Drogę z Kenii do Ugandy mieliśmy
pokonać autobusem. Byłem jednak nieco sceptyczny co do naszego środku
lokomocji. Znałem warunki panujące na afrykańskich drogach i zdarzyło mi się
już podróżować dużymi, turystycznymi autobusami na zagranicznych trasach.
Nazwanie ich autokarami byłoby nieco przesadzone, ale z całą pewnością
reprezentowały one znacznie wyższe standardy niż typowe miejskie busiki. Mimo
to, miło wspominałem swoją podróż do Tanzanii i długie godziny jazdy po
afrykańskich wybojach, spędzone w pasażerskim fotelu. No cóż, grunt to trafić
jakieś sensowne miejsca, od tego wiele zależy – myślałem, przypominając sobie
podróż, którą spędziłem siedząc nad samym wejściem do autokaru tuż przy
metalowej barierce. Tym razem zapowiadało się nieco lepiej, wysoka cena biletów
nieco mnie zaskoczyła, ale miałem nadzieję, że może idzie ona w parze ze
standardem. Jak się później okazało, był to standard, ale niestety afrykański.
Fotele, owszem były niczego sobie, ale dwunastogodzinna podróż autobusem bez
toalety potrafi być uciążliwa. Było duszno, ,,pachniało” lokalnymi a przez
uchylone okna wdzierał się kurz z drogi. Radio wyło jakieś miejscowe hity a
jedynym białym, prócz mnie i Kasi w autobusie, był ksiądz. Siedział na samym
przedzie autobusu na pojedynczych, szerokich fotelach zwanych vipowskimi.
Miałem raz przyjemność zasiadać na takim miejscu. Pasażer miał rzadką możliwość
spoglądać na świat przez wielką szybę na przedzie, siedząc tuż za plecami
kierowcy. Gdy ostatnio dostałem takie miejsce, miałem już prawo jazdy i całą
drogę obserwując poczynania naszego pilota, usilnie deptałem podłogę mając
wrażenie, że to ja sam prowadzę, istny koszmar. Hitem tamtej wycieczki było,
gdy w zupełnych ciemnościach afrykańskiej nocy, nasz kierowca ilekroć
podjeżdżał do innego pojazdu, gasił swoje światła, zapewne dla oszczędności i
jechał, że tak powiem na światła samochodu przed sobą. Nie przypominam sobie
żebym zmrużył oko tamtej nocy.
![]() |
| Nasz autobus. To dżem, to na pewno dżem, no bo co by innego. |
Wracając do naszego księdza. Gdy
mieliśmy na granicy kenijsko - ugandyjskiej możliwość nieco bardziej mu się
przyjrzeć, doszliśmy do wniosku, że z całą pewnością jest on jedynie
przemytnikiem przebranym za księdza. Wydawał się tak nienaturalny i tak bardzo
nie na miejscu w swojej odświętnej sutannie owiniętej pasem na sterczącym
brzuchy. Wraz z Kasią wysnuliśmy teorię, że z całą pewnością przemyca on
narkotyki upchnięte gdzieś pod ubraniem a strój księdza i pismo święte, z
którym się nie rozstawał, przywdział tylko dla niepoznaki. Miał niezdrowo
wyglądającą, opaloną w czerwone plamy twarz i mętne oczy. Większość pracujących
w Afryce księży i zakonników, na co dzień nosi zwyczajne ubrania, dla czystej
wygody - a już w szczególności nie ubiera swoich służbowych uniformów na długą
i obfitującą w niewygody podróż. Niestety, nasz ksiądz-przemytnik z brzuchem
wypchanym narkotykami i szlachetnymi kamieniami nie został uchwycony przez
służby graniczne, spokojnie wrócił wraz z nami po odprawie do autokaru i
kontynuował swoją podróż aż do samej Kampali.
![]() |
| Granica. |
Pierwsze, co uderzyło nas już za
samą granicą to kolosalna różnica w rozwoju infrastruktury na wsi. Rzadko już
spotykane w Kenii tak zwane maniaty, chatki lepione z wypalanych na słońcu
cegieł lub błota, kryte trzcinowym dachem, dawno zostały już wyparte przez
blaszane lub solidnie murowane konstrukcje. Tymczasem w Ugandzie były one nadal
tak bardzo popularne na wsiach. Oprócz niewielkich osad rozmieszczonych wzdłuż
drogi niczym na westernach, krajobraz urozmaicały nam ciągnące się po horyzont
pola ryżowe. Gdy zaczął zapadać zmierzch, próbowaliśmy oszacować ile jeszcze
może potrwać podróż. Niestety, nieskutecznie. Odpowiedzi naszych autobusowych
sąsiadów zupełnie się ze sobą nie pokrywały i nikt chyba nie miał pojęcia, ile
to jeszcze potrwa. Koniec końców: niewiele się pomyliłem w moich wstępnych
szacunkach, bo po dziesięciu godzinach przekroczyliśmy wypływający z Jeziora
Wiktoria Nil, a po kolejnych dwóch godzinach byliśmy na miejscu.
