Trudne sytuacje zbliżają
ludzi. Dosłownie, dawniej gdy nasi przodkowie marzli, zbierali się w koło
większych, wspólnych ognisk by w ten sposób zaoszczędzić drewno i grzać się za
razem swoim towarzystwem. U nas w Subukia jest podobnie. Świadczy to chyba
zatem o prymitywności naszej wspólnoty, gdyż na całym świecie obserwujemy
przecież postępujące zjawisko izolacji. Ludzie oddalają się od siebie, znów
dosłownie, przeprowadzając się do większych, przestronniejszych mieszkań, cenią
sobie prywatność własnych pokoi i tak dalej. Co zbliżyło nas tym razem? Mnie na
pewno awaria prądu. Otóż przedwczoraj coś błysnęło, huknęło, jak twierdzi jedna
z goszczących u nas sióstr zakonnych, i tyle. Prąd był, prądu nie ma. To znaczy
nie całkiem nie ma. Padła jedna, jak to ujął wczoraj Ojciec K, jedna faza. Pech
chciał, że jak raz oczywiście ta która doprowadza prąd również do mojego
pokoju. Przepraszam za wulgarność, ale pozwolę sobie w tej sytuacji zacytować
dosadne powiedzonko pewnego moje znajomego, otóż "biednemu to zawsze jak
kurwie w deszcz". No i tak jak ten biedny, chodzę od przedwczoraj z
laptopem po prośbie, to tu się nieco podładuję, to znów przycupnę tam. Wieczorami
muszę pamiętać o latarce czołowej by po powrocie do ciemnego pokoju trafić do
łóżka. Ale do rzeczy. Tak więc, dzisiejszy wieczór celebrujemy w nieco większym gronie. Zwabiony pozytywną
energią zawędrowałem do pokoju, szumnie zwanego rekreacją. Taki przytulny
salonik, telewizor, fotele, sofy, nie działający kominek, lodówka z sodami i
inne atrakcje. Chciałoby się rzec taki salonik dla gentelmanów, i w sumie sporo
w tym prawdy. Otóż, nazwa rekreacja wzięła się stąd, że franciszkanie, są
zakonem kładącym mocny nacisk na integracje. Jest ona bardzo istotną częścią
ich charyzmatu (takie rodzaj konstytucji zakonu) oraz codziennego życia
zakonnego. Członkowie wspólnoty mają w zasadzie obowiązek spędzać czas razem, w
ciągu dnia i nawały obowiązków nie ma na
to czasu więc na ogół następuje to po kolacji. Siadają wspólnie w swoim
saloniku, rozmawiają, oglądają telewizję, innymi słowy integrują się, rekreują.
Na ogół dostęp do tego pomieszczenie jest zarezerwowany wyłącznie dla członków wspólnoty,
jest to miejsce gdzie mogą rozmawiać ze sobą swobodnie i gdzie nawet goście,
zwykle wstępu nie mają. W zeszłym roku, przez obecność Kasi (kobiety mają tam
wstęp wyłącznie w przypadkach specjalnych takich jak obchody jakiegoś święta
lub wyjątkowa charakter gościa), pojawiałem się tam raczej rzadko, co
zaowocowało tym, że przez dziewięć miesięcy w zasadzie nie widziałem
telewizora. W tym roku sytuacja jednak nieco się zmieniła i salonik gentelmanów
stoi przede mną niemal nieograniczonym otworem.
Siedzimy tu
wspólnie z naszymi gośćmi. Szepczącymi Siostrami, brzmi to jak tajne
stowarzyszenie rodem z powieści fantasy, nie jest to jednak nazwa ich
zgromadzenie. Nie wiem do jakiej wspólnoty czy też zakonu należą, po prostu tak
zwykłem je nieoficjalnie nazywać. Powodem jest właśnie sposób w jaki się
porozumiewają między sobą, mianowicie ów szept. Goszczą u nas już od pewnego
czasu, dnie wypełniają im modlitwy oraz rekolekcyjne nauki, jadają przy osobnym
stole, wieczorami znikają w kaplicy i zostają tam do późna, śpiewając mi przez ścianę
(mój pokój graniczy z kaplicą) pieśni. Napotkane w ciągu dnia uśmiechają się, a
pozdrowione odpowiadają uprzejmie, zawsze jednak szeptem. Nie wiem czy jest to
elementem ich rekolekcyjnego pobytu w sanktuarium czy nie, ale nawet podczas
posiłków we własnym gronie, porozumiewają się wyłącznie szeptem. Mimowolnie
wymogło to na nas, mnie i zakonnikach jadających przy drugim stole,
zachowywanie w zasadzie bezwzględnej ciszy podczas posiłków. Jakoś tak sami też,
zaczęliśmy do siebie szeptać, o ile w ogóle ktoś się odzywa. Czasem ktoś czegoś
potrzebuje, to znaczy, na przykład solniczka jest tylko jedna, stoły dwa. Kucharki
zastawiając stoły z przyzwyczajenia (gdy nie ma gości, na ogół, zastawiany jest
tylko jeden stół) ustawiają ją na naszym stole. Wiec jak by wyczekując, aż któraś
z Sióstr o nią poprosi, czy o cokolwiek innego, trwamy w tej ciszy. Tak by
czasem ta szeptem wypowiedziana prośba nie utonęła gdzieś w zgiełku naszej
rozmowy. Dziś siedzimy jednak razem, w rekreacji. Rzutnik podpięty do laptopa
wyświetla na ścianie czarno biały film włoskiej produkcji o jakimś
franciszkańskim świętym, dziwna sprawa. Taki ni to dramat, ni komedia, dodany
za pewne później, angielski dubbing nie zgrywa się z wypowiadanymi po włosku,
pełnymi ekspresji dialogami. Zakonnicy uczestniczą w seansie ale chyba bez
szczególnego entuzjazmu, z powodu obecności gości za pewne przegapią dziś,
codzienne wiadomości o 21, niekiedy oglądamy je wspólnie. Poza tym wiem że na
ogół gustują w raczej innych rodzajach kina, króluje Sylvester Stallone i Dolph
Lundgren, o którego pochodzenie kłóciłem się kiedyś z jednym z zakonników. Jutro
siostry nas opuszczą, stąd te specjalne, obejmujące je dziś przywileje. Czas
ich rekolekcji dobiegł końca. Nie wiem czemu (nie do końca zrozumiałem gdy mi
to tłumaczono przy kolacji), ale ich wyjazd wiąże się dla nas z dyspensą, jutro
mimo piątku będziemy mogli zjeść mięso. Czyli sprawdza się powiedzenie, o
babie, wozie i lżeniu. Ale chyba bardziej czekam by sprawdzić, czy nadal
będziemy odruchowo już, szeptać do siebie gdy zostaniemy sami w jadalni przy
jutrzejszej kolacji.
I co, szeptaliście?
OdpowiedzUsuńCholera, klimat jak w Imieniu Róży. Kiedyś Cię dojadę w tej Afryce, zobaczysz.