Pobyt w Afryce sprawia że czujemy się wyjątkowi, a
takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Nie chodzi tutaj o takie wyjątkowy, ju hu!
Tylko raczej o takie wyjątkowy, co jest grane? Nie jestem pewien czy w języku
polskim mamy odpowiednie określenie wrażenie które, mam zamiar opisać, w języku
angielskim doskonale oddaje to co mam na myśli słowo "special" za
którym, może kryć się ktoś szczególny, wyjątkowy, bliski naszemu sercu, lub w
jakimś stopniu zwyczajnie odstający od powszechnie przyjętego ogółu. Na
przykład kolokwialnie mówiąc idiota, czy osoba mentalnie upośledzone. I również
właśnie dzięki wieloznaczeniowości tego angielskiego "special" jest
ono takie....wyjątkowe, ponieważ potrafi za razem oddać oczywistą prawdę jak i złośliwą
uwagę, czy sprytnie przemyconą ironię. Tym czasem w naszym bogatym języku
polskim, za pewno właśnie z przyczyn tego bogactwa, nie mamy określenie
niosącego ze sobą tyle różnych treści za razem, a równocześnie adekwatnego do
takiej sytuacji. Mam wrażenie że nasze "specjalny" nie mieści w sobie
wystarczająco dużego hm, bagażu emocjonalnego? Chodzi mi tu raczej o
różnorodność tych kryjących się za tym wyrażeniem odczuć i skojarzeń niż samą
jego moc. Ale nie przedłużając, do sedna.
Pisząc o czuciu się
specjalnym, mam na myśli znajdowanie się w typowych dla Afryki, niekiedy
surrealistycznych, innym razem całkiem zwyczajnych sytuacjach podczas których,
zdajemy sobie w pewnym sensie sprawę, (niekiedy nie chcąc tego wcale przyznać) że
czujemy się wyjątkowi i "specjalni". Żeby było łatwiej opiszę kilka
przykładów.
Stoimy na szczycie
wzgórza, przed nami, w dole rozciąga się panorama na afrykańską równinę, tu
jakiś zwierzak, tam jakiś zwierzak. Ciepłe promienie zachodzącego słońca i
ostatni rzut oka na te dziką naturę po całym dniu safari. I ten szczególny moment
przed zachodem i zapadnięciem zmroku. I myślimy sobie wówczas, że jest fajnie i
w zasadzie to jesteśmy swojego rodzaju szczęśliwcami mogąc to oglądać, bo
przecież nie każdy ma taką sposobność. Więc jest w tym jednak coś specjalnego. -
Opisana powyżej sytuacja równie dobrze może rozgrywać się o poranku, w południe
czy nad brzegiem jeziora itd.
Druga sytuacja i rodzaj
specjalności jest znacznie bardziej trywialny i nie ma w sobie za grosz
romantyzmu, aż cały ocieka obłudą, bleee. Brzeg basenu, albo leżak na
osłoniętej, plaży nad brzegiem oceanu, ciemne okulary, znów ciepłe promienie
słoneczne. Gdzieś z tyłu za nami budynek luksusowego hotelu, ewentualnie
kameralny domek skryty w cieniu tropikalnych drzew. Popijamy drinka lub
schłodzone piwko, bierzemy głęboki wdech luksusu i zasłużonego wypoczynku. Bo
przecież ciężko na niego zapracowaliśmy. Całość obrazu zwykle dopełnia jakiś
usłużnie uśmiechnięty miejscowy który w nieskazitelnie białej koszuli raz na
jakiś czas sprawdza czy czasem nie cierpimy pragnienia i głodu w tych
spartańskich warunkach. - Mimo że nie chcemy
się niekiedy do tego przyznać, to w takiej właśnie sytuacji czujemy się
specjalni, w tym właśnie polskim, pełnym tego słowa znacznie. Kolonizator na
swoim miejscu, na wygodnym leżaku czy hamaku skąd możemy z łatwości podziwiać swoje
latyfundia.
Jest jeszcze inny
rodzaj specjalności. Taka troszkę specjalność Europejczyka. Chodzi mi o to że
poprzez inną szkołę życia jaką odebraliśmy, edukację oraz nasze korzenie i
pochodzenie, niekiedy lepiej niż rdzenni mieszkańcy Afryki radzimy sobie z
pewnymi sprawami. Szczególnie łatwo można to zobaczyć w kontaktach zawodowych,
podczas pracy, ale również wykonywania rozmaitych czynności, w których
zwyczajnie jesteśmy od nich z jakiegoś powodu ( nie koniecznie z ich winy)
lepsi czy bardziej utalentowani. W tym wypadku jest to rodzaj zasłużonej
specjalności, czujemy się wyjątkowi. Jednak nie w taki chełpliwy, egoistyczny
sposób, jak wylegując się na hamaku. Ale z dumą spoglądamy w przeszłość na
wcześniejsze pokolenia, które pośrednio nas ukształtowały oraz na bogatą
historię i kulturę naszego kontynentu.
Nieco powiązane z tym
jest czucie się specjalnym na widok bosego dziecka na mijanym poboczu. Tylko że
w tym wypadku polskie słowo specjalny zupełnie nie oddaje tego uczucia. Chodzi
o fakt docenienia tego że jednak urodziliśmy się, zupełnie co prawda
niezależnie od nas, w szpitalnym łóżku a nie na klepisku maniaty. Doceniamy tą
"wyjątkowość" naszego pochodzenia, w kontraście tego że nie każdy
miał tyle szczęścia by od dziecka nosić buty i mieć co jeść. Statystyki mówią
że jako europejczycy jesteśmy jednak mniejszością populacji świata wiec nielada
wyczynem na starcie było wpasowanie się w tą Europejską kolebkę.- Tak więc mamy
wyrzuty sumienia że, bez własnej zasługi mieliśmy łatwiej, lepiej, czyściej i
cywilizowanej. Mamy wyrzuty sumienie że, w ogóle posuwamy się do takiego ujecie
sprawy bo przecież to taki sam hjumen bijing jak i my, a ludzi nie wolno
dzielić na lepszych czy gorszych, czy w ogóle kategoryzować. I z tych wyrzutów
sumienia bierzemy olbrzymią walizkę pieniędzy i posypujemy jej zawartością
Afrykę, mając wyrzuty sumienia że tylko tyle.
Jest cała masa takich,
specjalnych momentów, można tworzyć całe listy i wydaje mi się że nie miały by
one końca. Każdy kto kiedykolwiek spędził tu nieco czasu musiał doświadczyć ich
przynajmniej kilka. Można być specjalnym, w ten właśnie idiotyczny sposób, jak
to pozwolę sobie ująć "na Foresta Gumpa". Lądując w centrum jakiegoś
zdarzenia, ceremonii i nagle orientujemy się że jesteśmy jedynym białasem w
kilkusetosobowym tłumie, i prawdopodobnie tylko my nie znamy lokalnego dialektu
w którym odbywa się cała heca. Stoimy i rozglądamy się z szerokim uśmiechem na
twarzy, a w głowie pulsuje nam "co ja tu robie?". Czy gdy próbujemy
coś komuś prosto objaśnić lub przetłumaczyć a wpadamy na jedną z tych kulturowych
różnic i z wolna zdajemy sobie sprawę że nasza racja jest, zwyczajnie
nieprzetłumaczalna gronu naszych słuchaczy. Niekiedy mimo tego że słuszność
jest po naszej stronie to zaczynamy czuć się osamotnieni i "specjalni",
w przeciwieństwie do naszych słuchaczy zjednoczonych ich niewiedzą.
No i zabawne na koniec.
Gdy idziemy ulicą a wszyscy uśmiechają się na nasz widok. A my dziarsko
maszerujemy środkiem chodnika, szczerzymy się do wszystkich, machamy i
odpowiadamy na każde pozdrowienie bo przecież powtarzane wszędzie w koło
"muzungu" musi być pozdrowieniem w tym ichnim uroczym języku? A potem
zaczynamy czuć się jak Forest Gump, podczas odwiedzin w Chinach na olimpiadzie
sportowej, gdzie kazano mu chodzić z przywiązanym balonikiem i kartką z
imieniem przypiętą do klapy marynarki, innymi słowy jak idiota. Bo zdajemy
sobie sprawę że jesteśmy w kraju w którym wszyscy i na każdym kroku z nas
szydzą i nas za naszymi plecami. Pastwiąc się nad naszą ułomnością
lingwistyczną. Szukają tylko okazji by nas wykorzystać i wzbogacić się naszym
kosztem i mimo przeświadczenie o naszej własnej wyjątkowości wcale za
wyjątkowych nas nie uważają w swym podstępnym wyrachowaniu. - Osobiście w tej
sytuacji by nie stać jak ten Forest Gump pośród tłumu Chińczyków i rozglądać
się za zgubionym balonikiem, lubię sobie powtarzać że to zwyczajna zazdrość, i
zdobyć się na krztynę wyrozumiałości. Bo przecież jak mówi przysłowie ,wyrozumiałość
ludzka nie zna granic.
***
Pytanie, zagadka,
wiadomość do przemyślenia. Dziś podczas kolacji goszcząca u nas w Subukia
parafianka, przybyła z wizytą na modlitwy z wybrzeża, Mombasy konkretnie.
Przedstawiła dość ciekawą teorię, zaraz po tym jak opowiedziała nam
okoliczności w jakich doznała objawienia i rozmawiał z nią bóg. Teoria idzie
mniej więcej tak, cytat nie jest dokładny a zrodził się w kontekście rozmowy na
temat Kenijskich polityków.
"Nie ważne czy
mordował czy nie, czy jest dobry, czy nie, czy kradł i jest skorumpowany, czy
nie, otóż objął to stanowisko. A skoro wszytko dzieje się z woli Boga to znaczy
że Bóg zażyczył sobie, i sprawił żeby objął rzeczone stanowisko i zasiadł na
tym tronie". Koniec cytatu. Różne rzeczy zdarzało mi się słyszeć przy tym
stole ale ta Pani chyba wpisała się do top 10. Pomyślałem że to nawet zabawne w
kontekście zaprzysiężenie właśnie w Polsce nowego Pana prezydenta i nastrojów
towarzyszących minionym wyborom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz