piątek, 18 kwietnia 2014

Włości Ostatniego Króla Szkocji



Drogę z Kenii do Ugandy mieliśmy pokonać autobusem. Byłem jednak nieco sceptyczny co do naszego środku lokomocji. Znałem warunki panujące na afrykańskich drogach i zdarzyło mi się już podróżować dużymi, turystycznymi autobusami na zagranicznych trasach. Nazwanie ich autokarami byłoby nieco przesadzone, ale z całą pewnością reprezentowały one znacznie wyższe standardy niż typowe miejskie busiki. Mimo to, miło wspominałem swoją podróż do Tanzanii i długie godziny jazdy po afrykańskich wybojach, spędzone w pasażerskim fotelu. No cóż, grunt to trafić jakieś sensowne miejsca, od tego wiele zależy – myślałem, przypominając sobie podróż, którą spędziłem siedząc nad samym wejściem do autokaru tuż przy metalowej barierce. Tym razem zapowiadało się nieco lepiej, wysoka cena biletów nieco mnie zaskoczyła, ale miałem nadzieję, że może idzie ona w parze ze standardem. Jak się później okazało, był to standard, ale niestety afrykański. Fotele, owszem były niczego sobie, ale dwunastogodzinna podróż autobusem bez toalety potrafi być uciążliwa. Było duszno, ,,pachniało” lokalnymi a przez uchylone okna wdzierał się kurz z drogi. Radio wyło jakieś miejscowe hity a jedynym białym, prócz mnie i Kasi w autobusie, był ksiądz. Siedział na samym przedzie autobusu na pojedynczych, szerokich fotelach zwanych vipowskimi. Miałem raz przyjemność zasiadać na takim miejscu. Pasażer miał rzadką możliwość spoglądać na świat przez wielką szybę na przedzie, siedząc tuż za plecami kierowcy. Gdy ostatnio dostałem takie miejsce, miałem już prawo jazdy i całą drogę obserwując poczynania naszego pilota, usilnie deptałem podłogę mając wrażenie, że to ja sam prowadzę, istny koszmar. Hitem tamtej wycieczki było, gdy w zupełnych ciemnościach afrykańskiej nocy, nasz kierowca ilekroć podjeżdżał do innego pojazdu, gasił swoje światła, zapewne dla oszczędności i jechał, że tak powiem na światła samochodu przed sobą. Nie przypominam sobie żebym zmrużył oko tamtej nocy.
Nasz autobus. To dżem, to na pewno dżem, no bo co by innego.
Wracając do naszego księdza. Gdy mieliśmy na granicy kenijsko - ugandyjskiej możliwość nieco bardziej mu się przyjrzeć, doszliśmy do wniosku, że z całą pewnością jest on jedynie przemytnikiem przebranym za księdza. Wydawał się tak nienaturalny i tak bardzo nie na miejscu w swojej odświętnej sutannie owiniętej pasem na sterczącym brzuchy. Wraz z Kasią wysnuliśmy teorię, że z całą pewnością przemyca on narkotyki upchnięte gdzieś pod ubraniem a strój księdza i pismo święte, z którym się nie rozstawał, przywdział tylko dla niepoznaki. Miał niezdrowo wyglądającą, opaloną w czerwone plamy twarz i mętne oczy. Większość pracujących w Afryce księży i zakonników, na co dzień nosi zwyczajne ubrania, dla czystej wygody - a już w szczególności nie ubiera swoich służbowych uniformów na długą i obfitującą w niewygody podróż. Niestety, nasz ksiądz-przemytnik z brzuchem wypchanym narkotykami i szlachetnymi kamieniami nie został uch
wycony przez służby graniczne, spokojnie wrócił wraz z nami po odprawie do autokaru i kontynuował swoją podróż aż do samej Kampali.
Granica.
Pierwsze, co uderzyło nas już za samą granicą to kolosalna różnica w rozwoju infrastruktury na wsi. Rzadko już spotykane w Kenii tak zwane maniaty, chatki lepione z wypalanych na słońcu cegieł lub błota, kryte trzcinowym dachem, dawno zostały już wyparte przez blaszane lub solidnie murowane konstrukcje. Tymczasem w Ugandzie były one nadal tak bardzo popularne na wsiach. Oprócz niewielkich osad rozmieszczonych wzdłuż drogi niczym na westernach, krajobraz urozmaicały nam ciągnące się po horyzont pola ryżowe. Gdy zaczął zapadać zmierzch, próbowaliśmy oszacować ile jeszcze może potrwać podróż. Niestety, nieskutecznie. Odpowiedzi naszych autobusowych sąsiadów zupełnie się ze sobą nie pokrywały i nikt chyba nie miał pojęcia, ile to jeszcze potrwa. Koniec końców: niewiele się pomyliłem w moich wstępnych szacunkach, bo po dziesięciu godzinach przekroczyliśmy wypływający z Jeziora Wiktoria Nil, a po kolejnych dwóch godzinach byliśmy na miejscu.
Kampala przywitała nas niespotykaną w większości Kenii duchotą. Klimatem, to wielkie parterowo zbudowane miasto wznoszące się na siedmiu wzgórzach, bardzo przypomina mi wybrzeże Kenii, ale jest to jedyne podobieństwo. Na drodze panował mniejszy, jak na warunki afrykańskie chaos: kierowcy byli grzeczniejsi a napotkani przeze mnie lokalni mieszkańcy znacznie bardziej uprzejmi i mniej nachalni w porównaniu do Kenijczyków. Jak się stopniowo dowiadywałem po drodze do mieszkania, w mieście panuje wielki porządek. Jest spokój, przestępczość jest znikoma, a biali mogą się tutaj czuć bezpiecznie, nawet spacerując po zmroku, co w Nairobi byłoby nie do pomyślenia. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest duża liczba policji i wojska, które pracują tutaj znacznie skuteczniej.
Pierwsze wrażenie na ogół bywa mylne, ja jednak po kolejnym spędzonym tutaj dniu tylko utwierdzam się w moim przekonaniu, że Uganda może mieć więcej do zaoferowania niż Kenia. Stwierdzam to z wielkim żalem, gdyż przez fakt, że to Kenia była pierwszym odwiedzonym przeze mnie krajem afrykańskim, mam do niej spory sentyment. Mimo to, nie da się zaprzeczyć, że ludzie są tutaj milsi i bardziej serdeczni. Biały na ulicy nie wzbudza takiej sensacji, mimo że widuje się ich tu znacznie mniej. Lokalni sprzedawcy nie są napastliwi i nie szukają byle okazji by naciągnąć człowieka. Przyjmują nie za nie i życzą nam miłego dnia. Ugandyjczycy często się uśmiechają a nocami bawią się w dzielnicach, które po zmroku zamieniają się w wielkie dyskoteki. Wpływ muzułmański nie jest tutaj tak duży, a wszechobecność uzbrojonej policji znacznie wszystkich uspokaja. Rządy Tutsi okazały się najwidoczniej korzystne dla sytuacji w tym kraju, podobnie jak zaprowadziły porządek w Rwandzie. Mimo to, mieszkający tutaj Polacy zdają sobie sprawę z zagrożenia. Wojsko Ugandyjskie stanowi trzon sił stacjonujących w Somalii, przez co kraj ten stale jest narażony na ataki islamskich terrorystów
Jak widać zachodni kapitał dotarł już do Ugandy.
A teraz nieco ciekawostek. Przy głównej arterii miasta po obydwu stronach szerokiej drogi straszą ogołocone szkielety olbrzymich billboardów. Puste metalowe konstrukcje z powiewającymi strzępami dawnych reklam. O co chodzi? Otóż Pani burmistrz któregoś dnia stwierdziła, że widok kolorowych bilbordów szpeci wygląd miasta. Policja wraz z wojskiem usunęła więc wszystkie z nich w ciągu jednej nocy, zostawiając jedynie puste w środku, gołe szkielety. Oplątane u podstawy wiązkami drutu kolczastego, który ma je zabezpieczyć od ponownej eksploatacji, tworzą ciekawy kontrast ze szpalerami przyciętych w równiutkie kwadraty, koron soczyście zielonych drzewek, sadzonych po obydwu stronach drogi.
Ogołocone bilbordy.
Ciekawostka numer dwa. Dowiedziałem się, że Ugandę tworzy trzynaście zjednoczonych królestw, jak przystało na czele każdego z nich stoi nie kto inny jak król. Kampala znajduje się na terytorium królestwa Bugandy, którego król mieszka gdzieś w mieście. O ile jednak mi wiadomo - jest to tytuł raczej honorowy. W państwie policyjnym rządzonym przez nieugiętego prezydenta, nie wydaje mi się by było zbyt wiele do roboty dla trzynastu królów. O ile wiem, królowie składają sobie wizyty, pertraktują między sobą a niekiedy tworzą antyrządowe koalicje, co było przyczyną wybuchu zamieszek przed kilku laty. Wydaje mi się, że ugandyjscy królowie mogą sobie ,,władać”, ale realna władza leży w rękach prezydenta. Gdy wczoraj o tym usłyszałem, przypomniał mi się cytat mojego ulubionego chyba króla, mianowicie: króla Juliana. A brzmiał on mniej więcej tak ,,Ja jestem królem, bo mam koronę, na głowie ją mam, jakbym nie miał to bym nie był.” Próbuję sobie wyobrazić jednego z tych ugandyjskich monarchów występującego z podobnymi argumentami przed obliczem prezydenta i ugandyjskiego rządu, domagając się ich osunięcia lub rozwiązania. 

Skrócony kurs głosowania.

Każdy obywatel na karcie do głosowania ma obowiązek zaznaczyć swój wybór ,,ptaszkiem" albo odbijając w odpowiednim miejscu odcisk swojego kciuka.

Obywatele którzy oddali już swój głos są oznaczani niezmywalnym markerem by czasem nie korciło ich oddanie jeszcze kilku dodatkowych. Miejmy nadzieję ze niezmywalny marker zejdzie do następnych wyborów.

1 komentarz:

  1. Hej ho!
    Nie spodziewałam się takiej politycyzacji ścian, bardzo sensowny sposób na przekazanie ludziom 'co i jak' bez zamęczania ich i marnowania papieru! :)
    Druty kolczaste na murkach odrobinę studzą mój entuzjazm, opowieść o 13 królach wywołuje uśmiech a sieć "Obama's" powoduje ciche westchnienie niedowierzania co do poziomu westernizacji domu Króla Lwa.
    Zauważyłam też, że Irene z poprzedniej notki ma nawet bardzo amerykańską czapeczkę... ;-)
    Trzymajcie się ciepło (to nietrudne) i pisz, Racist Travelerze, często i długo.

    OdpowiedzUsuń