Pisałem i publikowałem na tym blogu już różne rzeczy. Opisywałem co
ostatnio porabiałem, rozwodziłem się nad "nurtującymi" mnie tematami,
zamieszczałem sprawozdania z moich, wspólnych niekiedy z Kasią eskapad czy
wycieczek. Tak na prawdę po trochę wszystkiego i niczego. Może niekiedy
wspomniałem o tym co w Kenii robiłem wcześniej i jak to było jeszcze w czasach
kenijsko-szkolnych gdy siedzieliśmy tutaj całą rodziną przez kilka ładnych lat,
ale może zwyczajnie nie było potrzeby albo kontekstu. Tym czasem dziś mam coś
właśnie takiego, z zamierzchłej przeszłości, tym którzy znają mnie na co dzień
historia ta znana je na lewą stronę bo opowiadałem ją masę razy. Otóż dziś
postaram, się możliwie wiernie opisać historię tego jak zdobyłem-zrobiłem prawo
jazdy.
Dlaczego teraz? Tak się złożyła że pewien dobry znajomy podesłał mi do
wglądu swoje zapiski, ciekawa rzecz muszę przyznać, głównie dotyczą Afryki i
Jego w niej pobytu. Historie i wspomnienia, niektóre słyszałem już wcześniej,
innych byłem świadkiem, i pośród tych notatek natrafiłem na wzmiankę o tym jak
On sam zdobywał w Kenii prawo jazdy. I tak mnie nagle naszło. Nie dalej jak
kilka miesięcy temu, gdy przy okazji gali wręczenia nagród imienia Ryszarda
Kapuścińskiego w Warszawie. Siedziałem wspólnie ze znajomymi w hostelowym
pokoju i stawałem na nogi po nocnym pijaństwie, też zdarzyło mi się opowiadać
historię moje zdanego w Kenii prawa jazdy. Dla mnie historyjka zupełnie
zwyczajna, nic w sumie niezwykłego, a wszyscy śmiali się do przysłowiowego
rozpuku, Kamil stwierdził wówczas, że powinienem to opisać. Tak więc poprzez
zbieżność przypadków niniejszym opisuje.
Gdy opuszczałem Polskę przed laty by rozpocząć dalszą edukację w Kenii nie
byłem jeszcze pełnoletni, tym samym nie było kiedy, ani jak wziąć się za
zdawanie egzaminu na prawo jazdy w Polsce. Przez kolejne lata w Kenii szkoło
and the other stuff, zajmowały mi tyle czasu że też dość długo o tym nie
myślałem. Dopiero na jakiś rok przed powrotem do kraju, gdy miałem już nieco
więcej czasu postanowiłem że, najwyższa pora zdobyć to upragnione prawko.
Mój Ojciec, nigdy nie pozwalał mi prowadzić samochodu, przez co wiecznie
zazdrościłem kolegą, którzy nie sięgając jeszcze do pedałów kierowali
samochodem z kolan własnych tatusiów. Dał mi też jasno do zrozumienie, że nie
będę prowadził jego auta do póki, nie zdam jak należy egzaminu, w efekcie nie
miałem w tej materii żadnego doświadczenia, a jazda samochodem na honorowym
miejscu kierowcy wydawało mi się być zupełną magią. Tak wiec gdy przyszło do
zapisywania mnie na kurs w jednej z poleconych przez znajomych szkół, od razu
zdecydowałem się na największą możliwą ilość godzin w pakiecie. Nie pamiętam
dokładnie pozostałych pakietów, ale szło to mniej więcej tak 7, 14 i 21. Po średnio
godzinie zajęć dziennie, w ciągu mniej więcej trzech tygodni miałem być gotów by
stanąć do egzaminu. Egzamin na prawo jazdy odbywał się raz w miesiącu, brali w
nim udział wszyscy kandydaci którzy otrzymali zaświadczenie ze swojej szkoły,
gdziekolwiek pobierali nauki, że "wyjeździli" pod okiem instruktora, opłaconą liczbę godzin zawartą w pakiecie i że generalnie coś tam wiedzą i do
egzaminu mogą podejść.
