Moja polonistka, która
zmagała się z moją ortograficzną barierą, przez trzy lata szkoły
podstawowej zwykła mawiać, że ,,planowanie to czas stracony” - a
dzisiejszy dzień był tego dobitnym przykładem.
Nasz pobyt tutaj powoli
ma się ku końcowi, więc jest sporo do roboty. Jak co dzień:
śniadanie, wizyta na budowie, opieprzanie i poganianie naszych
budowlańców, a potem kawa przy komputerze, sprawdzenie poczty i
góry papierologicznej roboty, przez które musimy się przedrzeć
wraz z Kasią w ciągu kilku najbliższych tygodni. I tu pierwsza
niespodzianka. Parę chwil po dziewiątej, czyli zaraz po tym jak
siadamy do komputerów, pada prąd - normalka od kilku dni, zdarza
się to codziennie na zmianę o różnych porach. Nasz dostawca prądu
- Kenya Power, działa troszkę tak, jak pokazywały to stare polskie
filmu pokroju „Alternatywy 4”. Stoi dwóch panów przy konsoli i
się zastanawia ,,to kogo odłączamy dzisiaj?”. No ale nie ma co
narzekać, może wróci.
Po około godzinie
tracimy nadzieję na to, że mamy do czynienia z chwilową awarią.
No to nie ma co tak siedzieć i trzeba się ruszyć. Na zewnątrz
ładna pogoda, stwierdzamy zatem, że odwiedzimy mieszkające w dole
siostry - kończą one obecnie pracę nad nową szkołą, a my
zdeklarowaliśmy się pomóc im w malowaniu ścian w salach dla
dzieci. No to idziemy. Już po godzinie marszu jesteśmy na dole.
Ale. Siostry też nie mają prądu, więc odpada odpalenie rzutnika i
wyświetlenie na ścianie postaci z bajki ,,Gdzie jest Nemo” i
odrysowanie ich konturów na ścianie, przed malowaniem. Przez
kolejną godzinę walczymy z internetem by pobrać obrazki i chociaż
rzucić na nie okiem nim zaczniemy. Nic z tego. Idziemy do sali i
uwalniamy naszą twórczą wenę, smarując farbkami na ścianach
postacie tak, jak kto je zapamiętał z filmu.
Zaczyna padać. Nie
przelotny delikatny deszczyk, ale istna ulewa, grube krople deszczu
tak dudnią o blaszany dach, że nie słychać własnych myśli. W
oddali rozlegają się echa grzmotów, a niebo ciemnieje. Przez
otwarte nieoszklone jeszcze okna wpada zimny wiatr z deszczem i
wylatuje drzwiami po przeciwległej stronie sali, mocząc nas przy
okazji wizyty. Jak to mówi Ojciec J. ,,Kiedy wiatr przychodzi do
Subukia, zawsze przechodzi przez mój pokój”. Po dwóch godzinach
deszcz nieco ustaje, ale do tego czasu jesteśmy już kompletnie
przemarznięci, a cały ogródek skrywa kilkucentymetrowa warstwa
wody. Z nowo postawionej szkoły do domu sióstr mamy kilkaset
metrów, biegniemy przez siąpiący deszcz.
Siadając do ciepłej
herbaty zastanawiamy się. Prąd wrócił – znaczy, że u nas na
górze pewnie też już jest, o ile nie zmęczyła go droga pod górę,
jak mówi Kasia. No to trzeba podjąć decyzję. Jak znów się
rozpada to utknęliśmy, siostra nas nie podwiezie, w zeszłym
tygodniu coś jej pękło w samochodzie. Ale jeden z ojców ma po nas
zajechać w drodze z miasta, pytanie ile mu to zajmie. Jak posiedzimy
tutaj do wieczora, to na prąd w domu pewnie się już nie załapiemy.
Czyli trzeba by biec na górę teraz, to przynajmniej jest szansa, że
coś skorzystamy.
Zwijamy malowanie,
zamykamy puszki z farbą, płuczemy pędzle, znów zaczyna padać.
Lepiej marznąć podczas pieszej drogi na górę niż tutaj, chorzy i
tak już pewnie będziemy. Nie ma na co czekać. I wtem - jak
spełnienie naszych modlitw, pojawia się Ojciec z samochodem, który
właśnie wraca na górę. Żegnamy się z siostrą i pełni nadziei
i entuzjazmu pakujemy się do samochodu. W samochodzie witamy się z
jeszcze jednym pasażerem. Poznaję go z niedzielnych mszy, zawsze
siedzi w ostatniej ławce: wysoki, schludny, nieodmiennie w czerwonej
bejsbolówce z jakimś superbohaterem, imienia nie pamiętam.
Zamieniamy kilka słów. Wydaje się, że Ojciec J. wziął go ze
sobą do miasta na zakupy, widzę jak ściska na kolanach worek
jakiegoś nawozu w proszku czy innego detergentu ogrodniczego.
Podskakując na tylnym siedzeniu, snujemy z Kasią plany ,,co po
powrocie”. Co najpierw - prysznic czy może obiad, bo obydwoje
jesteśmy głodni, potem obowiązkowo jakaś ciepła herbata i może
profilaktycznie witamina C.
Mijamy rozrytą drogę,
gdzie w zeszłym tygodniu zagrzebał się na trzy dni dźwig i
wioząca go na lawecie ciężarówka. W wydłubanej z boku drogi
dziurze zbiera się już woda, kałuża ma kilka metrów. W zeszłym
tygodniu też lało, kierowca z dźwigiem chciał koniecznie wjechać
na górę mimo tego, że już się ściemniało. Dźwig miał
posłużyć do budowy kościoła w sanktuarium, konkretnie do prac
nad konstrukcją dachu. Kierowca musiał zatrzymać się w
niewłaściwym miejscu, ciężar dźwigu na lawecie pociągnął
wszystko za sobą i zsunął się z drogi utykając w rowie. Przy
każdym kolejnym deszczu cała ta konstrukcja grzęzła coraz
bardziej, a w ciągu dnia trwała akcja ,,ratunkowa”, będąca w
centrum zainteresowania całej wsi przez kilka ostatnich dni.
Kobiety, dzieci, młodzież i starcy - wszyscy schodzili się
popatrzeć, każdy miał własny pomysł na uratowanie sytuacji i
własne niezawodne sposoby. Istny jarmark.
Mijamy miejsce niedoszłej
katastrofy i jedziemy dalej. Auto w napędzie 4x4 pewnie prze pod
górę rozmytą błotnistą drogą i nagle skręca na czyjeś
podwórko. Okazuje się, że tu mieszka nasz pasażer w czapce.
Mężczyzna zaprasza nas do siebie. Skrawek błotnistego poletka
oddziela trawiastą łączkę - na której pasą się dwie krowy i
kilka brudnych owiec - od krytej blachą chaty z błota i drewna.
Ojciec J. Idzie, więc my też, nie ma co. Wchodzimy na podwórko
przed chatką, kurczaki uciekają spod naszych nóg i chowają się w
pobliskie krzaki. Przynajmniej już nie pada.
Wchodzimy do środka,
wita nas kobieta w średnim wieku, ma na sobie jakąś bluzę, od
pasa w dół owinięta jest żółtą kitengą (chusta wielkości
obrusu, z kolorowymi nadrukami i napisami). Chata jak chata. To
znaczy: ściany z desek obite są dla uszczelnienia rozłożonymi
stronami gazet, można sobie przeczytać nagłówki artykułów i
pooglądać zdjęcia. Cała ściana wygląda jak jeden wielki kolaż,
gdzieniegdzie prześwituje przez szparę błękit nieba. Na udeptanym
klepisku stoi zestaw wypoczynkowy - dwa fotele, dwie małe sofy,
pośrodku niewielki stolik. Przy ścianie, na lewo od wejścia i na
wprost wypoczynku: komoda, duże dwoje drzwi po bokach, na środku
taki jakby zamknięty barek. Cała konstrukcja obwieszona kiczem,
olbrzymi chiński zegar z przeźroczystego plastiku, porcelanowy
wazonik, w nim sztuczne kwiaty, obok w szklance kilka szczoteczek do
zębów, jakieś papiery. Po całym pomieszczeniu porozwieszane
plakaty z Jezusem, kalendarze ze świętymi, zdjęcia dwóch papieży
- Jana Pawła II i Benedykta. Obok nich zniszczone zdjęcie w ramce,
chyba naszego gospodarza, ale na pewno młodszego. Stoi w jakimś
kitlu i uśmiecha się niepewnie do aparatu. Zdjęcie obsunęło się
w ramce i jeden z rogów oparł się o jej dolną cześć, ale sama
ramka, w której znajduje się zdjęcie też wisi krzywo na obitej
gazetą ścianie, więc w zasadzie zdjęcie jest prosto. W rogu, na
desce przybitej poprzecznie do ściany stoi żelazko na dusze, istny
antyk, nawet moja babcia takiego nie miała. Ba, chyba nawet
prababcia.
Kobieta zaczyna się
uwijać, wyciąga z kredensu metalowe kubki, porcelanowe talerze z
kwiaciastymi wytartymi wzorami, każdy inny. Po czym wychodzi. Znika
w postawionej po przeciwnej stronie podwórka ,,szopce” - i jest to
niezwykle pochlebna nazwa dla postawionego z gnoju i błota szałasu,
do którego się chowa. Pomieszczenie musi mieć w środku może z
metr kwadratowy, jest tak ciasne, że trudno sobie wyobrazić by było
czymś innym niż toaleta, ale jednak. Przynosi pieczoną na węglach
i gotowaną kukurydzę, do wyboru do koloru. I to nie jakieś tam
ogryzki, ale po jednej wielkiej kolbie dla każdego. Do blaszanych, poobgryzanych i wytartych od używania kubków leje z termosu ciepłą
herbatę po kenijsku, czyli z mlekiem. Gdy parująca, przypominająca
kolorem kakao ciecz leje się do kubka, myślę sobie - czy mleko aby
na pewno się dogotowało? Bo nie chciałbym umrzeć na gruźlicę.
Ale kiedy nasz gospodarz siedzący na wprost mnie uśmiecha się do
mnie, z dumą sięgam po kubek i przykładam usta tam, gdzie emalia
jest najmniej poobgryzana. Dłonie wciąż śmierdzą i kleją się
od terpentyny, którą myłem z nich farbę nim pożegnaliśmy się z
siostrą. Ale gospodyni przynosi dzbanek ciepłej wody i nad
metalowym garnuszkiem wszystkim nam kolejno obmywa ręce. Przychodzi
czas kukurydzianej uczty. Zachwalamy domostwo, pyszną herbatę,
soczystą kukurydzę i komplementujemy zadbane krowy na pastwisku
gospodarza. Właściciel wstaje i z duma otwiera ,,barek” kredensu.
W środku stoi płasko kineskopowy telewizor wielkości komputerowego
monitora. Podpina kable i oto po raz drugi od przyjazdu do Kenii
oglądamy telewizję. Nie licząc wizyt w centrach handlowych. Dziś
mamy święto narodowe - hero day. Kiedyś było to święto
pierwszego prezydenta Kenyatty, ale zostało przemianowane na dzień
bohaterów i święto wszystkich ludzi, którzy walczyli o
niepodległość.
W telewizji puszczają
program o odzyskaniu niepodległości i poprzedzających to
wydarzenie zbrojnych konfliktach. Materiał jest antyczny, zapewne
nakręcony tuż po tych wzniosłych wydarzeniach. Co chwila wypowiada
się - młody jeszcze wówczas - pierwszy prezydent, gubernator
Nairobi i inni brytyjscy dygnitarze, którzy niedługo potem opuścili
kraj. Pokazują egzekucję przywódcy Mau-mau, ruchu plemienia
Kikuyu, które prowadziło partyzancką walkę z Brytyjczykami.
Podają liczby ofiar, jakie obydwie strony poniosły w trakcie
kilkuletniego konfliktu. Pokazują szefów obozów pracy dla
schwytanych rebeliantów i ich rodzin, opowiadają o okrutnych
technikach przesłuchań i tortur: miażdżeniu jader, rażeniu
prądem, pojeniu zatrutą wodą i biciu. Niektóre z pokazywanych
materiałów muszą być znacznie starsze niż sam film, bo pokazują
czasy z samych początków konfliktu lub nawet jeszcze lata go
poprzedzające. Cały materiał trąci odrobinę anty-brytyjską
propagandą i zapewne temu miał służyć, gdy montowano go jakieś
pół wieku temu. Prowadząca, prezenterka w idealnie okrągłej kuli
afro, wygląda jak z amerykańskich filmów o hipisach z lat
sześćdziesiątych. Czuję się nieco nieswojo. Mój gospodarz i
Ojciec J. karmieni tą propagandą od lat najmłodszych zapewne
uważają Mau-mau za dzielnych bohaterów, którzy wywalczyli Kenii
wolność. W istocie, zajmowali się również rozbojami, grabieżą,
czystkami ludności i mordowaniem we śnie białych właścicieli
ziemskich. Ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc
milczę, kiwam głową i zajadam kukurydzkę.
Nim wizyta dobiega końca,
poznaję jeszcze najmłodszego syna właściciela, berbecia w
kaloszach po kolana, który jak to się mówi - na stojąco wchodzi
pod stół. Ale tak naprawdę to nie wchodzi, bo ława jest tak
niska, że nawet siedząc na powygniatanych fotelach musimy się do
niej pochylać. Ściskam również rękę jego najstarszego syna.
Ten, jak mówił mi gospodarz, jest teraz w szkole podstawowej i
świetnie sobie radzi, co znaczy mniej więcej tyle, że równie
dobrze może mieć szesnaście co dwadzieścia pięć lat. Wygląda
na jakieś osiemnaście może dziewiętnaście. Ojciec z duma
opowiada, że chce go posłać na studia. Gdy wspomina, że
najchętniej w Polsce udaję, że nie słyszę by nie musieć się
potem tłumaczyć. Życzę mu tylko powodzenia.
Wychodząc, zostajemy
zaproszeni na przynajmniej jeszcze jedną wizytę, nim opuścimy
kraj. Dziękujemy grzecznie i wracamy do domu, pod długi i gorący
prysznic.
Bardzo przyjemne, ale gdzie jakiś obrazek poglądowy? :P
OdpowiedzUsuńPomyśli się coś przy następnej herbatce.
OdpowiedzUsuńBartek super tekst
OdpowiedzUsuńohhh...
OdpowiedzUsuń