czwartek, 12 czerwca 2014

Ktoś mi zarąbał sny.



Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu, ale to bynajmniej nie dlatego, że się obijamy, wręcz przeciwnie. Projekt pochłonął nas bez reszty: spotkania z kontaktorem, doglądanie placu budowy i pisanie raportów. Od czasu jak walczyliśmy o złożenie wniosków o wizy w Nairobi, w zasadzie nie ruszamy się z Subukia. Całe dnie spędzamy na miejscu, więc też nie dzieje się zbyt wiele rzeczy, o których warto byłoby pisać. Spotkania przy posiłkach, codzienne obowiązki i usidlająca nas ze wszystkich stron rutyna. Głównym tematem ostatnich rozmów stała się pora deszczowa, za której sprawą znacznie ochłodziła się atmosfera na misji. Żyjemy w zasadzie od weekendu do weekendu, w trakcie którego cały dom rozbrzmiewa głosami przyjezdnych pielgrzymów i odwiedzających sanktuarium gości. Wyprawy w okoliczny busz przestały już być ekscytujące, a podziwianie małpich figli rodzinki columbusów podczas spaceru to już w zasadzie tak zwany zestaw standardowy. Kąpiel w okolicznym wodospadzie nie wzbudza większych emocje niż wyprawa na piwo do oddalonego o kilka kilometrów miasteczka i odwiedziny w naszym stałym barze. Gdy wracamy na górę, mam wrażenie, że nie zajmowałem się w życiu niczym innym niż jazdą na motocyklu na trzeciego, bo już nawet to nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. Co prawda wizyty w mieście nadal są okupione budzeniem ogólnej sensacji wśród lokalnych mieszkańców, ale na to chyba już nic nie poradzę. Podczas jednej ze wspinaczek pod górę postanowiliśmy, że powrocie do Polski zrewanżuję się tym samym i do każdego napotkanego na ulicach Wrocławia czarnoskórego będę wołał z daleka i prosił o pieniądze. Miłą odmianą w monotonii ostatnich tygodni były odwiedziny u sióstr, które mieszkają nieopodal - raptem pięć kilometrów w dół wzgórza. Było to ciekawe doświadczenie - po oglądaniu od pewnego czasu przy każdym posiłku tych samych czarnych twarzy, miło było porozmawiać z kimś po polsku przy kawałku ciasta i filiżance herbatki. Siostry są niezwykle miłe i serdeczne. Siostrę F. znam jeszcze z mojej ostatniej wizyty sprzed lat, siostra K jest tu - jak by się mogło zdawać - od niedawna, ale jest osobą niezwykle ciepłą i przyjazną. Miło mieć takie sąsiadki, tym bardziej że jeszcze przez kilka miesięcy nie możemy tu liczyć na towarzystwo innych Polaków.
Co do samego projektu, to wszytko posuwa się naprzód i chciałoby się powiedzieć, że zgodnie z planem, ale to niestety tylko pobożne życzenie. Co do planu, to trudno w zasadzie ustalić i dojść od porozumienia pomiędzy kontaktorem, inżynierem, głównym majstrem na budowie, a moimi przełożonymi w Polsce (serdecznie pozdrawiam), który plan w zasadzie realizujemy. Problemów jako takich nie ma, gdyż w dalszym ciągu jesteśmy na poziomie fundamentów, tylko że przy okazji ostatniego spotkania okazało się, że nasz poziom fundamentów zaczyna sięgać pierwszego piętra i może czas już powoli zacząć stawiać ściany. Na tym etapie trudno mówić o jakimkolwiek opóźnieniu, co do wydajności pracy naszych ludzi nie mam żadnych zastrzeżeń. Czasem jednak, gdy odwiedzamy plac budowy i widzę ich poczynania to myślę, że Darwin - ojciec ewolucji - przewraca się w grobie. Przez ostatnie dwa tygodnie wypełniali wzniesione fundamenty kamieniem, wrzucali do obrysu budynku kamienie wielkości tułowia sześciolatka, po czym tłukli je młotkami tak długo aż nie zamieniły się w żwir. Dziś zobaczyłem, że zaczęli je wyjmować, zapytałem więc Johna dlaczego je wyciągają. Odpowiedział, że ma być zmiana w planie i trzeba je wyjąć. Wiem o co chodzi, wiec mówię Johnowi że decyzja nie została jeszcze podjęta i będzie trzeba na nią poczekać jeszcze kilka tygodni, nim się zdecydują co z tym zrobić. A w międzyczasie mieli zająć się inną częścią budowy, a te zostawić do czasu podjęcia decyzji. Zasugerowałem też, że jeżeli nowy pomysł nie przejdzie, to będzie trzeba na nowo wypełniać fundament. John zastanowił się chwilę, po czym odparł, że to nie jest problem. Najwyżej napełnią go jeszcze raz. W takich chwilach naprawdę się cieszę, że to kontaktor, a nie my płaci im wszytkim stawkę godzinną, a nas interesuje jedynie ostateczny efekt.
Co rano, jeszcze przed śniadaniem, razem z Kasią wchodzimy na szczyt wzgórza gdzie znajduje się kapliczka i źródełko maryjne. Każdy stopień drogi krzyżowej znamy już na pamięć z najdrobniejszymi szczegółami. Nasz średni czas z pod domu na szczyt wzniesienia, z przerwą na kilka łyków orzeźwiającej wody, to osiemnaście minut. Na ogół po drodze na górę rozmawiamy o tym, co się komu ostatniej nocy śniło. Kilka dni temu przy śniadaniu Kasia pożaliła się, że chyba ktoś jej zarąbał sny. Nie śnią się jej już rzeczy, o których zwykła śnić, tymczasem co noc bierze udział w wojnach, tajnych operacjach szpiegowskich i dalekich wyprawach. Z frustracją oświadczyła mi, że zupełnie nie może się w tych snach odnaleźć, gdyż nie zna realiów i czy to na pewno nie są moje sny. No cóż, ja ostatnimi czasy raczej nie śnię, więc kto wie?

Na koniec dorzucam kilka filmów i zdjęć zrzuconych wreszcie z telefonu.
     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz