czwartek, 5 listopada 2015

Z Kenii do Ugandy.

Znów jestem w Ugandzie. Przyjechałem przed wczoraj. Z Nakuru o godzinie 09:30 we wtorek rano miał zabrać mnie autobus jadący do Kampali. Podróż zaczęła się po afrykańsku. To znaczy że kiedy dotarłem na "przystanek" dowiedział się że autobus, a raczej autokar, nie tylko nie wyjechał jeszcze z położonego ponad 200 kilometrów od Nakuru Nairobi, ale nawet tam jeszcze nie dotarł, wciąż znajdował się gdzieś na trasie Mombasa - Nairobi. Dla porównania to troszkę tak jak byśmy jechali z Wrocławia do Krakowa ale kiedy docieramy na stację o wskazanym czasie okazuje że nasz autobus nie dojechał jeszcze z Gdańska do Warszawy. Podróż zatem zaczęła się od czekania, ale cóż to jest te parę godzinek w realiach afrykańskich.
Tak wiec na samym początku załapaliśmy spore opóźnienie, martwiło mnie to trochę. Spodziewałem się opóźnienia ale miałem nadzieję że problemy zaczną się dopiero na granicy, a tu taka niespodzianka. Ku mojemu zaskoczeniu na granicy poszło nam nad wyraz sprawnie. Wciąż czekam na moją kartę ID w paszporcie mam już jednak wbitą wizę dla rezydenta co uprawnia mnie nie tylko do przebywanie w Kenii prze dłuższy czas ale również do podróży w obrębie krajów wspólnoty unii południowo afrykańskiej, to jest Kani, Ugandy i Rwandy, bez konieczności kupowania wizy. Takie małe afrykańskie schengen. Odprawiający mnie celnik nie uznał jednak za stosowne puścić mnie od tak po prostu. Był bardzo miły i uczynny i zaproponował że wypisze mi specjalny blankiecik uprawniający mnie do przekroczenia granicy bez zakupu wizy (zupełnie jak by wbita w moim paszporcie wiza nie była wystarczająca), musiałem zatem zaczekać aż upora się ze wszystkimi pozostałymi pasażerami. Naturalnie gdy skończył zaprosił mnie na "zaplecze", łamiąc wszystkie zasady odnoście ochrony i bezpieczeństwa na granicy, zwyczajnie otworzył mi drzwi do swojego biura i wpuścił mnie za kuloodporną szybę za którą siedział by wręczyć mi paszport wraz z wypełnionym bloczkiem osobiście. Podając mi dokumenty uścisną mi rękę i poprosił o "token of appreciation", nie peszyło go nawet to że zza szyby czekający petenci przyglądali się jak wręczam mu plik banknotów. W zasadzie był to raczej pliczek niż plik i nie było też podstaw do uiszczania tej dodatkowej opłaty, wypisanie mi "przepustki" było zwyczajnie obowiązkiem celnika, w takiej sytuacji nie wypada jednak odmawiać. Celnik mógł zwyczajnie z czystej ludzkiej zawiści znacznie utrudnić mi przeprawę lub nawet ją uniemożliwić, wiec wolałem nie ryzykować. Urzędnik nie był jednak zachwycony wysokością honorarium i na następny raz kazał mi się lepiej przygotować. Mam tylko szczerą nadzieję że wracając nie trafię na tego samego pana. 
po drodze mijaliśmy Biały Dom.
Ugandyjską cześć drogi do Kampali pokonywaliśmy już po zmroku nie było zatem za bardzo na co patrzeć. Jednak w świetle lampionów i naftowych lamp dawało się dojrzeć przydrożne nocne życie. Ludzi sprzedających przekąski z przenośnych grilli, nie wiele różniących się od wózków z węglem. Otwarte nocne kluby kuszące kolorowymi szyldami i sznurami choinkowych lampek, rozgrywki toczone na stołach bilardowych zwyczajnie wstawionych pod przydrożne wiaty z patyków i blachy. Wystrojone kobiety zmierzające na zabawę lub zachęcająco czekające na skrzyżowaniach. Pijanych mężczyzn wytaczających się z barów lub sklepów monopolowych by wysikać się na poboczy.
Z okazji zbliżających się wyborów prezydenckich cała Uganda oblepiona jest plakatami promującymi rozmaitych kandydatów, bezustannie odbywają się spotkania, promocje i prelekcje, przez co miasto co rusz utyka w korku. Przetaczające się przez nie demonstracje i marsze skutecznie blokują wszelki ruch uliczny przynajmniej na kilka godzin. Całe te kampanie wyborcze i szum w mediach wydają mi się nieco na pokaz, ponieważ Museveni zapowiedział już że chce odsłużyć jeszcze jedną kadencję a następnie ustąpi stanowiska. Nie wróżę zatem zbyt wielkich szans dla kandydatów stających w szranki z człowiekiem który w "demokratycznych" wyborach jest wybierany na to stanowisko od blisko trzydziestu lat. W kwestii rządów w tym kraju wydaje mi się że o jakichkolwiek zmianach będzie można mówić dopiero kiedy obecny-były prezydent zwyczajnie uzna że się już nabawił, zabierze swoje zabawki i wyjdzie z piaskownicy.
Podróż autokarem do Ugandy, przypomniała mi pewną historię. Dawno, dawno temu, jakoś tak w okolicach roku 2010, wybrałem się w moją pierwszą zagraniczną afrykańską podróż, do Mwanzy w Tanzanii. Tam i z powrotem pojechałem podobnym autobusem. W drodze powrotnej byłem zachwycony pamiątkami jakie wiozłem na sobie z tego pięknego kraju, robioną na szydełku wełnianą czapkę w barwach tanzanijskiej flagi i robione na miarę klapki z samochodowej opony. Niestety miejscowi nie podzielali mojej fascynacji i na granicy wywoływałem ogólną śmieszność i wesołość, Do tego zaczęło padać i stałem w zasadzie boso w moich oponowych japonkach pośród kałuż i błota urypany po kolana. Po powrocie do autobusu wróciłem na swoje miejsce, i bez szczególnej krępacji przypiąłem z powrotem na pasek ukryty przed kontrolą celną w plecaku nóż. Na co mój towarzysz podróży, siedzący na siedzeniu obok Afrykanin, z którym do tej pory taktownie się ignorowaliśmy, wyraził żywe zainteresowanie, powiedział ze fajny i pochwalił mi się własnym, wyciągniętym z cholewy buta nożem. Po raz kolejny potwierdziło się że nóż zbliża ludzi. Zaskakująca wydała mi się uwaga mojego nowego znajomego że dzięki jakiemuś specjalnemu stopowi z którego wykonany jest jego nóż nie wykrywają go nawet bramki na lotniskach. Zaskoczyła mnie również swoboda z jaką młody mężczyzna posługuje się angielskim (większość spotkanych przeze mnie Tanzańczyków miała z tym spore problemy), z miejsca założyłem że musi być zatem studentem. Jak wynikło nieco później z rozmowy bardzo się pomyliłem. Otóż, mój sąsiad z fotela obok bynajmniej studentem nie był. Dowiedziałem się od niego że jedzie on właśnie do Kampali, przez Nairobi, gdzie mieszka i pracuje, a tutaj jedynie kogoś odwiedzał. Nieoczekiwanie zapytał mnie czy jestem Serbem, zdziwiłem się, zaprzeczyłem i zapytałem skąd taki pomysł. Powiedział że pracował z wieloma Serbami i mieli nieco podobny akcent (mam nadzieję że od tamtej pory mój "akcent" nieco się poprawił), zaciekawiłem się w jakiej to branży młody Ugandyjczyk mógł spotkać wielu Serbów. Był najemnikiem. Przez resztę drogi do Nairobi opowiadał mi o tym jak i gdzie pracował, wyjął laptopa, pokazywał mi zdjęcia zrobione z helikoptera na których były jeszcze niezbombardowane, złote pałace Saddama. Opowiadał o swoim pobycie w Iraku i o tym jak zaczął te pracę. O tym jak w wieku trzynastu lat biegał po ugandyjskiej dżungli z karabinem jako kid soldier, a potem, po latach spotkał Brytyjczyka który zatrudnił go w agnacji zajmującej się szeroko rozumianą ochroną interesów klienta. Nie myślałem jeszcze wówczas zupełnie o pisaniu i zwyczajnie zbagatelizowałem wagę tego spotkania biorąc je zwyczajnie za ciekawą, pogawędkę podczas przejażdżki autobusem, dziś pewnie podszedł bym do tego bardziej profesjonalnie. Moja ostatnia podróż zwyczajnie przypomniała mi o tym niecodziennym spotkaniu i o tym że tego typu wycieczki niekiedy dają nam możliwość nawiązania zupełnie nieoczekiwanych znajomości.  

***

I na koniec chciał bym się pochwalić. Otóż, mój blog oficjalnie śledzą już dwie osoby, pozyskanie "tej drugiej" (Kasia wiernie śledziła moje poczynania od samego początku) zajęło mi ponad rok pracy więc jest co świętować. Korzystając z okazji chciałbym obydwoje imiennie pozdrowić, wielkie dzięki Kasiu i Radku, serdecznie zapraszam również do śledzenia tego co sami publikują:


1 komentarz:

  1. Nie ma za co, po prostu świetnie się to czyta.
    Pozdro z Północy.

    OdpowiedzUsuń