sobota, 22 sierpnia 2015

Harambee.

Zaraz po moim przybyciu do Subukia, spotkałem ponownie Petera. Jest to facet w średnim wieku, na oko między 40-50 lat, wysoki, szczupły, nieodzownie noszący w czapkę z daszkiem, koniecznie fullcapa,  mieszka nieopodal sanktuarium.
Poznałem go w zeszłym roku gdy wraz z Kasią mieliśmy okazję gościć w jego domu. To u niego jedliśmy słynną kukurydzę wspomnianą już przeze mnie w poście Here day. Gdy spotkaliśmy się po tych wszystkich miesiącach przy pierwszej okazji zaprosił mnie do siebie. Początkowo się zgodziłem nie wiedząc jeszcze co się święci. Szybko okazała się że Peter nie pracuje, jego żona też a najstarszy syn właśnie skończył liceum i pora było by posłać go na studia. Rozmowa bardzo szybko przemieniła się w monolog podczas którego dowiedziałem się jak kiepska jest sytuacja rodziny. Pobyt w Afryce przyzwyczaił mnie do takich sytuacji i nieco na nie uodpornił, jednak zwyczajnie tego nie lubię. Wydaje mi się to obopólnym marnowaniem czasu gdyż ja wiem że nie jestem  w stanie pomóc tak jak by sobie tego życzyła druga osoba lub wcale nie mam zamiaru pomagać, mimo to bezsensownie brniemy w to dalej. Wówczas udał mi się jakoś grzecznie wykręcić od wizyty w domu Petera i dalszego słuchania o braku funduszy na studia jego syna. Przy okazji jednak kolejnego przelotnego spotkania zostałem zaproszony na mające się odbyć 22 sierpnia, to jest dzisiaj harambee. A to już zupełnie inna sprawa.
Kenijskie społeczeństwo jest niezwykle przywiązane do swojej wiekowej tradycji wspólnoty. Wywodzi się to jeszcze z czasów gdy siedzieli oni w swoich maniatach pośród traw sawanny i rzadko wyściubiali nos poza boa (kolczasty płot mający chronić osadę przed drapieżnikami) wioski. Wszystko co się działo dotyczyło wspólnoty, rodzinnej, wioskowej, klanowej, szczepowej, plemiennej. Drabina ta jest dość długa i złożona jednak od wielu wieków pozostaje w zasadzie niezmienna, w szczególności na prowincji gdzie ludzie zwyczajnie są sobie bliżsi, zupełnie jak przed wynalezieniem prochu. Każda zatem sprawa dotykająca jednej osoby, pośrednio dotyka również jego otoczenia i wspólnoty w której się obraca, im poważniejsza sprawa tym szersze zatacza koło, angażując większą ilość jej członków. Drugim powodem dla którego zjawisko takie zachowało się i wciąż funkcjonuje, jest ubóstwo. Które jak się zastanowić w Afryce jest chyba początki i końcem wszystkiego. Mianowice, łatwiej sobie poradzić jak ma się do pomocy rodzinę czy bliższych i dalszych przyjaciół. Pisał już o tym Kapuściński i również się dziwił gdyż dla nas współczesnych europejczyków takie dzielenie się każdym sowim zmartwieniem z całą okolicą wydaje się co najmniej dziwne. U nas w dalszym ciągu wyznaje się zasadę, zastaw się a postaw się. Tym czasem tutaj gdy przychodzi co do czego organizuje się właśnie tak zwane harambee, w jakim miałem dziś przyjemność uczestniczyć. Polega to z grubsza na tym, że gdy stajemy przed jakimś problemem finansowym, przekraczającym nasze możliwości, jak na przykład nagła śmierć kogoś w rodzinie, pogrzeb, ciężka choroba, narodziny dziecka polegamy na wsparciu rodziny. Powodów do harambee może być wiele, dzisiejsze miało posłużyć zebraniu środków na podjęcie studiów przez Eryka, syna Petera. Chłopak chce studiować ekonomię, a to w Kenii dużo kosztuje. Dla przykładu studia kosztują około 150 000 Kenijskich Shilingów, co w przybliżeniu jest równowartością  6000 PLN, więc nie mało. A dla kogoś kto miesięcznie na subukijskiej wsi otrzymuję dobrą pensję w wysokości 8 000, 320zł to nawet bardzo dużo. No i stąd właśnie tak bardzo popularne jest na Kenijskich wsiach harambee. No bo jak tu uzbierać tak astronomiczne sumy bez pomocy rodziny. Więc organizuje się poczęstunek, zaprasza wszystkich, na ogół najbliższych sąsiadów, krewnych mieszkających w okolicy i przyjaciół. Oczywiście należy ich wcześniej poinformować jaki jest cel zaproszenia(żeby nie przyszli z pustymi rękoma), ale żeby nie mówić słuchaj córka będzie miała dziecko potrzebuję trochę grosza, albo słuchaj babci się zeszło sciepa na jesionkę, to nazywa się to właśnie harambee.
Dziś na trawiastej łączce przy domu Petera ustawiono sporych rozmiarów pawilon-namiot, w żółtozielone pasy. W jego wnętrzu ustawiono równo rzędy plastikowych krzesełek, wypożyczony na wiosce sprzęt grający wraz z obsługującym go eloktryko-specem od nagłośnienia, za pewne również właścicielem sprzętu. Był mistrz ceremonii obsługujący mikrofon za pomocą którego można była przez stary głośnik charczeć na gości. Za domem Petera jego żona wraz z innymi kobietami uwijały się przy kuchni szykując poczęstunek. Poczęstunek to w zasadzie nie właściwe słowo. Kenijczycy są niezwykle rodzinni i towarzyscy, uwielbiają tego typu okazje do spotkań, pogrzeby, śluby, chrzciny, komunie. Są one zawsze okazją do wielu przemówień przez co niebywale wydłużają się one w czasie. Oficjalna cześć pogrzebu potrafi trwać pięć godzin, nim wszyscy się wreszcie oficjalnie i na forum reszty pożegnają ze zmarłym. Dlatego zaproszenie na taką okazje jest równoznacznie z solidnym posiłkiem. Bez tego nikt by nie przybył bo przecież by zgłodniał przed końcem i nie miał potem siły przemawiać. Wiec tak, kobiety za domem gotowały w wielkich garnkach mukimo (tłuczone ziemniaki z suszoną i kruszoną pokrzywą i nasionami strączkowców) i herbatę z mlekiem. Nieco na uboczu siedzieli starsi mężczyźni, wazee, dyskutują spokojnie na poważne tematy. Nowo przybyli witali się z tymi już obecnymi.
Gdy zbiera się większy tłumek i zajmuje miejsca na krzesłach pod namiotem, rozpoczyna się uroczystość. Otwiera ją odśpiewanie przez zgromadzonych kilku kościelnych, znanych wszystkim pieśni oraz seria modlitw i czytań z książeczki do nabożeństwa. Pośród muzyki i rozmów ma miejsce poczęstunek, każdy zostaje obdarowany szczodrą porcją obiadową, choć same potrawy nie są wyszukane jest ich na tyle dużo by każdy najadł się do syta. Po jedzeniu i herbacie przychodzi czas na właściwą cześć, tą w której kierujący całym bałaganem człowiek z mikrofonem prosi po kolei gości by powiedzieli kilka słów, każda taka przemowa kończy się uiszczeniem datku na ręce "skarbnika".
Uiszczanie datków.
Niektórzy mówią dużo inni najwidoczniej słabiej przygotowani mało, jeszcze inni nie są proszeni wcale. Peter uprzedza mnie gdy jem że również będę poproszony o zabranie głosu, przez czas jakiś próbuje się z tego wykręcić, niestety nieskutecznie. Poza namiotem pod którym siedzimy teraz stłoczeni szalej ulewa, powrót póki co nie wchodzi w grę. Dla jasności, nie miałem wielkiej ochoty uczestniczyć w tym wydarzeniu, czułem się jednak w pewien sposób zobowiązany zaproszenie, planowałem jednak wślizgnąć się jakoś i pośród tłumu gości zwyczajnie wręczyć Peterowi mój skromny datek, nie udało się. Gdy więc zostaję wywołany występuje przed publiką na którą składają się krewni, znajomi i sąsiedzi Petera. Wszyscy są odświętnie ubrani, niektórzy panowie przyszli w pełnych garniturach panie w barwnych kangach i kitengach. Pośród całego tego zamieszania szaleją rozbrykane dzieciaki, istna zgraja. Na początku zaznaczam że chyba będę jedyną osobą wypowiadającą się po angielsku i wywołuję tym ogólną wesołość. Potem dziękuję za zaproszenie, gratuluję młodemu Erykowi i paple coś o edukacji, rozwoju młodzieży i przyszłości narodu. Potem grzecznie dziękuję, podaję mistrzowi ceremonii zamkniętą kopertę i wracam grzecznie z powrotem na swoje miejsce.
I mimo tego że jest miło i sympatycznie a przemowy trwają w najlepsze, stwierdzam ze spełniłem już swój patriotyczny obowiązek i powoli zaczynam kombinować jak by się tutaj ulotnić, tym bardziej że przestało padać. No i tu nagle następuje jakiś zagadkowy przełom i chyba najbardziej mroczny element całej ceremonii. Bo jedna przemowa dobiega końca, następnie ktoś zostaje wezwany ale zapada długa cisza i nic. Mówca się nie objawia, mistrz ceremonii znów coś tam powtarza (przez cały czas nic nie rozumiem, wszystko mówione jest w swahili), ale dopiero po chwili następuje jakiś poruszenie. Zupełnie z poza namiotu zjawia się jakaś niesamowicie wymizerniała wręcz staruszka. Jest tak zgarbiona że nosem niemal dotyka ziemi, wspiera się na kosturku i targają nią takie drgawki że ledwie się porusza, cała razem z głową nakryta jest kolorowymi materiałami. Potem zaczyna przemawiać z trudem utrzymując mikrofon a ludzie w koło zaczynają pękać ze śmiechu. Zupełnie nie wiem co się dzieje. Po chwili dopiero wyjaśnia się że jestem świadkiem czegoś w rodzaju stand upu, staruszka nie jest aż tak stara a przebrana za nią kobieta zwyczajnie wyśmienicie udaje nieco jedynie przekoloryzowując. Nagle pośród ogólnej wesołości, rozlega się głośna muzyka a do "staruszki" przyłączają się inne kobiety i zaczynają tańczyć.
video






Na "parkiet" zaraz zostaje zaciągnięty przez kobiety młody Eryk oraz przelotnie pojawiają się tam pozostali z przemawiających do tej pory mężczyźni. Gdy szalony występ "staruszki" ma się ku końcowi dziękuję jeszcze raz Peterowi tym razem już nie na forum rodziny i zaczynam się zbierać. Postanawiamy jednak zrobić sobie jeszcze wspólne zdjęcie nim sobie pójdę.
Peter i ja.
W konsekwencji czego spędzam tam kolejne 45 minut robiąc masowo rodzinne, grupowe, indywidualne fotografie wszystkim z pośród gości. Przez krótką chwilę staję się główną atrakcją przyćmiewając nawet szalejącą nadal "staruszkę". Niemal każdy z gości chce żebym zrobił mu zdjęcie z Erykiem lub innym członkiem rodziny Petera. Trwa to więc dłuższą chwile.
Peter wraz z całą rodziną.
O dziwo niektórzy z gości przychodzą i proszą by zrobić sobie zdjęcie również ze mną.
Eryk wraz z mamo i ja.
Mój pobyt na ceremonii kończy zwyczajowa wymiana uprzejmości oraz pożegnań.


Peterowi pozostaję bardzo wdzięczny za zaproszenie.           

4 komentarze:

  1. takie teksty czyta się z zainteresowaniem, lekkie pióro i niebanalna historia,czekam na następne..

    OdpowiedzUsuń
  2. Autoreklama na Facebook'u robi robotę. Wciąż nie mogę wyjść z szoku (i podziwu), co Ty robisz na Czarnym Lądzie. Przeczytałam tylko dwa posty - najnowszy i pierwszy z 2014r., ale postaram się nadrobić zaległości i dowiedzieć się na czym polega Wasz "projekt". Tymczasem życzę powodzenia, liczę na sporą dawkę zdjęć i polecam nieco zwiększyć rozmiar czcionki (a może nawet ją zmienić?), ponieważ trochę niewygodnie się czyta. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nikt nie nagrał Twojego przemówienia? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, a może stety, bo nie zawarłem w nim nic odkrywczego, ale jakoś poszło.

      Usuń