piątek, 25 kwietnia 2014

Lany poniedziałek = Święta, święta i po świętach.

Katarzyna podczas przejażdżki pickupem.

 Ten wpis powstaje ze sporym opóźnieniem, początkowo - jak mógłby sugerować tytuł - miał dotyczyć lanego poniedziałku. Niestety, moje oczekiwania co do własnej kreatywności zderzyły się z brutalną rzeczywistością. Nie chciało mi się i w zasadzie nie bardzo było o czym pisać. Zebranie się do obrobienia przywiezionych z wyjazdu zdjęć nie udało mi się aż do dzisiaj, to właśnie zdjęcia zainspirowały mnie nieco by napisać cokolwiek. Ale do rzeczy.
Reklama lokalnego jinu.
Katarzyna podczas przejażdżki pickuperm 2.
W tle druty i włości naszych zakonników, z przodu po lewej baniaki zakorkowane bananami.
Taki dziecięcy domek na drzewie tylko że z błota.
Zgodnie z planem, święta wielkanocne spędziliśmy w tym roku w Ugandzie, wspólnie z rodziną i kilkorgiem znajomych. Po świątecznym śniadaniu spędziliśmy wspólnie leniwe przedpołudnie, a następnie zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy w odwiedziny do naszych zaprzyjaźnionych zakonników, do których zostaliśmy zaproszeni. Ich misja znajduje się nieco ponad sto kilometrów od Kampali. Niedaleko, jakby się mogło zdawać, ale obecnie na jedynej prowadzącej tam drodze trwa remont a ta część, która jeszcze nie została oddana na żer oszalałych budowniczych również pozostawia sporo do życzenia. Mimo to, droga nie dłużyła się nam specjalnie, wkoło rozciągały się ryżowe pola i mokradła niczym z filmów przyrodniczych o anakondach. O tym, jak minął nam pobyt na miejscu, nie ma co opowiadać. Zwyczajne siedzenie przy grillu i marnotrawienie czasu z rodakami, którzy spędzili tu już więcej czasu niż my. Wymienianie się historiami i anegdotkami, własnymi czy zasłyszanymi od kogoś wcześniej, dotyczącymi czy to Ugandy czy Kenii. Zaskoczyła mnie jednak liczba Polaków, którzy zjechali na tak ,,kameralne” spotkanie. Mimo, że zupełnie nie czuło się świątecznego klimatu, a w lany poniedziałek nie spadła na mnie chyba ani kropla wody, było całkiem miło. Przysłuchując się jednak rozmowom przy zastawionym świątecznym stole, doszedłem do wniosku, że nie jest jeszcze ze mną aż tak źle i śmiało mógłbym zmienić nazwę tego bloga na ,,Not So Rasist Traveler”. W poniedziałek wymknęliśmy się na krótki spacer z aparatem. Okolicy nie można było nazwać malowniczą, wszędzie było daleko, a franciszkańska misja ze wszystkich stron otoczona była lokalnymi zabudowaniami. Nie tak skrajnymi jak slumsy, które miałem okazję oglądać w Kampali – ot, zwyczajna uboga afrykańska wieś. Tradycji musiało stać się zadość i jak zwykle znikąd pojawiła się cała zgraja dzieci, które przywitawszy się z nami postanowiły nam w ciszy towarzyszyć w naszym spacerze. Początkowo próbowaliśmy rozmawiać, ale ich zasób angielskiego słownictwa wyczerpał się dość szybko. Dogadaliśmy się na tyle by pokazały nam swoją szkołę, którą postawili tu dla nich franciszkanie. Zdawały się być zadowolone, że ktoś okazuje im zainteresowanie, przekrzykiwały się jedno przez drugie swoimi szkolnymi osiągnięciami, a gdy wyjąłem aparat by sfotografować porzucony rower, nie obeszło się już bez całej sesji fotograficznej. A potem następuje ten niezręczny moment, kiedy masz już dość i chcesz spakować swoje zabawki i iść do domu, a dzieciaki dalej szaleją i pozują, stają na głowach i robią gwiazdy tylko po to by zaraz po usłyszeniu pstryk i migawki flasha, zajrzeć w wyświetlacz i zobaczyć tam siebie. No i tak się to ciągnie. Mówię, że to już ostatnie, ale nagle przybiega jakaś spóźnialska dziewczynka albo ktoś kogoś wypchnął z kadru, a ten przyniósł siostrę albo brata i jemu też trzeba zrobić zdjęcie. I myślę sobie, co by im tutaj powiedzieć, no bo przecież nie powiem, że już mam całą masę zdjęć małych czarnych dzieci: Kenijskich, Tanzańskich i Ugandyjskich też - do wyboru do koloru. Co, wytłumaczyć im, że kiedy sięgałem po aparat, bardziej artystyczny od nich wydawał mi się rzucony na ścieżce rower, bo ładnie akurat światło padało? A może powiedzieć im ,że muszę wracać, bo chcę zjeść obiad i napić się zimnego piwa? - dzieciom, które nie wiem czy mają wyrośnięte brzuchy od głodu czy od dostatku. No i tak trwam: klick-klick, klick-klick.
Rower od którego wszytko się zaczęło.

