poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Run through the jungle.






Wczoraj nadszedł wreszcie długo oczekiwany przez nas czas powrotu do Subukia. Zgodnie z planem, budowa powinna ruszyć już w tę środę i oficjalnie tak się dzieje. Praktycznie wygląda to nieco inaczej. Ze względu na poprzedzający Wielkanoc Wielki Tydzień, robotnicy wraz z całym sprzętem objawią się nam dopiero w połowie przyszłego tygodnia. Mimo to, odwiedziliśmy dziś nasz mały ugorek, na którym niebawem ma stanąć stolarnia i zamieniliśmy kilka słów z Vincentem, naszym szefem budowy.
Ale mniejsza o budowę. Wczoraj zupełnie przypadkiem narodził się pomysł, by wybrać się dziś na szczyt pobliskiej górki. Górka ma 2500 metrów tak na oko, ale że mieszkamy na 2300 to wdrapać się na nią nie jest wielkim wyczynem. Kasia - moja współtowarzyszka afrykańskiej niedoli - dziś przy śniadaniu, zainspirowana opowieściami jednego z Ojców, doszła do wniosku że jest już w Afryce trzeci tydzień i nadal nie widziała małp. Tak więc połączyliśmy tę wyprawę z moją chęcią wspinaczki i ruszyliśmy na polowanie na małpy.
Droga na górę prowadzi wzdłuż ogrodzenia wyznaczającego granicę ziemi należącej do goszczących nas Franciszkanów. Jeszcze przed wejściem na szlak, napotkaliśmy małego chłopca, miał najwyżej 5-6 lat, nie wiem dokładnie, nie zapytaliśmy. Dzieciak pchał przed sobą ,,taczkę", ale to chyba zbyt szumne określenie tego co pchał, no ale miał na tym...czymś, baniak z wodą. Może pięć litrów, nie więcej. Gdy tylko nas dostrzegł, całkowicie zamarł w wykonywanej pracy i wpatrywał się w nas zszokowany. Mijając, zaproponowałem mu pomoc, był tak zaskoczony, że nic nie odpowiedział. Potem oglądał się za nami dopóki nie zniknęliśmy mu za zakrętem, czyli ładne kilkaset metrów. Tuż za bramą droga zaczynała powoli piąć się ku górze, nie było zbyt stromo, ale było trzeba uważać gdzie stawia się nogi. Rocky road of Africa którą szliśmy graniczyła z lasem, który dawał przyjemny cień. W głębi, pomiędzy drzewami, słychać było szemrzący strumień a za plecami spazmatyczne sapanie Kasi, która właśnie wczoraj rzuciła palenie. Kawałek dalej sforsowaliśmy rzeczony wcześniej akwen, nie ponosząc żadnych strat w ludziach i sprzęcie. Było to pewne odstępstwo od normy, bo jak wspominam historię pieszych wycieczek - jeżeli na drodze pojawia się strumień, to ktoś do niego musi wpaść. A tuż za strumieniem, nim jeszcze wspinaczka na dobre się rozpoczęła – niespodzianka - na olbrzymim drzewie, oplątanym lianami udało nam się wypatrzeć całą rodzinę małp. Niewielka grupa Columbusów skakała zwinnie pośród gałęzi, podczas gdy my obserwowaliśmy je z dołu. Małpy okazały się jednak wyjątkowo wredne i uparcie unikały tej strony drzewa i tych gałęzi, skąd mogliśmy je zobaczyć.
Panorama ze szczytu.
Nim dotarliśmy na szczyt, spotkaliśmy jeszcze kilka mniejszych grup a las znacznie zgęstniał zaczynając przypominać prawdziwą dżunglę. Ze wszystkich stron rozbrzmiewały głosy natury i co rusz coś szeleściło w krzakach. Owady zaczęły być uciążliwe, więc by zachować werwę do dalszej wspinaczki, pogrążaliśmy się we własnych myślach. Unosząc niesiony aparat wysoko nad głowę, gdy przechodziłem przez gęstą roślinność, wyobrażałem sobie, że przedzieram się przez dżunglę Wietnamu a za każdym drzewem może czaić się żółtek. Gdy weszliśmy wyżej, rozciągała się przed nami zapierająca resztki dechu w piersiach panorama Wielkiego Rowu Wschodnioafrykańskiego.
...zabudowania, parę chat i obsiane pola.
Nieoczekiwanie dla Kasi, na szczycie trafiliśmy na zabudowania, parę chat i obsiane pola. Tymi, którzy pierwsi zorientowali się w naszym przybyciu, były oczywiście dzieci. Nie marnując czasu, podbiegły do nas gdy tylko siedliśmy na trawie by nieco odpocząć. Dziesięcioletnia dziewczynka - jak się dowiedzieliśmy imieniem Irene - i jej młodszy, dwuletni braciszek Wilson. Dziewczynka całkiem nieźle mówiła po angielsku, opowiedziała nam o swojej szkole, rodzinie, gdzie mieszka, pokazała nam palcem oddalony punkcik w różowej koszulce, który jak twierdziła, był jej dziadkiem. Chcąc się zrewanżować, podzieliliśmy się z nimi naszą wodą z termosu i sam opowiedziałem skąd przychodzimy. Dziewczynka patrzyła na mnie ze zrozumieniem, ale wydaje mi się że nie miał zielonego pojęcia o czym ten muzungu jej opowiada. I wtedy zaświtała mi myśl, że szkoła do której chodzi ta mała, kościół który odwiedza co niedzielę, wszystko znajduje się na szczycie tego wzgórza, tylko że nieco dalej. Wydaje mi się, że Irene nigdy nie była na dole, nie odwiedziła jeszcze oddalonego o zaledwie pięćdziesiąt kilometrów Nakuru (jedno z większych miast w Kenii). Nie twierdzę, że nie widziała wcześniej białych, to byłaby przesada, ale nie jestem pewien czy kiedykolwiek przebyła drogę w dżungli jak my tego poranka i odwiedziła położoną tam osadę. Przyszło mi do głowy nieco książkowe porównanie tej sytuacji, to tak jak by muminki nigdy nie upuściły Doliny Muminków. Gdy się żegnaliśmy, Irene zaprosiła nas byśmy jeszcze ją odwiedzili i obiecała nas ugościć, na koniec dodała, by Bóg nas błogosławił.
Irene i Wilson
Człowiek zmagający się z naturą.
Droga grzbietem wzgórza była przyjemna, po jednej stronie oglądaliśmy widok na Wielki Rów a z drugiej strony na zielone wzgórza, pośród których lśniły nierdzewną blachą dachy małych chatek. Gdy wreszcie odnaleźliśmy coś, co można było nazwać drogą w dół – zaryzykowaliśmy. Mieliśmy tylko nadzieję, że nie wyprowadzi nas ona w sam środek buszu, bo była zbyt stroma by dało się po niej wejść z powrotem. Na dole znaleźliśmy się ekspresowo, chwytając się zwisających lian i zbiegając od drzewa do drzewa po wydeptanej przez nie wiadomo kogo ścieżce.
Przy obiedzie pochwaliliśmy się, gdzie się wybraliśmy i jak minęła nam droga. Ojcowie pozostawali niewzruszeni naszą wielką wyprawą. Jeden oświadczył z powagą, że to prawda, zejście na dół jest nieco strome i trzeba by tam zasadzić trawę żeby ziemia się nie obsuwała, bo - jak stwierdził - korzenie zwiążą grunt.
Następnie wróciłem w rozmowie do napotkanego o poranku chłopca, który na nasz widok zamarł, wspomniałem też, że taki sam błąd stosu wystąpił jakiś czas temu u kobiet zbierających na polu pomidory. Na nasz widok zupełnie znieruchomiały. Zapytałem Ojca J., czy gdybym stał tam cały dzień, to one też by stały i mi się przyglądały. Odpowiedział mi, że powinienem zacząć pobierać za to opłaty, Ojciec J. to ten sam, który jakiś czas temu opowiadał mi podczas kolacji, że nim poczuł powołanie, chciał się zaciągnąć do lotnictwa i zrzucać na ludzi bomby siedząc za sterami myśliwca. Jak twierdzi - wtedy uważał, że będzie się czuł spełniony w takim zawodzie.                  


  ***

Kawa i rzeczony kubek.
A na koniec ciekawostka. Na kubku, który trzymam na zdjęciu jest nadrukowana ilustracja. Przedstawia grupę kilkudziesięciu stłoczonych dziewczynek i jednego białego zakonnika. Trzymają oni wspólnie transparent z napisem THANK YOU, wymalowany przez dziewczynki. Są to mieszkanki domu dziecka imienia St. Anthonego w Limuru. Dziewczynki w ten sposób chciały podziękować swoim dobroczyńcom. Zdjęcie wraz z kartkami i laurkami od nich, było wysyłane wprost do ludzi którzy bezinteresownie wspierali je finansowo. Zgaduję, że kubek też miał być takim gadgetem dołączanym do paczek z podarkami. Tak się złożyło, że to ja zrobiłem to właśnie zdjęcie gdy odwiedziłem je podczas mojego poprzedniego pobytu w Kenii. Niby mała rzecz - a cieszy.      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz