poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Back on Kenyan soil.

Po ponad półrocznej przerwie, znów jestem na Czarnym Lądzie i chyba przyszedł czas by coś napisać. Jest to pierwszy wpis od bardzo dawna, a niesiony przez niego bagaż informacji ogranicza się raczej do kilku niezbyt wyszukanych przemyśleń i refleksji na temat samej podróży.
 Jeszcze przedwczoraj w Polsce, dziś już w Nairobi - stolicy Kenii. Udogodnienia komunikacyjne, które za sprawą postępu stały się naszym udziałem, są nieco przerażające. Nie boję się podróżować, lubię to, jak wszyscy, bo przecież jest to tak popularne, a ogół nie może się przecież mylić. W każdym niemal CV w kategorii „pasje i hobby” można dziś znaleźć "podróże". Wszyscy dziś podróżują, jest to przecież takie proste, wygodne i coraz tańsze. Więc czemu nie? Mimo wszystko pozostaje gdzieś tłumione uczucie szoku, gdy w ciągu paru godzin zmieniamy strefy czasowe czy kontynenty. Ja osobiście odczułem to wczoraj.
Przed wyjazdem z Polski odczuwałem jeszcze jakieś, swojego rodzaju, poczucie stresu "przedpodróżowego". Czy aby na pewno wszystko zabrałem? Czy nie zapomniałem o niczym ważnym? Paszport, książeczka szczepień, pieniądze na wizę? A potem, gdy już minie się pierwsze bramki, bagaż nadany i nic więcej nie da się zrobić, przejął nade mną kontrolę automat. Wejdź na pokład, znajdź swoje miejsce, zdrzemnij się, wysiądź, znajdź właściwą bramkę i tak dalej - aż do Nairobi.
Moim zdaniem, jedynym ciekawym elementem samolotowych podróży – zakładając, że nasz samolot nie ulegnie awarii, nie rozbije się na jakiejś rajskiej wyspie, gdzie przez następne kilka miesięcy, wraz resztą ocalałych pasażerów próbujemy stworzyć złożoną społeczność by odkryć zagadkę stojącą za całą katastrofą i ustalić kto wzniósł tajemnicze kompleksy na wyspie i do czego one służą - to jednak wydaje mi się, że najciekawsze są międzylądowania. Mamy wówczas na ogół kilkadziesiąt minut na przemieszczenie się z jednego końca nieznanego nam lotniska, na drugi jego koniec. Jest to sprawdzian naszej znajomości alfabetu, rozpoznawania cyferek, odczytywania prostych znaków takich jak strzałki oraz test wydolności naszego organizmu. W zasadzie taki bieg na orientację z bagażem, niby nic wielkiego, ale można się zgubić. Najfajniejsza jest jednak możliwość bezkarnego gapienia się na innych. Na lotnisku mamy niepowtarzalną możliwość pogapienia się na ludzi i pozgadywania: kim są, skąd przyjechali, jakiej są narodowości, czy przyjechali z wakacji, a może dopiero wyjeżdżają, czy może to podróż służbowa. Kiedy widzimy gościa w czapce i kurtce w komforcie do minus trzydziestu stopni, to opcję, że właśnie wraca z safari możemy raczej wykreślić. Innym znów razem ktoś w stroju wprost z tej wspomnianej wcześniej tropikalnej wyspy - kapelusz, kwiecista koszula, czerwona opalenizna i plażowe klapki. Azjata w garniturze z aktówką i słuchawką w uchu. Rodzina w koszulkach, z którejś spośród europejskich stolic. Para w beżowych strojach. Gdyby założyć im korkowe kaski, od razu mogliby grać w „Pożegnaniu z Afryką 2”. To znów KC (Kenyan Cowboy) wracający z wakacji do domu. Grupa młodych chłopców wraz z opiekunem, niewątpliwe kijska reprezentacja wracająca z jakichś zawodów. I tak dalej i tak dalej. Wymieniać można by niemal bez końca, im więcej ma się czasu, tym zabawa staje się ciekawsza, zwłaszcza jak ma się kogoś, z kim można podzielić się spostrzeżeniami.          
A potem chwila moment i po wszystkim, raptem parę godzin w samolocie i znów stały ląd pod nogami. South C wita mnie deszczem i temperaturami oscylującymi w okolicach 12-14 stopni, ciekawa odmiana po trzydziestostopniowych upałach, jakie nawiedzały Wrocław przed moim wyjazdem. Kenijska zima w pełnej krasie. W przyszłym tygodniu czeka mnie podróż do Subukia, tam ponoć pogoda jest bardziej słoneczna.

Gdy poprzednim razem przyjechałem, w całym kraju wrzało z powodu zagrożenia atakami terrorystycznymi w odpowiedzi na deportacyjną obławę, skierowaną przeciwko Somalijczykom i Sudańczykom. Tym razem cisza i spokój, nikt ostatnio do nikogo nie strzela ani się nie wysadza, cały kraj żyje jeszcze minioną wizytą ich "rodaka" - prezydenta Baracka Obamy. Kenia długo czekała na te odwiedziny - gdy tylko wygrał on wybory prezydenckie, Kenijczycy liczyli, że staną się 51 stanem albo przynajmniej ukochany rodak zniesie im wizy do Stanów. Wszyscy na lotnisko i ostatni gasi światło. Drugą informacją z pierwszych stron gazet jest wzmianka o tym, że od USA właśnie, kenijskie wojsko dostało nową broń do walki z Al -Shababem. Sądząc po zdjęciu znad artykułu (przedstawiającym kilku dzielnych kenijskich żołnierzy wyskakujących z ciężarówki z nowymi giwerami), to jest to raczej jednorazowy upominek. Nie zapowiada się by ten gest dobrej woli miał doprowadzić do reformy zbrojeniowej w kenijskiej armii, a plastikowe amerykańskie zabawki raczej nie wyprą z dnia na dzień, służącego wiernie kenijskim żołnierzom od dziesiątek lat, brytyjskiego sprzętu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz