niedziela, 9 sierpnia 2015

Hot Wheels.

Pisałem i publikowałem na tym blogu już różne rzeczy. Opisywałem co ostatnio porabiałem, rozwodziłem się nad "nurtującymi" mnie tematami, zamieszczałem sprawozdania z moich, wspólnych niekiedy z Kasią eskapad czy wycieczek. Tak na prawdę po trochę wszystkiego i niczego. Może niekiedy wspomniałem o tym co w Kenii robiłem wcześniej i jak to było jeszcze w czasach kenijsko-szkolnych gdy siedzieliśmy tutaj całą rodziną przez kilka ładnych lat, ale może zwyczajnie nie było potrzeby albo kontekstu. Tym czasem dziś mam coś właśnie takiego, z zamierzchłej przeszłości, tym którzy znają mnie na co dzień historia ta znana je na lewą stronę bo opowiadałem ją masę razy. Otóż dziś postaram, się możliwie wiernie opisać historię tego jak zdobyłem-zrobiłem prawo jazdy.
Dlaczego teraz? Tak się złożyła że pewien dobry znajomy podesłał mi do wglądu swoje zapiski, ciekawa rzecz muszę przyznać, głównie dotyczą Afryki i Jego w niej pobytu. Historie i wspomnienia, niektóre słyszałem już wcześniej, innych byłem świadkiem, i pośród tych notatek natrafiłem na wzmiankę o tym jak On sam zdobywał w Kenii prawo jazdy. I tak mnie nagle naszło. Nie dalej jak kilka miesięcy temu, gdy przy okazji gali wręczenia nagród imienia Ryszarda Kapuścińskiego w Warszawie. Siedziałem wspólnie ze znajomymi w hostelowym pokoju i stawałem na nogi po nocnym pijaństwie, też zdarzyło mi się opowiadać historię moje zdanego w Kenii prawa jazdy. Dla mnie historyjka zupełnie zwyczajna, nic w sumie niezwykłego, a wszyscy śmiali się do przysłowiowego rozpuku, Kamil stwierdził wówczas, że powinienem to opisać. Tak więc poprzez zbieżność przypadków niniejszym opisuje.       
Gdy opuszczałem Polskę przed laty by rozpocząć dalszą edukację w Kenii nie byłem jeszcze pełnoletni, tym samym nie było kiedy, ani jak wziąć się za zdawanie egzaminu na prawo jazdy w Polsce. Przez kolejne lata w Kenii szkoło and the other stuff, zajmowały mi tyle czasu że też dość długo o tym nie myślałem. Dopiero na jakiś rok przed powrotem do kraju, gdy miałem już nieco więcej czasu postanowiłem że, najwyższa pora zdobyć to upragnione prawko.
Mój Ojciec, nigdy nie pozwalał mi prowadzić samochodu, przez co wiecznie zazdrościłem kolegą, którzy nie sięgając jeszcze do pedałów kierowali samochodem z kolan własnych tatusiów. Dał mi też jasno do zrozumienie, że nie będę prowadził jego auta do póki, nie zdam jak należy egzaminu, w efekcie nie miałem w tej materii żadnego doświadczenia, a jazda samochodem na honorowym miejscu kierowcy wydawało mi się być zupełną magią. Tak wiec gdy przyszło do zapisywania mnie na kurs w jednej z poleconych przez znajomych szkół, od razu zdecydowałem się na największą możliwą ilość godzin w pakiecie. Nie pamiętam dokładnie pozostałych pakietów, ale szło to mniej więcej tak 7, 14 i 21. Po średnio godzinie zajęć dziennie, w ciągu mniej więcej trzech tygodni miałem być gotów by stanąć do egzaminu. Egzamin na prawo jazdy odbywał się raz w miesiącu, brali w nim udział wszyscy kandydaci którzy otrzymali zaświadczenie ze swojej szkoły, gdziekolwiek pobierali nauki, że "wyjeździli" pod okiem instruktora, opłaconą liczbę godzin zawartą w pakiecie i że generalnie coś tam wiedzą i do egzaminu mogą podejść.
Po zakupie świeżutkiego pakietu, posadzili mnie pod wiatą, na podwórku gdzie odbywały się lekcje teoretyczne. Tradycyjnie byłem jedynym białym, kilku hinduskich małolatów i kilka kobiet które spokojnie mogły by być ich mamami, za pewne ich mężom znudziło się wieczne wożenie ich wszędzie wiec niech se kobieta zrobi już to prawo jazdy, a co mi tam. No i zaczęła się moja pierwsza lekcja teoretyczna. Instruktor stał ze wskaźnikiem przy tablicy z namalowanymi znakami i objaśniał po kolei co który z nich oznaczał. Potem typował kogoś i podawał znacznik i wtedy klepało się z pamięci wszystkie znaki po kolei. W zasadzie było to jedno z trzech ćwiczeń jaki tam wykonywaliśmy. Drugie polegało na tym że na pytanie, teren zabudowany lub droga szybkiego ruchu i takie tam, udzielało się odpowiedzi z jaką prędkością należy się poruszać a jakiej nie przekraczać. Ostatnie ćwiczenie, pośród moich znajomych, którzy o tym słyszeli wywoływało największą wesołość, zupełnie nie wiem dlaczego. Na dużym blacie stołu znajdowało się coś przypominającego prymitywną makietę miasta a troszkę dywany kupowane dla dzieci, te z wzorem dróg i ulic. Na makiecie znajdowało się rondo, kilka skrzyżowań, a gdzieniegdzie namalowano miniatury znaków drogowych. Instruktor brał jeden z przygotowanych samochodzików, zwykle nie większych od pudełka zapałek, i ustawiał w wybranym przez siebie miejscu na planszy. Następnie brał pozostałe i również je rozstawiał. Auto odwrócone do góry nogami oznaczało wypadek, który należało ominąć, stojące na skrzyżowaniu czy rondzie samochodziki symbolizowały innych uczestników ruchu. Naszym zadaniem było przeprowadzić nasz samochodzik do wskazanego przez instruktora miejsca poruszając się zgodnie z zasadami ruchu drogowego. Gdy dojeżdżało się do kolizji należało ją wyminąć deklarując że używa się kierunkowskazów, na skrzyżowaniach określić pierwszeństwo przejazdu i przesunąć pozostałych "użytkowników ruchu", gdy docieraliśmy do namalowanych na planszy pasów, zatrzymać samochodzik i ustąpić drogi wyimaginowanym pieszym. Nie wolno było się zatrzymywać lub nadmiernie zwalniać więc gdy ktoś nie wiedział którędy dojechać we wskazane miejsce nie łamiąc żadnych przepisów to dopuszczalne było pokręceni się chwile po rondzie podczas gdy wytyczało się nową trasę. Instruktor rzadko pozwalał wybierać, ale sprawdzała się zasada że najszybciej jeździły czerwone resorki a czarnym miniaturom batmobilem kierowało się najprzyjemniej bo nie zdarte jeszcze kółka gładko dawały się prowadzić po planszy. 
Po niecałej godzinie zajęć teoretycznych przyszedł po mnie jeden z instruktorów praktycznych i powiedział że od teraz będę jeździł z nim i to on odwiezie mnie do domu żeby wiedzieć gdzie mnie nazajutrz odebrać. Jak powiedział tak zrobił. Zjawił się po mnie następnego dnia o umówionej godzinie, na podjeździe pokazał mi co i jak. Sprzęgło, hamulec, gaz, zmiana biegu, wycieraczki, po tym krótkim wstępie zamieniliśmy się miejscami i kazał mi zawieść się do szkoły.
Przed ukończeniem dwudziestojednogodzinnego kursu jeszcze raz wziąłem udział w lekcji teoretycznej, tuż przed samym egzaminem. Pozostałe godziny wyjeździłem po mieście. Nim jeszcze ukończyłem kurs i zapisałem się na egzamin, mój instruktor zaproponował mi żebym dał mu w kopercie podpisanej moim imieniem i nazwiskiem, dwa tysiące kenijskich shilingów, które on przekaże policjantom którzy będą nas egzaminować tak, żeby już zawczasu wiedzieli kto zdał a kto nie. Pieniędzy nie dąłem, nie żebym nie chciał zwyczajnie gdy je wreszcie przyniosłem to było już za późno.
W dzień egzaminu kazano nam zebrać się w szkole bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem, a następnie przewieziono nas samochodami na których wcześniej uczyliśmy się jeździć do większego punktu zbornego i tam nas zostawiono. Grupa oczekujących rosła w miarę jak dołączali do nas również kursanci z innych szkół rozsianych po całym Nairobi. Gdy już się wszyscy wymarzliśmy, przyjechały po nas dwa czy trzy "autobusy" przerobione z wywrotek, którym dospawano blaszane ścianki i siedzenia i zabrali nas na Ticka Road do znajdującej się tam Police Station, w której mieliśmy zdawać egzamin.