Po zakupie świeżutkiego pakietu, posadzili mnie pod wiatą, na podwórku
gdzie odbywały się lekcje teoretyczne. Tradycyjnie byłem jedynym białym, kilku hinduskich małolatów i kilka kobiet które spokojnie mogły by być ich mamami,
za pewne ich mężom znudziło się wieczne wożenie ich wszędzie wiec niech se
kobieta zrobi już to prawo jazdy, a co mi tam. No i zaczęła się moja pierwsza
lekcja teoretyczna. Instruktor stał ze wskaźnikiem przy tablicy z namalowanymi
znakami i objaśniał po kolei co który z nich oznaczał. Potem typował kogoś i
podawał znacznik i wtedy klepało się z pamięci wszystkie znaki po kolei. W zasadzie było to jedno z trzech ćwiczeń jaki tam wykonywaliśmy. Drugie polegało
na tym że na pytanie, teren zabudowany lub droga szybkiego ruchu i takie tam,
udzielało się odpowiedzi z jaką prędkością należy się poruszać a jakiej nie
przekraczać. Ostatnie ćwiczenie, pośród moich znajomych, którzy o tym słyszeli
wywoływało największą wesołość, zupełnie nie wiem dlaczego. Na dużym blacie
stołu znajdowało się coś przypominającego prymitywną makietę miasta a troszkę
dywany kupowane dla dzieci, te z wzorem dróg i ulic. Na makiecie znajdowało się
rondo, kilka skrzyżowań, a gdzieniegdzie namalowano miniatury znaków
drogowych. Instruktor brał jeden z przygotowanych samochodzików, zwykle nie
większych od pudełka zapałek, i ustawiał w wybranym przez siebie miejscu na
planszy. Następnie brał pozostałe i również je rozstawiał. Auto odwrócone do
góry nogami oznaczało wypadek, który należało ominąć, stojące na skrzyżowaniu
czy rondzie samochodziki symbolizowały innych uczestników ruchu. Naszym
zadaniem było przeprowadzić nasz samochodzik do wskazanego przez instruktora miejsca
poruszając się zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Gdy dojeżdżało się do
kolizji należało ją wyminąć deklarując że używa się kierunkowskazów, na
skrzyżowaniach określić pierwszeństwo przejazdu i przesunąć pozostałych
"użytkowników ruchu", gdy docieraliśmy do namalowanych na planszy
pasów, zatrzymać samochodzik i ustąpić drogi wyimaginowanym pieszym. Nie wolno
było się zatrzymywać lub nadmiernie zwalniać więc gdy ktoś nie wiedział którędy dojechać we wskazane miejsce nie łamiąc żadnych przepisów to dopuszczalne było
pokręceni się chwile po rondzie podczas gdy wytyczało się nową trasę.
Instruktor rzadko pozwalał wybierać, ale sprawdzała się zasada że najszybciej
jeździły czerwone resorki a czarnym miniaturom batmobilem kierowało się
najprzyjemniej bo nie zdarte jeszcze kółka gładko dawały się prowadzić po
planszy.
Po niecałej godzinie zajęć teoretycznych przyszedł po mnie jeden z
instruktorów praktycznych i powiedział że od teraz będę jeździł z nim i to on
odwiezie mnie do domu żeby wiedzieć gdzie mnie nazajutrz odebrać. Jak
powiedział tak zrobił. Zjawił się po mnie następnego dnia o umówionej godzinie,
na podjeździe pokazał mi co i jak. Sprzęgło, hamulec, gaz, zmiana biegu,
wycieraczki, po tym krótkim wstępie zamieniliśmy się miejscami i kazał mi
zawieść się do szkoły.
Przed ukończeniem dwudziestojednogodzinnego kursu jeszcze raz wziąłem
udział w lekcji teoretycznej, tuż przed samym egzaminem. Pozostałe godziny
wyjeździłem po mieście. Nim jeszcze ukończyłem kurs i zapisałem się na egzamin,
mój instruktor zaproponował mi żebym dał mu w kopercie podpisanej moim imieniem
i nazwiskiem, dwa tysiące kenijskich shilingów, które on przekaże policjantom
którzy będą nas egzaminować tak, żeby już zawczasu wiedzieli kto zdał a kto nie.
Pieniędzy nie dąłem, nie żebym nie chciał zwyczajnie gdy je wreszcie
przyniosłem to było już za późno.
W dzień egzaminu kazano nam zebrać się w szkole bardzo wcześnie, jeszcze
przed świtem, a następnie przewieziono nas samochodami na których wcześniej
uczyliśmy się jeździć do większego punktu zbornego i tam nas zostawiono. Grupa
oczekujących rosła w miarę jak dołączali do nas również kursanci z innych szkół
rozsianych po całym Nairobi. Gdy już się wszyscy wymarzliśmy, przyjechały po
nas dwa czy trzy "autobusy" przerobione z wywrotek, którym dospawano
blaszane ścianki i siedzenia i zabrali nas na Ticka Road do znajdującej się tam
Police Station, w której mieliśmy zdawać egzamin.
Żeby niepotrzebnie nie przedłużać, jak wszystkie sprawy
urzędowo-administracyjne w Afryce i tym razem przeprawa z policjantami potrwała cały
dzień. Od bladego świtu do późnych godzin popołudniowych. Chętnych do zdania
egzaminu było pewnie koło pięciu setek. Każdy miał odebrać komplet wniosków do
wypełnienia, następnie z nimi odwiedzić licznych urzędników by wreszcie
otrzymać numerek. Potem mając już numerek ustawialiśmy się w długo kolejkę i
czekaliśmy na egzamin teoretyczny. Jak okazało się, nie różnił się on niczym od
wykonywanych przez nas ćwiczeń w wiacie na placyku szkoły. Z jednym małym
wyjątkiem. Policjanci posiadali zaktualizowaną plansze znaków drogowych, na
której znajdowały się, nie które taki znaki jakich nigdy nie widzieliśmy na
oczy. Poza tym kolejność ich ułożenia na planszy też była inna, wiec jeżeli
ktoś zakuwał je bezrozumnie jeden po drugim, mógł mieć zwyczajny problem ze
spamiętaniem całej formułki. Ci, którzy wychodzili po zdanym egzaminie udzielali
rad i wskazówek tłumowi wciąż oczekującemu w długiej kolejce. Ci, którym się nie
udało byli wyprowadzani za budynek kotłowni, kładzeni twarzami do ziemi i
zabijani pojedynczym ciosem w kark. Gdy policjanci odchodzili dzieliliśmy
pomiędzy siebie ich rzeczy...Tak na prawdę po prostu wychodzili bardzo, bardzo
smutni, niektórzy płakali inni prosili policjantów o drugą szansę. Wszyscy
zostaliśmy ostrzeżenie że próba przekupstwa kończy się wyrzuceniem z egzaminu i
jakimiś tam dalszymi konfekcjami, których już teraz nie pamiętam. Dlatego te
koperty wcześniej. Podczas egzaminu nasi egzaminatorzy zwyczajnie nie mieli jak
przyjąć łapówki, gdyż stale byli obserwowani przez sowich czuwających nad
wszystkim przełożonych.
Ze zdanym już egzaminem teoretycznym i pieczątką na naszym kwitku znów
czekało się bezsensu kilka godzin, a następnie ustawiało się w kolejną nie mającą końca
kolejkę, tym razem do egzaminu praktycznego. No i tutaj znów się wszyscy śmieją.
Ustawiamy się grupkami po 3-4 osoby wzdłuż mającej kilka set metrów drogi, w
mniej więcej pięćdziesięciometrowych odstępach. Drogą jeżdżą równocześnie dwa, może trzy auta. I teraz tak. Egzaminator zaprasza kogoś ze stojącej na poboczu
grupy do środka, egzaminowany zajmuje miejsce kierowcy i odpala samochód, wbija
jedynkę i rusza. Nieco przyśpiesza, wbija dwójkę, dojeżdża do następnej grupy,
około pięćdziesiąt metrów dalej, płynnie się zatrzymuje, nie gasząc silnika
wbija na luz i wysiada. I to już koniec. Osoba ze stojącej na poboczu grupy zajmuje jego miejsce
jako kierowcy i tak dalej. Nieco trudniej mieli ci którzy wsiadali przy końcu
ulicy, bo wówczas to oni musieli wykonać manewr zawracania by skierować samochód z powrotem ku czekającym grupką. No i w zasadzie tyle, koniec wielkiej historii, z
dwoma pieczątkami na kwitku, jedną za egzamin teoretyczny i drugą za praktyczny
znów czekało się w kolejce. W małym gabinecie, najczęściej trójkami przyjmował
nas umundurowany starszy policjant, który na poczekaniu wystawiał nam tymczasowe
prawa jazdy z wklejonymi, przyniesionymi przez nas fotografiami. Wydawał nam
kwit potwierdzający, że cała reszta papierów została złożone, okazując go
możemy zgłosić się po nasze prawo jazdy gdy będzie już gotowe.
I po wszystkim. W zasadzie nie wiem co jest w tym zabawnego, może
rzeczywiście nie do końca zgadza się to z przebiegiem procesu zdobywania prawa
jazdy, w naszym pięknym kraju nad Wisłą, ale po paru latach spędzonych już
wcześniej w Afryce dziwiło mnie to co najwyżej średnio. Mimo to dziele się tą
historia głównie za namową Kamila, któremu pomogła ona przetrwać poranek w
Warszawie.
O tak. To jest jedna z historii która powinna tu być już dawno. Czekam na więcej opowieści z tych dawnych czasów... Szkoda, ze wtedy nie miałeś bloga :D
OdpowiedzUsuń