piątek, 13 listopada 2015

Dzika gęś.

W odpowiedzi na sugestię jednej z czytelniczek którą zainteresowała wzmianka z poprzedniego post, o spotkanym przeze mnie przed laty najemniku, postanowiłem napisać na ten temat nieco więcej. Postaram się nie przekłamywać faktów i przybliżyć wam tylko te fragmenty naszej wspólnej rozmowy które pamiętam najlepiej. Mimo upływu czasu te wspominania wciąż wydają się dość świeże, w tamtym okresie było to dla mnie bardzo egzotyczne doświadczenie które pokrótce opisałem w jednym z moich dawnych notatników, zdarzyło mi się od tamtej pory kilkukrotnie do niego wracać.
Pamiętam jak na wspomnianym laptopie pokazywał mi zdjęcia, jedno z nich przedstawiało wielką wyrwę na środku drogi. Była dość głęboka by stojącemu w niej amerykańskiemu żołnierzowi było widać jedynie hełm. W koło dziury znajdowały się wraki samochodów a dalsze zdjęcia przedstawiały ledwie rozpoznawalne zwęglone, ludzkie zwłoki.                                                                                Co dziennie rano do amerykańskiej bazy wojskowej  przywożono zapasy. Ciężarówki, pickupy i auta osobowe czekały w szerokim na pięć pasów korku by dotrzeć do bramy z wiezionymi towarami. Wieziono wszytko od jedzenia i chemii i rzeczy codziennego użytku po papier toaletowy. Na bramie następowała kontrola wwożonych dóbr. Oni to znaczy ludzie z którymi pracował mój towarzysz podróży zajmowali się ochroną bazy, poza tym pełnili rolę jednostki szybkiego reagowania. Gdy usłyszał huk eksplozji nie był na służbie, mimo to wraz całą resztą rzucili się do opancerzonych wozów by jechać na miejsce "wypadku". Jeden ze stojących w korku do bramy samochodów okazał się być wyplenionym po brzegi materiałami wybuchowymi samochodem pułapką. Do eksplozji doszło gdy w samym środku morza pojazdów zbliżył się do wiozącej paliwo cysterny. W zamachu i pożarze który objął większą cześć drogi w parę chwil zginęło ponad dwieście osób, nie dało się dokładnie określić ile, po wielu ofiarach nie zostało nic prócz poczerniałego śladu na asfalcie. Nie udało się również w przybliżeniu określić marki samochodu pułapki gdyż tak nie wiele z niego zostało. Pokazuje mi zdjęcie na którym czterech żołnierzy próbuje unieść jakąś bezkształtną bryłę metalu. To silnik z wysadzonego samochodu który przeleciał ponad pięćdziesiąt metrów, żołnierzom nie udało się go unieść własnymi siłami.                                                                            

Zajmowali się również ochroną amerykańskich konwojów z zaopatrzeniem oraz ochroną samych żołnierzy. Zaskoczony nieco byłem dowiadując się że jadącej na "akcję" grupie doborowych amerykańskich żołnierzy towarzyszy kilka wozów z uzbrojonymi najemnikami którzy mają zadbać o to żeby wojsko rzeczywiście do miejsca przeznaczenia dotarło. Potem żywo zainteresowałem się tym tematem i sporo doczytałem. W jednym z takich konwojów auto w którym jechał jako "strzelec" -to ten gościu na siedzeniu pasażera który dotrzymuje towarzystwa kierowcy i zmienia muzykę - zostało ostrzelane. Pech chciał ze akurat z jego strony. Pokazał mi zdjęcie zrobione już w bazie podziurawionym po dziurawionym drzwiom. Gdy podwija spodnie pokazuje mi ślady na łydce po postrzałach. Miał podziurawioną całą nogę od strony drzwi, musiał wrócić do Afryki i spędzić nieco czasu w domu. 
Gdy tylko wydobrzał wrócił do pracy.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz