piątek, 20 listopada 2015

Another good day.

Rzadko piszę o pracy i o tym co tutaj tak na prawdę robię, dziś jednak uznałem że warto. Postanowiliśmy wraz z uczniami-pracownikami, zorganizować spotkanie dla rodziców. W ciągu ostatnich kilku tygodni mieliśmy sporą rotację, kilku chłopaków bezpowrotnie zniknęło, jeden nawet z pobraną wcześniej zaliczką. Zorganizowaliśmy zatem kolejny nabór, by załatać brakujące miejsca w liście obecności. Poza tym, moi kijana (młodzież) z którymi wspólnie z Moricem (naszym "szefem" produkcji), pracujemy już od kilku miesięcy powoli przeistoczyli się z rozwrzeszczanej zgrai obiboków w grupę kompetentnych i rzetelnych pracowników, którzy wiedzą już z której strony złapać za hebel. Przyszedł zatem najwyższy czas by przyjąć nowych i mniej doświadczonych kandydatów którzy może nauczą się czegoś u boku kolegów. Rekrutacja jak zwykle odbyła się w kilku etapach, bo w Afryce na prawdę trudno jest się doprosić żeby ludzie przyszli na wskazaną godzinę i w dodatku wszyscy naraz. Nie miałem zatem ani czasu ani okazji poznać rodziców większości z moich pracowników, uznałem zatem za stosowne, że najwyższy czas żeby rodzice nas odwiedzili. Nie tylko po to żeby przekonać się że rzeczywiście gdzieś tam istnieją, ale również by mogli zobaczyć i dotknąć, mebli będących owocem pracy ich pociech. Datę spotkania wyznaczyliśmy na dziś, o godzinie 14 mieliśmy wspólnie zjeść lunch z rodzicami po czym wszyscy skończyć dziś pracę nieco wcześniej. Przygotowania trwały w zasadzie od trzech dni. Ja musiałem zajęć się sprawami związanymi z poczęstunkiem, przy czym pomagała mi Mama Ester - nie chodzi tu o mamę osoby imieniem Ester, mama w tym wypadku jest raczej tytułem, formą grzecznościową stosowaną w Kenii wobec kobiet które nie są już pannami, nie ma to jednak nic wspólnego ze stanem cywilnym a bardziej z wiekiem i pewnym doświadczeniem. Wspólnie zaplanowaliśmy menu na dziś, zamówiliśmy wszystkie potrzebne produkty i składniki. Okazało się być tego sporo i codziennie dochodziły kolejne rzeczy, sufuria -nie mam pomysłu polskiego odpowiednika, jest to blaszane naczynie wielkości miski na pranie, wystarczająco duża by pomieścić porcję ryżu na sześćdziesiąt osób- dżiko - nazwę zapisuje fonetycznie, piecyk na węgiel drzewny, przypominający przeciętą w połowie beczkę, na żarze ustawia się garnek- oprócz tego zwyczajne produkty spożywcze, mięso, warzywa, ryż, trzydzieści kilo mąki na ugali, dwadzieścia litrów oleju i wiele, wiele innych. Przygotowania trwały też oczywiście w samej stolarni, gości należało bowiem odpowiednio przyjąć. Zrobiliśmy nowy stół i odmalowaliśmy stary, zakupiliśmy ceraciane obrusy w ananasy- jedyny wzór który był dostępny z roli na metry. Justus wraz Samuelem, moje dwa osiłki, o dziwo obydwaj utalentowani jak się okazuje stolarze, cały wczorajszy dzień "reperowali" taborety, których dawno temu w ramach treningu uczniowie wykonali kilkanaście, a których użytkowość była do tej pory raczej żadna. Dziś od rana trwało wielkie sprzątanie, udało nam się wreszcie popakować w worki i wywieść do garażu pod domem kilkadziesiąt kilogramów odpadków i ścinków- kawałków drewna zbyt małych lub z byt zniszczonych by użyć ich chociażby do treningu- naturalnie największą atrakcją była przejażdżka ciężarówką która podrzuciła nas wraz z naszym ładunkiem pod sam garaż. Chłopaki byli w niebo wzięci gdy pędziła wyboistą drogą a my trzymaliśmy się metalowej konstrukcji na pace.
Rodzice pojawili się ale naturalnie nieco spóźnieni, no ale przecież mamy tu afrykański czas więc nie ma się co dziwić. Zaczęliśmy od oprowadzenia ich po warsztacie i pokazania każdej maszyny i wykonanego przez nas mebla, które specjalnie odkurzyliśmy i rozstawiliśmy na te okoliczność niczym wystawkę. Wydawali się być pod wrażeniem. Posiłek poprzedziło kilka "przemówień" ja podziękowałem wszystkim za przybycie, jeden z zakonników który również się pojawił wspomniał parę słów na temat mojego rychłego wyjazdu i nadciągających zmian, zaproszona, goszcząca u nas na rekolekcjach siostra zakonna też powiedziała kilak słów. Potem podziękowaliśmy panią kucharką za przygotowanie posiłku i zaczęła się biesiada. Po wszystkim delegacja rodziców podziękowała mi za te całą inicjatywę i tak dalej, a uczniowie zabrali się do ogarniania warsztatu.            
wspomniana rekrutacja




pierwsze zdjęcie rodzinne, polecam zwrócić uwagę na koszulkę mamy w zielonym (pierwszy rząd, środek) 
kurczaki w kąpieli

kijana na motocyklu

Wydaje mi się ze ogólny zamysł został spełniony, dla nas, była to okazja do zrobienia generalnego porządku w warsztacie i pretekst do przygotowaniu oraz zakupu paru rzeczy które od dawna były nam potrzebne. Rodzice wreszcie zobaczyli warsztat i nie jest on już dla nich tylko jakimś abstrakcyjnym miejscem do którego codziennie rano udają się ich synowie i córki- a tak mamy od poniedziałku w warsztacie trzy dziewczynki, Ann, Beth i Nine. Zapowiedziałem też już że spotkanie mam zamiar powtórzyć jeszcze raz, przed moim wyjazdem w grudniu.              

***

Poniższy tekst początkowo miał być głównym tematem tego wpisu, po dzisiejszym dniu i w świetle wydarzeń sprzed tygodnia - Paryż-, postanowiłem sobie darować. Umyślnie jednak nie zamieściłem go na początku bo w przeciwnym razie nikogo nie zainteresowało by moje za przeproszeniem, pierdolenie o obiadku z rodzicami.

Do napisania tego posta zbierałem się od kilku dni. Dawno nic nie zamieszczałem uznałem wiec, że zwyczajnie najwyższy już czas. Najbardziej aktualnym tematem wydał mi się szalejący obecnie nad Kenią, niesławny, El- Nino. Od trzech dni regularnie oglądałem wiadomości, wypytywałem odwiedzających nas gości co słychać w ich stronach i robiłem notatki. Zbierałem informacje. Jednak nie to stało się ostatecznie głównym tematem tego psota, napomknę zatem jedynie o kilku zdarzeniach z ostatnich dni, by ogólnie zarysować skale zjawiska jakim w Kenii okazała się tego roczna pora deszczowa. O tysiącach ludzi odciętych od świata przez masy wody, które uczyniły drogi nieprzejezdne, zerwały mosty i linie wysokiego napięcia. O ofiarach powodzi, porwanych przez szalejący żywioł, o kobiecie która umarła z wyziębienia na dachu swojego domu czekając na pomoc, gdy woda wdarła się do środka. O karetce zagrzebanej w błocie na sześć godzin, która akurat wiozła rodzącą kobietę do szpitala. O regionach gdzie nie da się obecne inaczej dotrzeć jak helikopterem. Czy o ciałach wyławianych z rzek, które nie wiadomo jak długo były niesione przez wodę i gdzie szukać rodzin ofiar. Ludzie w regionach szczególnie dotkniętych powodzą budują prowizoryczne mosty z gałęzi i pni drzew by przedostać się na drugą stronę, jeszcze nie dawno niewielkich rzek, które obecnie przeobraziły się w rwące potoki napędzane ciągłymi ulewami. Przekroczenie takiego mostu to codzienna loteria, niestety nie wszystkim udaje się dotrzeć na drugi brzeg. Dwa dni temu, schodząca lawina błota pogrzebała we śnie pięcioosobową rodzinę. Podobnych jak podane po wyżej przypadków jest wiele w całym kraju, ale zwyczajnie nie wszystkie docierają do wieczornych wiadomości.    


2 komentarze:

  1. Dowiedziałeś się w końcu do czego były im potrzebne te pierzaste kury w garnku?

    OdpowiedzUsuń
  2. Na rosół, tylko nie wiem czemu gotowali je w mundurkach.

    OdpowiedzUsuń