Kampala przywitała nas
niespotykaną w większości Kenii duchotą. Klimatem, to wielkie parterowo
zbudowane miasto wznoszące się na siedmiu wzgórzach, bardzo przypomina mi
wybrzeże Kenii, ale jest to jedyne podobieństwo. Na drodze panował mniejszy,
jak na warunki afrykańskie chaos: kierowcy byli grzeczniejsi a napotkani przeze
mnie lokalni mieszkańcy znacznie bardziej uprzejmi i mniej nachalni w
porównaniu do Kenijczyków. Jak się stopniowo dowiadywałem po drodze do
mieszkania, w mieście panuje wielki porządek. Jest spokój, przestępczość jest
znikoma, a biali mogą się tutaj czuć bezpiecznie, nawet spacerując po zmroku,
co w Nairobi byłoby nie do pomyślenia. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest duża
liczba policji i wojska, które pracują tutaj znacznie skuteczniej.
Pierwsze wrażenie na ogół bywa
mylne, ja jednak po kolejnym spędzonym tutaj dniu tylko utwierdzam się w moim
przekonaniu, że Uganda może mieć więcej do zaoferowania niż Kenia. Stwierdzam
to z wielkim żalem, gdyż przez fakt, że to Kenia była pierwszym odwiedzonym
przeze mnie krajem afrykańskim, mam do niej spory sentyment. Mimo to, nie da
się zaprzeczyć, że ludzie są tutaj milsi i bardziej serdeczni. Biały na ulicy
nie wzbudza takiej sensacji, mimo że widuje się ich tu znacznie mniej. Lokalni
sprzedawcy nie są napastliwi i nie szukają byle okazji by naciągnąć człowieka.
Przyjmują nie, za nie i życzą nam miłego dnia. Ugandyjczycy często się
uśmiechają a nocami bawią się w dzielnicach, które po zmroku zamieniają się w
wielkie dyskoteki. Wpływ muzułmański nie jest tutaj tak duży, a wszechobecność
uzbrojonej policji znacznie wszystkich uspokaja. Rządy Tutsi okazały się
najwidoczniej korzystne dla sytuacji w tym kraju, podobnie jak zaprowadziły
porządek w Rwandzie. Mimo to, mieszkający tutaj Polacy zdają sobie sprawę z
zagrożenia. Wojsko Ugandyjskie stanowi trzon sił stacjonujących w Somalii,
przez co kraj ten stale jest narażony na ataki islamskich terrorystów
![]() |
| Jak widać zachodni kapitał dotarł już do Ugandy. |
A teraz nieco ciekawostek. Przy
głównej arterii miasta po obydwu stronach szerokiej drogi straszą ogołocone
szkielety olbrzymich billboardów. Puste metalowe konstrukcje z powiewającymi
strzępami dawnych reklam. O co chodzi? Otóż Pani burmistrz któregoś dnia
stwierdziła, że widok kolorowych bilbordów szpeci wygląd miasta. Policja wraz z
wojskiem usunęła więc wszystkie z nich w ciągu jednej nocy, zostawiając jedynie
puste w środku, gołe szkielety. Oplątane u podstawy wiązkami drutu kolczastego,
który ma je zabezpieczyć od ponownej eksploatacji, tworzą ciekawy kontrast ze
szpalerami przyciętych w równiutkie kwadraty, koron soczyście zielonych
drzewek, sadzonych po obydwu stronach drogi.
![]() |
| Ogołocone bilbordy. |
Ciekawostka numer dwa.
Dowiedziałem się, że Ugandę tworzy trzynaście zjednoczonych królestw, jak
przystało na czele każdego z nich stoi nie kto inny jak król. Kampala znajduje
się na terytorium królestwa Bugandy, którego król mieszka gdzieś w mieście. O
ile jednak mi wiadomo - jest to tytuł raczej honorowy. W państwie policyjnym
rządzonym przez nieugiętego prezydenta, nie wydaje mi się by było zbyt wiele do
roboty dla trzynastu królów. O ile wiem, królowie składają sobie wizyty, pertraktują
między sobą a niekiedy tworzą antyrządowe koalicje, co było przyczyną wybuchu
zamieszek przed kilku laty. Wydaje mi się, że ugandyjscy królowie mogą sobie
,,władać”, ale realna władza leży w rękach prezydenta. Gdy wczoraj o tym
usłyszałem, przypomniał mi się cytat mojego ulubionego chyba króla, mianowicie:
króla Juliana. A brzmiał on mniej więcej tak ,,Ja jestem królem, bo mam koronę,
na głowie ją mam, jakbym nie miał to bym nie był.” Próbuję sobie wyobrazić
jednego z tych ugandyjskich monarchów występującego z podobnymi argumentami
przed obliczem prezydenta i ugandyjskiego rządu, domagając się ich osunięcia
lub rozwiązania.
![]() |
| Skrócony kurs głosowania. |
![]() |
| Każdy obywatel na karcie do głosowania ma obowiązek zaznaczyć swój wybór ,,ptaszkiem" albo odbijając w odpowiednim miejscu odcisk swojego kciuka. |







Hej ho!
OdpowiedzUsuńNie spodziewałam się takiej politycyzacji ścian, bardzo sensowny sposób na przekazanie ludziom 'co i jak' bez zamęczania ich i marnowania papieru! :)
Druty kolczaste na murkach odrobinę studzą mój entuzjazm, opowieść o 13 królach wywołuje uśmiech a sieć "Obama's" powoduje ciche westchnienie niedowierzania co do poziomu westernizacji domu Króla Lwa.
Zauważyłam też, że Irene z poprzedniej notki ma nawet bardzo amerykańską czapeczkę... ;-)
Trzymajcie się ciepło (to nietrudne) i pisz, Racist Travelerze, często i długo.