Żeby niepotrzebnie nie przedłużać, jak wszystkie sprawy urzędowo-administracyjne w Afryce i tym razem przeprawa z policjantami potrwała cały dzień. Od bladego świtu do późnych godzin popołudniowych. Chętnych do zdania egzaminu było pewnie koło pięciu setek. Każdy miał odebrać komplet wniosków do wypełnienia, następnie z nimi odwiedzić licznych urzędników by wreszcie otrzymać numerek. Potem mając już numerek ustawialiśmy się w długo kolejkę i czekaliśmy na egzamin teoretyczny. Jak okazało się, nie różnił się on niczym od wykonywanych przez nas ćwiczeń w wiacie na placyku szkoły. Z jednym małym wyjątkiem. Policjanci posiadali zaktualizowaną plansze znaków drogowych, na której znajdowały się, nie które taki znaki jakich nigdy nie widzieliśmy na oczy. Poza tym kolejność ich ułożenia na planszy też była inna, wiec jeżeli ktoś zakuwał je bezrozumnie jeden po drugim, mógł mieć zwyczajny problem ze spamiętaniem całej formułki. Ci, którzy wychodzili po zdanym egzaminie udzielali rad i wskazówek tłumowi wciąż oczekującemu w długiej kolejce. Ci, którym się nie udało byli wyprowadzani za budynek kotłowni, kładzeni twarzami do ziemi i zabijani pojedynczym ciosem w kark. Gdy policjanci odchodzili dzieliliśmy pomiędzy siebie ich rzeczy...Tak na prawdę po prostu wychodzili bardzo, bardzo smutni, niektórzy płakali inni prosili policjantów o drugą szansę. Wszyscy zostaliśmy ostrzeżenie że próba przekupstwa kończy się wyrzuceniem z egzaminu i jakimiś tam dalszymi konfekcjami, których już teraz nie pamiętam. Dlatego te koperty wcześniej. Podczas egzaminu nasi egzaminatorzy zwyczajnie nie mieli jak przyjąć łapówki, gdyż stale byli obserwowani przez sowich czuwających nad wszystkim przełożonych.
Ze zdanym już egzaminem teoretycznym i pieczątką na naszym kwitku znów czekało się bezsensu kilka godzin, a następnie ustawiało się w kolejną nie mającą końca kolejkę, tym razem do egzaminu praktycznego. No i tutaj znów się wszyscy śmieją. Ustawiamy się grupkami po 3-4 osoby wzdłuż mającej kilka set metrów drogi, w mniej więcej pięćdziesięciometrowych odstępach. Drogą jeżdżą równocześnie dwa, może trzy auta. I teraz tak. Egzaminator zaprasza kogoś ze stojącej na poboczu grupy do środka, egzaminowany zajmuje miejsce kierowcy i odpala samochód, wbija jedynkę i rusza. Nieco przyśpiesza, wbija dwójkę, dojeżdża do następnej grupy, około pięćdziesiąt metrów dalej, płynnie się zatrzymuje, nie gasząc silnika wbija na luz i wysiada. I to już koniec. Osoba ze stojącej na poboczu grupy zajmuje jego miejsce jako kierowcy i tak dalej. Nieco trudniej mieli ci którzy wsiadali przy końcu ulicy, bo wówczas to oni musieli wykonać manewr zawracania by skierować samochód z powrotem ku czekającym grupką. No i w zasadzie tyle, koniec wielkiej historii, z dwoma pieczątkami na kwitku, jedną za egzamin teoretyczny i drugą za praktyczny znów czekało się w kolejce. W małym gabinecie, najczęściej trójkami przyjmował nas umundurowany starszy policjant, który na poczekaniu wystawiał nam tymczasowe prawa jazdy z wklejonymi, przyniesionymi przez nas fotografiami. Wydawał nam kwit potwierdzający, że cała reszta papierów została złożone, okazując go możemy zgłosić się po nasze prawo jazdy gdy będzie już gotowe.

I po wszystkim. W zasadzie nie wiem co jest w tym zabawnego, może rzeczywiście nie do końca zgadza się to z przebiegiem procesu zdobywania prawa jazdy, w naszym pięknym kraju nad Wisłą, ale po paru latach spędzonych już wcześniej w Afryce dziwiło mnie to co najwyżej średnio. Mimo to dziele się tą historia głównie za namową Kamila, któremu pomogła ona przetrwać poranek w Warszawie.          

1 komentarz:

  1. O tak. To jest jedna z historii która powinna tu być już dawno. Czekam na więcej opowieści z tych dawnych czasów... Szkoda, ze wtedy nie miałeś bloga :D

    OdpowiedzUsuń