poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Nyoka.

Wieczory są okazją do spotkań, a co za tym idzie również rozmów. W ciągu dnia różnie z tym bywa. Każdy ma jakieś swoje, mniej lub bardziej angażujące go zajęcia i powinności. Ojcowie zajmują się pielgrzymami, farmą lub doglądaniem placu budowy. Ja biegam między stolarnią, domem a budową. Podczas śniadań wszystkim się śpieszy ponieważ obowiązki czekają na nas tuż za rogiem i trzeba brać się do roboty. Z obiadami różnie bywa, to ktoś gdzieś pojedzie i nie wyrobi się z powrotem na czas, ktoś przyjdzie i zje wcześniej wiedząc, że ma coś zaplanowane na później, itd. Tym czasem wieczorem, do kolacji wszyscy zwykle siadamy już wspólnie. Rzadko się zdarza by ktoś miał jeszcze coś bardzo pilnego do zrobienie po kolacji, można przy niej zatem spędzić więcej czasu. Są one też z tego powodu bardziej "wystawne", to któryś z ojców w wolnej chwili przygotuje coś ekstra na stół, ktoś inny poda w ramach deseru świeżo przywiezione z miasta owoce, nawet mi zdarzyło się kilka razy coś przygotować, a ziemniaczane placki przygotowywane przez Kasie przeszły tu już do wspominanej z łezką w oku legendy. No i przede wszystkim jest to oczywiście okazja do rozmowy, opowiedzenia co się komu w ciągu dnia ciekawego przydarzyło. Ponarzekania na niekompetencje pracowników czy obgadania jakiegoś polityka. Atmosfera jest zwykle bardzo rodzinna i serdeczna. Ostatnimi czasy przy stole jest niemal tłoczno, przybywający do sanktuarium na modlitwy goście i pielgrzymi rzadko zostają dłużej niż kilka dni, ale po nich zawsze przyjeżdżają nowi. Głównym tematem narzekań podczas ostatnich wieczorów stała się panująca tutaj niska temperatura oraz przelotne deszcze na które wszyscy się uskarżamy. Dziś do kolacji wielu spośród nas zasiadało w kurtkach. Wydarzyło się jednak coś, co nieoczekiwanie sprawiło że wyjątkowo niska tego dnia temperatura stała się jedynie przelotnie, tematem do dyskusji.
Otóż dziś, jedna z pośród goszczących u nas sióstr, zabiła węża. Nikt nie wie skąd się gadzina wzięła wewnątrz domu, podejrzewano że musiała jakoś wspiąć się po krzewie dzikiej róży. Nie zdążyłem też samego gada zobaczyć, został widać jakoś kameralnie uśmiercony pod moją nieobecność, wywołało to jednak dość duże poruszenie, gdyż wcześniej nie widywano ich nigdy w okolicy domu. Kenijczycy, nie jestem pewien jak pozostali Afrykanie, boją się węży panicznie. Jest to zjawisko powszechne, gdziekolwiek pojawi się jakiś przedstawiciel wężowego gatunku, jest natychmiast uśmiercany w najbardziej wymyślny i bestialski sposób. Bestialskość i wymyślność, nie bierze się jednak z okrucieństwa Kenijczyków, ale jak mi się wydaje właśnie z przemożnego strachu przed tymi, tak bardzo przerażającymi ich gadami. Gdy widzą oni węża, nie dopuszczają chyba myśli, że można go nie zabijać. Przeskakuje im wówczas w głowie jakaś taka zapadka, że gada trzeba możliwie skutecznie unicestwić, tym samym jednak nie są wstanie wyzbyć się swojego strachu prze nim i stąd właśnie bierze się rozmaitość metod. Jak by go tu zabić, żeby on wcześniej nie zabił nas? Metod jest tyle ilu zabijających albo jeszcze więcej. Popularne jest mordowanie węża poprzez chaotyczne okładanie ziemi na której się znajduje (w nadziei że któryś z bardzo silnych ale zwykle mało celnych ciosów doścignie celu) za pomocą znajdujących się akurat pod ręką narzędzi rolniczych, przodują tutaj kopaczki, grabie i łopaty, ale nada się też zwyczajny kij czy trzonek od siekiery. Drugą znano mi metodą dość podobna jest zastąpienie narzędzi kamieniami, głazami czy czym tam w danej chwili człowiek może akurat rzucić. Obydwie te metody choć bezwzględnie należące do najbardziej konwencjonalnych i najpowszechniej stosowanych mają jedną zasadniczą wadę. Wąż na ogół nie atakuje, jeżeli się na niego akurat nie stanie, lub nie sprowokuje w jakiś inny sposób, najczęściej zauważywszy nas stara się uciec. Jednak niecelnie trafiony kijem czy kamieniem, przez rozwrzeszczanego napastnika może nie być już taki spokojny. Ci którzy nie dotykali nigdy węża lub nie bili go kijem mogą nie wiedzieć, ale pod tą łuskowatą, ciepłą, skórą kryją się bardzo silne mięśnie i nie tak łatwo się przez nie przebić. A ranny wąż z wielką determinacją walczy o życie. Najbardziej nie konwencjonalna metoda uśmiercania gada o jakiej słyszałem została mi przedstawiona przez cytowanego już wielokrotnie na tym blogu, słynnego ojca J. Otóż gdy on zobaczył węża, który przestraszony uciekł przed nim gdzieś w głąb korytarza. Spokojnie odszedł i postanowił wrócić przygotowany. Gdy to już to zrobił, naszedł węża w korytarzu, zachodząc go tak by nie dać mu pola do ucieczki, po czym oblał go całym garnkiem przygotowanego uprzednio ukropu. Ponoć efekt był piorunujący.

Nie wiem w jaki sposób owa zakonna siostrzyczka uporała się ze swoim wężem ale jej wyczyn otworzył przed nami nowe możliwości dyskusji, za co bardzo jestem jej wdzięczny, chociaż przemocą się brzydzę a zabijanie rzeczy których nie ma się potem zamiaru zjeść uważam za marnotrawstwo (ponoć wąż był zbyt mały by go skonsumować, wiem pytałem). 
Poruszyliśmy również temat tego co kto jadł i dlaczego, okazało się że Ojciec E. jadł kota, jedna z sióstr gustuje raczej w pieczonych gąsienicach i szarańczy, ktoś miał okazję próbować małpiny czy "słoniny". Tak więc zjedzona przeze mnie samosa z psa nie była na tle tych kulinarnych dewiacji żadnym osiągnięciem. Co zaskakujące, jeden z naszych gości, który w Ugandzie regularnie jadał pieczona na patyku szczury (prawie jak u Pratchetta tylko bez ketchupu), a dzieci z jego parafii jadały ich oseski, takie małe, zanim jeszcze otworzyły oczy, zupełnie na surowo, najbardziej dziwił się temu, jak można jadać ślimaki. Potencjał dyskusji jednak szybko się wyczerpał, gdy ktoś nieopatrznie wspomniał, "czego to nie jada się w Nigerii". I w zasadzie to był już koniec, bo potem wspólnie udało nam się dojść do jednego już tylko wniosku, że w Nigerii jada się generalnie wszytko, zarówno to co na drzewo ucieka jak i to co nie. A że Nigeryjczyków nikt przecież nie lubi to nie było już o czym rozmawiać.       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz