał jako
prowadzącą do Nyahururu.
Tak narodził się kolejny problem. Nasz przewodnik twierdził,
że nie zna angielskiego, mówił prawdę albo udawał - trudno powiedzieć. Podczas
drogi wielokrotnie zapewniałem go, że dalej poradzimy sobie sami i że może już
wracać do domu, ale on za każdym razem przytakiwał i szedł dalej. Czuliśmy się
nieco niezręcznie rozmawiając przy nim po polsku. Ilekroć to robiliśmy,
przyglądał nam się ciekawie, tak wiec maszerowaliśmy za nim w ciszy,
sfrustrowani niezręczną sytuacją, knując w jaki sposób można by się go w sposób
kulturalny pozbyć. Jedzenia i picia zostało nam na tyle mało, że nie mogliśmy
sobie pozwolić na dalsze częstowanie go, wiec o zjedzeniu czegokolwiek samemu
też nie było mowy, przynajmniej dopóki był z nami. No i tak to trwało, my
milczeliśmy, a przymusowe towarzystwo naszego przewodnika coraz bardziej psuło
nam humor. Aż wreszcie okazało się - Kariuki zrobił to, czego od dawna się
obawiałem - poprosił nas o pieniądze i oświadczył, że jak je dostanie to sobie
pójdzie. Natychmiast zapewniłem go, że pieniędzy nie mam, bo wybraliśmy się tylko
na pieszy spacer, wiec nie przewidywałem żadnych większych wydatków i mam przy
sobie tylko drobne, których nie mogę mu dać, bo będę ich potrzebował na drogę
powrotną z Nyahururu. Nie do końca było to zgodne z prawdą, miałem przy sobie
nieco pieniędzy, ale rzeczywiście niewiele. Nie miałem jednak zamiaru płacić mu
tylko za to, żeby się od nas odczepił. Kariuki nieco posmutniał, mimo to
stwierdził, że będzie nam towarzyszył dalej. Gdy dotarliśmy do następnej osady,
Kariuki znów coś wybąkał w swahili. Jak się okazało nieco dalej chodziło mu
chyba o to, że zbliża się koniec naszej wspólnej wędrówki. Rozstaliśmy się na
skrzyżowaniu. Kariuki wskazał nam właściwy kierunek jeszcze raz, tym razem po
raz ostatni podziękowałem mu za pomoc i życzyłem bezpiecznej podróży.
Nie przedłużając, droga którą wskazał nam Kariuki po kilku
godzinach doprowadziła nas wreszcie do asfaltówki biegnącej do Nyahururu. Nie
mieliśmy już sił dłużej jej unikać i szukać miej uczęszczanych skrótów.
Zdecydowaliśmy się wreszcie na marsz wzdłuż szosy. Nagrzany asfalt i co chwila
zaczepiający nas ludzie zaskoczeni widokiem dwóch białasów idących wzdłuż drogi
z plecakami, szybko wyssały z nas resztki energii i entuzjazmu. Po kolejnej
godzinie dotarliśmy do malutkiej miejscowości-naprawdę malutkiej. Parę domków,
mały hotelik i knajpka. Usilnie próbowaliśmy się dowiedzieć jak daleko nam
jeszcze zostało, ale odległości podawane przez miejscowych wahały się pomiędzy
jeden a piętnaście kilometrów...poddaliśmy się. Stwierdziliśmy, że i tak
przeszliśmy już dość, a dalsza wycieczka nie ma wielkiego sensu jeżeli nie
zdecydujemy się wziąć matatu. Ale nie o to przecież chodziło. Obawialiśmy się,
że jeżeli zdecydujemy się iść dalej, możemy dotrzeć do Nyahururu za kilka
godzin, ale nie starczy nam wówczas czasu już na nic więcej - początkowo
planowaliśmy tam coś zjeść i nieco odpocząć, ale jeżeli będziemy na miejscu
zbyt późno, zwyczajnie nie będzie już na
to czasu. Poza tym, z każdą chwilą marszu rosła cena jaką będziemy musieli
zapłacić za powrót do Subukia - mówię tu o opłacie za przejazd matatu - im
dalej, tym drożej. W końcu zdecydowaliśmy się usiąść gdzieś i nacieszyć się
chodź chwilę tym aktywnie spędzonym dniem.
Po raz kolejny okazało się, że zimne piwo jest najlepszym
chyba zwieńczeniem długiej podróży. Doszliśmy do wniosku, że po to człowiek
właśnie zdobywa szczyty, przedziera się przez dżunglę i forsuje rzeki, by po
powrocie do cywilizacji z nieopisaną satysfakcją napić się piwa.
Droga powrotna przebiegła błyskawicznie, choć nieco
nietypowo. Znudzeni czekaniem na nienadjeżdżające matatu, postanowiliśmy
spróbować szczęścia łapiąc stopa - niczym Kinga Choszcz - autorka niedawno
przeczytanej książki „Moja Afryka” . Mieliśmy stuprocentową skuteczność, już
pierwszy samochód zatrzymał się, by zapytać dokąd jedziemy. Podwiozła nas para
studentów wracających z miasteczka do uniwersyteckiego kampusu. Gdy tylko
rozstaliśmy się z uczynnymi studentami, pojawiła się w srebrnej terenówce
prawdziwa kenijska businesswoman, która jadąc do Nakuru chętnie podwiozła nas
już do samego Subukia.
![]() |
| Kasia i nasz Kariuki. |
![]() |
| Kolejny forfiter. |
![]() |
| Nie ma to jak frytki z gazety w ulubionym barze. |
![]() |
| Szczyt wzgórza w o poranku. |
![]() |
| Dzieci na zdjęciu z zaciekawieniem obserwują muzungu który niewrażliwy na ich czarne wdzięki drzemie sobie na trawie. |
Tak wiec podsumowując - choć nie udało nam się dotrzeć do
Nyahururu jak planowaliśmy i towarzystwo namolnego przewodnika mocno
uprzykrzyło nam kilka godzin wędrówki, to wyprawę uważam ogólnie za udaną.
Planuję ją jeszcze powtórzyć, tym razem znamy już drogę i kto wie - może
niebawem podejmiemy kolejną próbę dotarcia tam pieszo. Może tym razem uda nam
się umknąć uwadze Kariukiego, właściciela lasu.
Zamieszczam też link do mojego picassa dla tych którzy chcieli by zobaczyć więcej zdjęć.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz