Po ponad półrocznej
przerwie, znów jestem na Czarnym Lądzie i chyba przyszedł czas by coś napisać.
Jest to pierwszy wpis od bardzo dawna, a niesiony przez niego bagaż informacji
ogranicza się raczej do kilku niezbyt wyszukanych przemyśleń i refleksji na
temat samej podróży.
Jeszcze przedwczoraj w Polsce, dziś już w
Nairobi - stolicy Kenii. Udogodnienia komunikacyjne, które za sprawą postępu
stały się naszym udziałem, są nieco przerażające. Nie boję się podróżować,
lubię to, jak wszyscy, bo przecież jest to tak popularne, a ogół nie może się
przecież mylić. W każdym niemal CV w kategorii „pasje i hobby” można dziś
znaleźć "podróże". Wszyscy dziś podróżują, jest to przecież takie
proste, wygodne i coraz tańsze. Więc czemu nie? Mimo wszystko pozostaje gdzieś
tłumione uczucie szoku, gdy w ciągu paru godzin zmieniamy strefy czasowe czy
kontynenty. Ja osobiście odczułem to wczoraj.
Przed wyjazdem z Polski
odczuwałem jeszcze jakieś, swojego rodzaju, poczucie stresu
"przedpodróżowego". Czy aby na pewno wszystko zabrałem? Czy nie
zapomniałem o niczym ważnym? Paszport, książeczka szczepień, pieniądze na wizę?
A potem, gdy już minie się pierwsze bramki, bagaż nadany i nic więcej nie da
się zrobić, przejął nade mną kontrolę automat. Wejdź na pokład, znajdź swoje
miejsce, zdrzemnij się, wysiądź, znajdź właściwą bramkę i tak dalej - aż do
Nairobi.
Moim zdaniem, jedynym
ciekawym elementem samolotowych podróży – zakładając, że nasz samolot nie
ulegnie awarii, nie rozbije się na jakiejś rajskiej wyspie, gdzie przez
następne kilka miesięcy, wraz resztą ocalałych pasażerów próbujemy stworzyć
złożoną społeczność by odkryć zagadkę stojącą za całą katastrofą i ustalić kto wzniósł
tajemnicze kompleksy na wyspie i do czego one służą - to jednak wydaje mi się,
że najciekawsze są międzylądowania. Mamy wówczas na ogół kilkadziesiąt minut na
przemieszczenie się z jednego końca nieznanego nam lotniska, na drugi jego
koniec. Jest to sprawdzian naszej znajomości alfabetu, rozpoznawania cyferek, odczytywania
prostych znaków takich jak strzałki oraz test wydolności naszego organizmu. W
zasadzie taki bieg na orientację z bagażem, niby nic wielkiego, ale można się
zgubić. Najfajniejsza jest jednak możliwość bezkarnego gapienia się na innych.
Na lotnisku mamy niepowtarzalną możliwość pogapienia się na ludzi i
pozgadywania: kim są, skąd przyjechali, jakiej są narodowości, czy przyjechali
z wakacji, a może dopiero wyjeżdżają, czy może to podróż służbowa. Kiedy
widzimy gościa w czapce i kurtce w komforcie do minus trzydziestu stopni, to
opcję, że właśnie wraca z safari możemy raczej wykreślić. Innym znów razem ktoś
w stroju wprost z tej wspomnianej wcześniej tropikalnej wyspy - kapelusz,
kwiecista koszula, czerwona opalenizna i plażowe klapki. Azjata w garniturze z
aktówką i słuchawką w uchu. Rodzina w koszulkach, z którejś spośród
europejskich stolic. Para w beżowych strojach. Gdyby założyć im korkowe kaski,
od razu mogliby grać w „Pożegnaniu z Afryką 2”. To znów KC (Kenyan Cowboy)
wracający z wakacji do domu. Grupa młodych chłopców wraz z opiekunem,
niewątpliwe kenijska reprezentacja wracająca z jakichś zawodów. I tak dalej i tak
dalej. Wymieniać można by niemal bez końca, im więcej ma się czasu, tym zabawa
staje się ciekawsza, zwłaszcza jak ma się kogoś, z kim można podzielić się
spostrzeżeniami.
A potem chwila moment i
po wszystkim, raptem parę godzin w samolocie i znów stały ląd pod nogami. South
C wita mnie deszczem i temperaturami oscylującymi w okolicach 12-14 stopni, ciekawa
odmiana po trzydziestostopniowych upałach, jakie nawiedzały Wrocław przed moim
wyjazdem. Kenijska zima w pełnej krasie. W przyszłym tygodniu czeka mnie podróż
do Subukia, tam ponoć pogoda jest bardziej słoneczna.
Gdy poprzednim razem
przyjechałem, w całym kraju wrzało z powodu zagrożenia atakami terrorystycznymi
w odpowiedzi na deportacyjną obławę, skierowaną przeciwko Somalijczykom i
Sudańczykom. Tym razem cisza i spokój, nikt ostatnio do nikogo nie strzela ani
się nie wysadza, cały kraj żyje jeszcze minioną wizytą ich "rodaka" -
prezydenta Baracka Obamy. Kenia długo czekała na te odwiedziny - gdy tylko
wygrał on wybory prezydenckie, Kenijczycy liczyli, że staną się 51 stanem albo
przynajmniej ukochany rodak zniesie im wizy do Stanów. Wszyscy na lotnisko i
ostatni gasi światło. Drugą informacją z pierwszych stron gazet jest wzmianka o
tym, że od USA właśnie, kenijskie wojsko dostało nową broń do walki z Al -Shababem.
Sądząc po zdjęciu znad artykułu (przedstawiającym kilku dzielnych kenijskich żołnierzy
wyskakujących z ciężarówki z nowymi giwerami), to jest to raczej jednorazowy
upominek. Nie zapowiada się by ten gest dobrej woli miał doprowadzić do reformy
zbrojeniowej w kenijskiej armii, a plastikowe amerykańskie zabawki raczej nie
wyprą z dnia na dzień, służącego wiernie kenijskim żołnierzom od dziesiątek lat,
brytyjskiego sprzętu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz