Tak wiec na samym
początku załapaliśmy spore opóźnienie, martwiło mnie to trochę. Spodziewałem
się opóźnienia ale miałem nadzieję że problemy zaczną się dopiero na granicy, a
tu taka niespodzianka. Ku mojemu zaskoczeniu na granicy poszło nam nad wyraz
sprawnie. Wciąż czekam na moją kartę ID w paszporcie mam już jednak wbitą wizę
dla rezydenta co uprawnia mnie nie tylko do przebywanie w Kenii prze dłuższy
czas ale również do podróży w obrębie krajów wspólnoty unii południowo
afrykańskiej, to jest Kani, Ugandy i Rwandy, bez konieczności kupowania wizy.
Takie małe afrykańskie schengen. Odprawiający mnie celnik nie uznał jednak za
stosowne puścić mnie od tak po prostu. Był bardzo miły i uczynny i zaproponował
że wypisze mi specjalny blankiecik uprawniający mnie do przekroczenia granicy
bez zakupu wizy (zupełnie jak by wbita w moim paszporcie wiza nie była wystarczająca), musiałem zatem zaczekać aż upora się ze wszystkimi pozostałymi pasażerami.
Naturalnie gdy skończył zaprosił mnie na "zaplecze", łamiąc wszystkie
zasady odnoście ochrony i bezpieczeństwa na granicy, zwyczajnie otworzył mi
drzwi do swojego biura i wpuścił mnie za kuloodporną szybę za którą siedział by
wręczyć mi paszport wraz z wypełnionym bloczkiem osobiście. Podając mi dokumenty
uścisną mi rękę i poprosił o "token of appreciation", nie peszyło go
nawet to że zza szyby czekający petenci przyglądali się jak wręczam mu plik
banknotów. W zasadzie był to raczej pliczek niż plik i nie było też podstaw do
uiszczania tej dodatkowej opłaty, wypisanie mi "przepustki" było
zwyczajnie obowiązkiem celnika, w takiej sytuacji nie wypada jednak odmawiać.
Celnik mógł zwyczajnie z czystej ludzkiej zawiści znacznie utrudnić mi
przeprawę lub nawet ją uniemożliwić, wiec wolałem nie ryzykować. Urzędnik nie
był jednak zachwycony wysokością honorarium i na następny raz kazał mi się
lepiej przygotować. Mam tylko szczerą nadzieję że wracając nie trafię na tego
samego pana.
![]() |
| po drodze mijaliśmy Biały Dom. |
Ugandyjską cześć drogi
do Kampali pokonywaliśmy już po zmroku nie było zatem za bardzo na co patrzeć.
Jednak w świetle lampionów i naftowych lamp dawało się dojrzeć przydrożne nocne życie. Ludzi sprzedających przekąski z przenośnych grilli, nie wiele różniących
się od wózków z węglem. Otwarte nocne kluby kuszące kolorowymi szyldami i
sznurami choinkowych lampek, rozgrywki toczone na stołach bilardowych
zwyczajnie wstawionych pod przydrożne wiaty z patyków i blachy. Wystrojone kobiety
zmierzające na zabawę lub zachęcająco czekające na skrzyżowaniach. Pijanych
mężczyzn wytaczających się z barów lub sklepów monopolowych by wysikać się na
poboczy.
Z okazji zbliżających
się wyborów prezydenckich cała Uganda oblepiona jest plakatami promującymi
rozmaitych kandydatów, bezustannie odbywają się spotkania, promocje i prelekcje,
przez co miasto co rusz utyka w korku. Przetaczające się przez nie demonstracje
i marsze skutecznie blokują wszelki ruch uliczny przynajmniej na kilka godzin. Całe
te kampanie wyborcze i szum w mediach wydają mi się nieco na pokaz, ponieważ
Museveni zapowiedział już że chce odsłużyć jeszcze jedną kadencję a następnie ustąpi
stanowiska. Nie wróżę zatem zbyt wielkich szans dla kandydatów stających w
szranki z człowiekiem który w "demokratycznych" wyborach jest wybierany
na to stanowisko od blisko trzydziestu lat. W kwestii rządów w tym kraju wydaje
mi się że o jakichkolwiek zmianach będzie można mówić dopiero kiedy obecny-były
prezydent zwyczajnie uzna że się już nabawił, zabierze swoje zabawki i wyjdzie
z piaskownicy.
