czwartek, 20 sierpnia 2015

Szepczące Siostry.

Trudne sytuacje zbliżają ludzi. Dosłownie, dawniej gdy nasi przodkowie marzli, zbierali się w koło większych, wspólnych ognisk by w ten sposób zaoszczędzić drewno i grzać się za razem swoim towarzystwem. U nas w Subukia jest podobnie. Świadczy to chyba zatem o prymitywności naszej wspólnoty, gdyż na całym świecie obserwujemy przecież postępujące zjawisko izolacji. Ludzie oddalają się od siebie, znów dosłownie, przeprowadzając się do większych, przestronniejszych mieszkań, cenią sobie prywatność własnych pokoi i tak dalej. Co zbliżyło nas tym razem? Mnie na pewno awaria prądu. Otóż przedwczoraj coś błysnęło, huknęło, jak twierdzi jedna z goszczących u nas sióstr zakonnych, i tyle. Prąd był, prądu nie ma. To znaczy nie całkiem nie ma. Padła jedna, jak to ujął wczoraj Ojciec K, jedna faza. Pech chciał, że jak raz oczywiście ta która doprowadza prąd również do mojego pokoju. Przepraszam za wulgarność, ale pozwolę sobie w tej sytuacji zacytować dosadne powiedzonko pewnego moje znajomego, otóż "biednemu to zawsze jak kurwie w deszcz". No i tak jak ten biedny, chodzę od przedwczoraj z laptopem po prośbie, to tu się nieco podładuję, to znów przycupnę tam. Wieczorami muszę pamiętać o latarce czołowej by po powrocie do ciemnego pokoju trafić do łóżka. Ale do rzeczy. Tak więc, dzisiejszy wieczór celebrujemy w nieco większym gronie. Zwabiony pozytywną energią zawędrowałem do pokoju, szumnie zwanego rekreacją. Taki przytulny salonik, telewizor, fotele, sofy, nie działający kominek, lodówka z sodami i inne atrakcje. Chciałoby się rzec taki salonik dla gentelmanów, i w sumie sporo w tym prawdy. Otóż, nazwa rekreacja wzięła się stąd, że franciszkanie, są zakonem kładącym mocny nacisk na integracje. Jest ona bardzo istotną częścią ich charyzmatu (takie rodzaj konstytucji zakonu) oraz codziennego życia zakonnego. Członkowie wspólnoty mają w zasadzie obowiązek spędzać czas razem, w  ciągu dnia i nawały obowiązków nie ma na to czasu więc na ogół następuje to po kolacji. Siadają wspólnie w swoim saloniku, rozmawiają, oglądają telewizję, innymi słowy integrują się, rekreują. Na ogół dostęp do tego pomieszczenie jest zarezerwowany wyłącznie dla członków wspólnoty, jest to miejsce gdzie mogą rozmawiać ze sobą swobodnie i gdzie nawet goście, zwykle wstępu nie mają. W zeszłym roku, przez obecność Kasi (kobiety mają tam wstęp wyłącznie w przypadkach specjalnych takich jak obchody jakiegoś święta lub wyjątkowa charakter gościa), pojawiałem się tam raczej rzadko, co zaowocowało tym, że przez dziewięć miesięcy w zasadzie nie widziałem telewizora. W tym roku sytuacja jednak nieco się zmieniła i salonik gentelmanów stoi przede mną niemal nieograniczonym otworem.
Siedzimy tu wspólnie z naszymi gośćmi. Szepczącymi Siostrami, brzmi to jak tajne stowarzyszenie rodem z powieści fantasy, nie jest to jednak nazwa ich zgromadzenie. Nie wiem do jakiej wspólnoty czy też zakonu należą, po prostu tak zwykłem je nieoficjalnie nazywać. Powodem jest właśnie sposób w jaki się porozumiewają między sobą, mianowicie ów szept. Goszczą u nas już od pewnego czasu, dnie wypełniają im modlitwy oraz rekolekcyjne nauki, jadają przy osobnym stole, wieczorami znikają w kaplicy i zostają tam do późna, śpiewając mi przez ścianę (mój pokój graniczy z kaplicą) pieśni. Napotkane w ciągu dnia uśmiechają się, a pozdrowione odpowiadają uprzejmie, zawsze jednak szeptem. Nie wiem czy jest to elementem ich rekolekcyjnego pobytu w sanktuarium czy nie, ale nawet podczas posiłków we własnym gronie, porozumiewają się wyłącznie szeptem. Mimowolnie wymogło to na nas, mnie i zakonnikach jadających przy drugim stole, zachowywanie w zasadzie bezwzględnej ciszy podczas posiłków. Jakoś tak sami też, zaczęliśmy do siebie szeptać, o ile w ogóle ktoś się odzywa. Czasem ktoś czegoś potrzebuje, to znaczy, na przykład solniczka jest tylko jedna, stoły dwa. Kucharki zastawiając stoły z przyzwyczajenia (gdy nie ma gości, na ogół, zastawiany jest tylko jeden stół) ustawiają ją na naszym stole. Wiec jak by wyczekując, aż któraś z Sióstr o nią poprosi, czy o cokolwiek innego, trwamy w tej ciszy. Tak by czasem ta szeptem wypowiedziana prośba nie utonęła gdzieś w zgiełku naszej rozmowy. Dziś siedzimy jednak razem, w rekreacji. Rzutnik podpięty do laptopa wyświetla na ścianie czarno biały film włoskiej produkcji o jakimś franciszkańskim świętym, dziwna sprawa. Taki ni to dramat, ni komedia, dodany za pewne później, angielski dubbing nie zgrywa się z wypowiadanymi po włosku, pełnymi ekspresji dialogami. Zakonnicy uczestniczą w seansie ale chyba bez szczególnego entuzjazmu, z powodu obecności gości za pewne przegapią dziś, codzienne wiadomości o 21, niekiedy oglądamy je wspólnie. Poza tym wiem że na ogół gustują w raczej innych rodzajach kina, króluje Sylvester Stallone i Dolph Lundgren, o którego pochodzenie kłóciłem się kiedyś z jednym z zakonników. Jutro siostry nas opuszczą, stąd te specjalne, obejmujące je dziś przywileje. Czas ich rekolekcji dobiegł końca. Nie wiem czemu (nie do końca zrozumiałem gdy mi to tłumaczono przy kolacji), ale ich wyjazd wiąże się dla nas z dyspensą, jutro mimo piątku będziemy mogli zjeść mięso. Czyli sprawdza się powiedzenie, o babie, wozie i lżeniu. Ale chyba bardziej czekam by sprawdzić, czy nadal będziemy odruchowo już, szeptać do siebie gdy zostaniemy sami w jadalni przy jutrzejszej kolacji.                 

1 komentarz:

  1. I co, szeptaliście?
    Cholera, klimat jak w Imieniu Róży. Kiedyś Cię dojadę w tej Afryce, zobaczysz.

    OdpowiedzUsuń