Zaraz po moim przybyciu
do Subukia, spotkałem ponownie Petera. Jest to facet w średnim wieku, na oko
między 40-50 lat, wysoki, szczupły, nieodzownie noszący w czapkę z daszkiem,
koniecznie fullcapa, mieszka nieopodal
sanktuarium.
Poznałem go w zeszłym roku gdy wraz z Kasią mieliśmy okazję gościć
w jego domu. To u niego jedliśmy słynną kukurydzę wspomnianą już przeze mnie w
poście Here day. Gdy spotkaliśmy się po tych wszystkich miesiącach przy
pierwszej okazji zaprosił mnie do siebie. Początkowo się zgodziłem nie wiedząc
jeszcze co się święci. Szybko okazała się że Peter nie pracuje, jego żona też a
najstarszy syn właśnie skończył liceum i pora było by posłać go na studia.
Rozmowa bardzo szybko przemieniła się w monolog podczas którego dowiedziałem
się jak kiepska jest sytuacja rodziny. Pobyt w Afryce przyzwyczaił mnie do
takich sytuacji i nieco na nie uodpornił, jednak zwyczajnie tego nie lubię. Wydaje
mi się to obopólnym marnowaniem czasu gdyż ja wiem że nie jestem w stanie pomóc tak jak by sobie tego życzyła
druga osoba lub wcale nie mam zamiaru pomagać, mimo to bezsensownie brniemy w
to dalej. Wówczas udał mi się jakoś grzecznie wykręcić od wizyty w domu Petera
i dalszego słuchania o braku funduszy na studia jego syna. Przy okazji jednak
kolejnego przelotnego spotkania zostałem zaproszony na mające się odbyć 22 sierpnia,
to jest dzisiaj harambee. A to już zupełnie inna sprawa.
Kenijskie społeczeństwo
jest niezwykle przywiązane do swojej wiekowej tradycji wspólnoty. Wywodzi się
to jeszcze z czasów gdy siedzieli oni w swoich maniatach pośród traw sawanny i rzadko
wyściubiali nos poza boa (kolczasty płot mający chronić osadę przed
drapieżnikami) wioski. Wszystko co się działo dotyczyło wspólnoty, rodzinnej,
wioskowej, klanowej, szczepowej, plemiennej. Drabina ta jest dość długa i
złożona jednak od wielu wieków pozostaje w zasadzie niezmienna, w szczególności
na prowincji gdzie ludzie zwyczajnie są sobie bliżsi, zupełnie jak przed
wynalezieniem prochu. Każda zatem sprawa dotykająca jednej osoby, pośrednio dotyka
również jego otoczenia i wspólnoty w której się obraca, im poważniejsza sprawa
tym szersze zatacza koło, angażując większą ilość jej członków. Drugim powodem dla
którego zjawisko takie zachowało się i wciąż funkcjonuje, jest ubóstwo. Które
jak się zastanowić w Afryce jest chyba początki i końcem wszystkiego.
Mianowice, łatwiej sobie poradzić jak ma się do pomocy rodzinę czy bliższych i
dalszych przyjaciół. Pisał już o tym Kapuściński i również się dziwił gdyż dla
nas współczesnych europejczyków takie dzielenie się każdym sowim zmartwieniem z
całą okolicą wydaje się co najmniej dziwne. U nas w dalszym ciągu wyznaje się zasadę,
zastaw się a postaw się. Tym czasem tutaj gdy przychodzi co do czego organizuje
się właśnie tak zwane harambee, w jakim miałem dziś przyjemność uczestniczyć. Polega
to z grubsza na tym, że gdy stajemy przed jakimś problemem finansowym, przekraczającym
nasze możliwości, jak na przykład nagła śmierć kogoś w rodzinie, pogrzeb, ciężka
choroba, narodziny dziecka polegamy na wsparciu rodziny. Powodów do harambee
może być wiele, dzisiejsze miało posłużyć zebraniu środków na podjęcie studiów
przez Eryka, syna Petera. Chłopak chce studiować ekonomię, a to w Kenii dużo
kosztuje. Dla przykładu studia kosztują około 150 000 Kenijskich Shilingów, co
w przybliżeniu jest równowartością 6000
PLN, więc nie mało. A dla kogoś kto miesięcznie na subukijskiej wsi otrzymuję
dobrą pensję w wysokości 8 000, 320zł to nawet bardzo dużo. No i stąd właśnie
tak bardzo popularne jest na Kenijskich wsiach harambee. No bo jak tu uzbierać
tak astronomiczne sumy bez pomocy rodziny. Więc organizuje się poczęstunek,
zaprasza wszystkich, na ogół najbliższych sąsiadów, krewnych mieszkających w
okolicy i przyjaciół. Oczywiście należy ich wcześniej poinformować jaki jest
cel zaproszenia(żeby nie przyszli z pustymi rękoma), ale żeby nie mówić słuchaj
córka będzie miała dziecko potrzebuję trochę grosza, albo słuchaj babci się
zeszło sciepa na jesionkę, to nazywa się to właśnie harambee.
Dziś na trawiastej
łączce przy domu Petera ustawiono sporych rozmiarów pawilon-namiot, w żółtozielone
pasy. W jego wnętrzu ustawiono równo rzędy plastikowych krzesełek, wypożyczony
na wiosce sprzęt grający wraz z obsługującym go eloktryko-specem od
nagłośnienia, za pewne również właścicielem sprzętu. Był mistrz ceremonii
obsługujący mikrofon za pomocą którego można była przez stary głośnik charczeć
na gości. Za domem Petera jego żona wraz z innymi kobietami uwijały się przy
kuchni szykując poczęstunek. Poczęstunek to w zasadzie nie właściwe słowo.
Kenijczycy są niezwykle rodzinni i towarzyscy, uwielbiają tego typu okazje do
spotkań, pogrzeby, śluby, chrzciny, komunie. Są one zawsze okazją do wielu
przemówień przez co niebywale wydłużają się one w czasie. Oficjalna cześć
pogrzebu potrafi trwać pięć godzin, nim wszyscy się wreszcie oficjalnie i na
forum reszty pożegnają ze zmarłym. Dlatego zaproszenie na taką okazje jest
równoznacznie z solidnym posiłkiem. Bez tego nikt by nie przybył bo przecież by
zgłodniał przed końcem i nie miał potem siły przemawiać. Wiec tak, kobiety za
domem gotowały w wielkich garnkach mukimo (tłuczone ziemniaki z suszoną i kruszoną
pokrzywą i nasionami strączkowców) i herbatę z mlekiem. Nieco na uboczu
siedzieli starsi mężczyźni, wazee, dyskutują spokojnie na poważne tematy. Nowo
przybyli witali się z tymi już obecnymi.
Gdy zbiera się większy
tłumek i zajmuje miejsca na krzesłach pod namiotem, rozpoczyna się uroczystość.
Otwiera ją odśpiewanie przez zgromadzonych kilku kościelnych, znanych wszystkim
pieśni oraz seria modlitw i czytań z książeczki do nabożeństwa. Pośród muzyki i
rozmów ma miejsce poczęstunek, każdy zostaje obdarowany szczodrą porcją
obiadową, choć same potrawy nie są wyszukane jest ich na tyle dużo by każdy
najadł się do syta. Po jedzeniu i herbacie przychodzi czas na właściwą cześć,
tą w której kierujący całym bałaganem człowiek z mikrofonem prosi po kolei
gości by powiedzieli kilka słów, każda taka przemowa kończy się uiszczeniem
datku na ręce "skarbnika".
Niektórzy mówią dużo inni najwidoczniej
słabiej przygotowani mało, jeszcze inni nie są proszeni wcale. Peter uprzedza
mnie gdy jem że również będę poproszony o zabranie głosu, przez czas jakiś
próbuje się z tego wykręcić, niestety nieskutecznie. Poza namiotem pod którym
siedzimy teraz stłoczeni szalej ulewa, powrót póki co nie wchodzi w grę. Dla
jasności, nie miałem wielkiej ochoty uczestniczyć w tym wydarzeniu, czułem się
jednak w pewien sposób zobowiązany zaproszeniem, planowałem jednak wślizgnąć się
jakoś i pośród tłumu gości zwyczajnie wręczyć Peterowi mój skromny datek, nie
udało się. Gdy więc zostaję wywołany występuje przed publiką na którą składają
się krewni, znajomi i sąsiedzi Petera. Wszyscy są odświętnie ubrani, niektórzy
panowie przyszli w pełnych garniturach panie w barwnych kangach i kitengach.
Pośród całego tego zamieszania szaleją rozbrykane dzieciaki, istna zgraja. Na
początku zaznaczam że chyba będę jedyną osobą wypowiadającą się po angielsku i
wywołuję tym ogólną wesołość. Potem dziękuję za zaproszenie, gratuluję młodemu
Erykowi i paple coś o edukacji, rozwoju młodzieży i przyszłości narodu. Potem
grzecznie dziękuję, podaję mistrzowi ceremonii zamkniętą kopertę i wracam
grzecznie z powrotem na swoje miejsce.
![]() |
| Uiszczanie datków. |
I mimo tego że jest miło i sympatycznie
a przemowy trwają w najlepsze, stwierdzam ze spełniłem już swój patriotyczny
obowiązek i powoli zaczynam kombinować jak by się tutaj ulotnić, tym bardziej
że przestało padać. No i tu nagle następuje jakiś zagadkowy przełom i chyba
najbardziej mroczny element całej ceremonii. Bo jedna przemowa dobiega końca,
następnie ktoś zostaje wezwany ale zapada długa cisza i nic. Mówca się nie
objawia, mistrz ceremonii znów coś tam powtarza (przez cały czas nic nie
rozumiem, wszystko mówione jest w swahili), ale dopiero po chwili następuje
jakiś poruszenie. Zupełnie z poza namiotu zjawia się jakaś niesamowicie wymizerniała
wręcz staruszka. Jest tak zgarbiona że nosem niemal dotyka ziemi, wspiera się
na kosturku i targają nią takie drgawki że ledwie się porusza, cała razem z
głową nakryta jest kolorowymi materiałami. Potem zaczyna przemawiać z trudem
utrzymując mikrofon a ludzie w koło zaczynają pękać ze śmiechu. Zupełnie nie
wiem co się dzieje. Po chwili dopiero wyjaśnia się że jestem świadkiem czegoś w
rodzaju stand upu, staruszka nie jest aż tak stara a przebrana za nią kobieta
zwyczajnie wyśmienicie udaje nieco jedynie przekoloryzowując. Nagle pośród
ogólnej wesołości, rozlega się głośna muzyka a do "staruszki"
przyłączają się inne kobiety i zaczynają tańczyć.
Na "parkiet" zaraz
zostaje zaciągnięty przez kobiety młody Eryk oraz przelotnie pojawiają się tam
pozostali z przemawiających do tej pory mężczyźni. Gdy szalony występ "staruszki"
ma się ku końcowi dziękuję jeszcze raz Peterowi tym razem już nie na forum
rodziny i zaczynam się zbierać. Postanawiamy jednak zrobić sobie jeszcze
wspólne zdjęcie nim sobie pójdę.
![]() |
| Peter i ja. |
W konsekwencji czego spędzam tam kolejne 45
minut robiąc masowo rodzinne, grupowe, indywidualne fotografie wszystkim z
pośród gości. Przez krótką chwilę staję się główną atrakcją przyćmiewając nawet
szalejącą nadal "staruszkę". Niemal każdy z gości chce żebym zrobił
mu zdjęcie z Erykiem lub innym członkiem rodziny Petera. Trwa to więc dłuższą
chwile.
![]() |
| Peter wraz z całą rodziną. |
![]() |
| Eryk wraz z mamą i ja. |
Peterowi pozostaję
bardzo wdzięczny za zaproszenie.









takie teksty czyta się z zainteresowaniem, lekkie pióro i niebanalna historia,czekam na następne..
OdpowiedzUsuńAutoreklama na Facebook'u robi robotę. Wciąż nie mogę wyjść z szoku (i podziwu), co Ty robisz na Czarnym Lądzie. Przeczytałam tylko dwa posty - najnowszy i pierwszy z 2014r., ale postaram się nadrobić zaległości i dowiedzieć się na czym polega Wasz "projekt". Tymczasem życzę powodzenia, liczę na sporą dawkę zdjęć i polecam nieco zwiększyć rozmiar czcionki (a może nawet ją zmienić?), ponieważ trochę niewygodnie się czyta. Pozdrawiam! :)
OdpowiedzUsuńNikt nie nagrał Twojego przemówienia? :D
OdpowiedzUsuńNo niestety, a może stety, bo nie zawarłem w nim nic odkrywczego, ale jakoś poszło.
Usuń