Podróż autokarem do
Ugandy, przypomniała mi pewną historię. Dawno, dawno temu, jakoś tak w
okolicach roku 2010, wybrałem się w moją pierwszą zagraniczną afrykańską
podróż, do Mwanzy w Tanzanii. Tam i z powrotem pojechałem podobnym autobusem. W
drodze powrotnej byłem zachwycony pamiątkami jakie wiozłem na sobie z tego
pięknego kraju, robioną na szydełku wełnianą czapkę w barwach tanzanijskiej
flagi i robione na miarę klapki z samochodowej opony. Niestety miejscowi nie
podzielali mojej fascynacji i na granicy wywoływałem ogólną śmieszność i wesołość, Do tego zaczęło padać i stałem w zasadzie boso w moich oponowych japonkach
pośród kałuż i błota urypany po kolana. Po powrocie do autobusu wróciłem na
swoje miejsce, i bez szczególnej krępacji przypiąłem z powrotem na pasek ukryty
przed kontrolą celną w plecaku nóż. Na co mój towarzysz podróży, siedzący na
siedzeniu obok Afrykanin, z którym do tej pory taktownie się ignorowaliśmy,
wyraził żywe zainteresowanie, powiedział ze fajny i pochwalił mi się własnym, wyciągniętym
z cholewy buta nożem. Po raz kolejny potwierdziło się że nóż zbliża ludzi. Zaskakująca wydała mi się uwaga mojego nowego znajomego że dzięki jakiemuś specjalnemu
stopowi z którego wykonany jest jego nóż nie wykrywają go nawet bramki na
lotniskach. Zaskoczyła mnie również swoboda z jaką młody mężczyzna posługuje
się angielskim (większość spotkanych przeze mnie Tanzańczyków miała z tym spore
problemy), z miejsca założyłem że musi być zatem studentem. Jak wynikło nieco
później z rozmowy bardzo się pomyliłem. Otóż, mój sąsiad z fotela obok
bynajmniej studentem nie był. Dowiedziałem się od niego że jedzie on właśnie do
Kampali, przez Nairobi, gdzie mieszka i pracuje, a tutaj jedynie kogoś odwiedzał.
Nieoczekiwanie zapytał mnie czy jestem Serbem, zdziwiłem się, zaprzeczyłem i
zapytałem skąd taki pomysł. Powiedział że pracował z wieloma Serbami i mieli
nieco podobny akcent (mam nadzieję że od tamtej pory mój "akcent"
nieco się poprawił), zaciekawiłem się w jakiej to branży młody Ugandyjczyk mógł
spotkać wielu Serbów. Był najemnikiem. Przez resztę drogi do Nairobi opowiadał
mi o tym jak i gdzie pracował, wyjął laptopa, pokazywał mi zdjęcia zrobione z helikoptera
na których były jeszcze niezbombardowane, złote pałace Saddama. Opowiadał o
swoim pobycie w Iraku i o tym jak zaczął te pracę. O tym jak w wieku trzynastu
lat biegał po ugandyjskiej dżungli z karabinem jako kid soldier, a potem, po
latach spotkał Brytyjczyka który zatrudnił go w agnacji zajmującej się szeroko
rozumianą ochroną interesów klienta. Nie myślałem jeszcze wówczas zupełnie o
pisaniu i zwyczajnie zbagatelizowałem wagę tego spotkania biorąc je zwyczajnie
za ciekawą, pogawędkę podczas przejażdżki autobusem, dziś pewnie podszedł bym do
tego bardziej profesjonalnie. Moja ostatnia podróż zwyczajnie przypomniała mi o
tym niecodziennym spotkaniu i o tym że tego typu wycieczki niekiedy dają nam
możliwość nawiązania zupełnie nieoczekiwanych znajomości.
***
I na koniec chciał bym
się pochwalić. Otóż, mój blog oficjalnie śledzą już dwie osoby, pozyskanie
"tej drugiej" (Kasia wiernie śledziła moje poczynania od samego
początku) zajęło mi ponad rok pracy więc jest co świętować. Korzystając z
okazji chciałbym obydwoje imiennie pozdrowić, wielkie dzięki Kasiu i Radku,
serdecznie zapraszam również do śledzenia tego co sami publikują:

Nie ma za co, po prostu świetnie się to czyta.
OdpowiedzUsuńPozdro z Północy.