Gdy zaczynamy już wracać, a dziecięca grupa powoli się wykrusza, znudzony najwyraźniej naszą obojętnością jeden z chłopców, który mówi nieco lepiej po angielsku (zabijcie, ale nie pamiętam jak miał na imię) przełamuje się wreszcie i pyta:
-Zostaniesz moim sponsorem?- Potem całkiem milknie i odwraca wzrok. Ja też nie bardzo wiem co mam powiedzieć. Głupia sprawa, myślę sobie i powtarzam zadane mi pytanie. ,,Twoim sponsorem?”. No i co ,znowu ślepy zaułek. Co mam mu powiedzieć - że też nie mam kasy? Po tym jak widzieli mój plecak, aparat, telefon z dotykowym wyświetlaczem (służbowy), mam przecież buty i niepodziurawione ubranie, no po prostu bogacz. No i weź tu takiemu dziecku tłumacz, że naprawdę nie ma się pieniędzy. Że wolontariusz to ostatnie ogniwo fundacyjnego łańcucha pokarmowego. Że przyjechałem tutaj za cudze pieniądze, pracować za darmo i stawiać szkołę żeby poprawić standard życia lokalnych mieszkańców, ale niestety, mały, to kawał drogi stąd, wiec się nie łapiesz. I tak zaczynam coś bezmyślnie bąkać o tej fundacji, że się zgłosiłem i że praca za darmo i że sam nie mam, ale że zobaczę. I w sumie nie wiem po co to, skoro on i tak większości nie zrozumiał, a jedyna pomoc jaką rozumie ośmioletnie dziecko to wtedy, kiedy wyjmujesz z własnej kieszeni i dajesz mu prosto do ręki. Taką pomoc rozumieją. Co go obchodzi szkoła, którą gdzieś tam postawię, i że ta szkoła da miejsca pracy i wykształcenie. I że jak wszytko dobrze pójdzie, uda nam się domknąć cały projekt w ciągu dwóch lat, a jeżeli nie rozkradną maszyn zaraz po naszym wyjeździe to może nawet kogoś ta szkoła zdąży wykształcić i będzie to już wielki sukces. No i takim to sposobem znów mam poważne wątpliwości dotyczące tego, czym się tutaj zajmuję.
Nieco później, gdy siedziałem rozmyślałem o powyższym, przyszedł ten sam chłopiec i podał towarzyszącej mi Kasi zwitek papieru, po czym uciekł chichocząc. Potem obserwował nas z krzaków przez następne kilka godzin. Zwitek papieru okazał się być listem od dwunastoletniej dziewczynki imieniem Diana. Diana pisze o tym, że ma ma dwóch braci i sześć sióstr i straciła ojca. Widząc, jakimi jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, Diana prosi o gifty, a mianowicie: długopisy, słodycze,ubrania, torby lalki i inne. Podaje też w liście adres swojej szkoły wraz z numerem skrzynki pocztowej.
St.Jude pirimary
school kakooge
P.O box 228
Luwero Nakasongola

List od Daiany.
Muzungu na Boda-Boda.
Na koniec prosi by Bóg nas błogosławił. No i znów - co z tym zrobić? Rozpocząć własną akcję humanitarną i zbierać fundusze na dziewczynkę z końca świata? Zapomnieć o całej sprawie, nie robić nic? Nie wiem. Realnym rozwiązaniem wydawałaby się zbiórka pieniędzy. Nie trzeba dużo, a ludzi chętnych nie brakuje. Ale co dalej z tymi pieniędzmi? Przesłać je do Afryki i w kopercie wręczyć dwunastoletniej Dianie – powiedzmy - tysiąc dolarów? Czy lepiej zrobić zakupy i przywieźć jej to wszystko pod sam dom jakimś busem? Wysyłanie czegokolwiek z Polski: odzieży, długoterminowej żywności, wspomnianych w liście toreb, długopisów czy lalek nie ma najmniejszego sensu. Koszta dostawy znacznie przerosłyby realną wartość darów, a cło w Afryce działa w sposób zależny od widzimisię i humoru obsługującego nas celnika. Jeżeli urzędnik stwierdzi, że paczka dwunastu długopisów jego zdaniem warta jest pięćset dolarów, to musimy je zapłacić, jeżeli nie - wszystko zostanie zatrzymane i rozdzielone według zasług i potrzeb pomiędzy pracowników urzędu. Poza tym pozostaje jeszcze jedna kwestia. Po takim akcie dobroczynności o wiele więcej dzieci z Kakooge zacznie pisać do nas listy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz