No i pozazdrościłem. Jeden z moich pracowników który do pracy przyjeżdża rowerem zainspirował mnie by też wybrać się na rowerową wycieczkę, choćby niewielką. Pamiętałem że jakiś czas temu Siostry zakupiły kilka rowerów, przedzwoniłem, zapytałem, dogadaliśmy się, nie ma problemu mogę pożyczyć. Wczoraj znów musieliśmy pracować przy tej niedokończonej wciąż kuchni, nauczyłem się za to jak się kładzie dach i ściany z blachy falistej, niewątpliwie bardzo przydatna umiejętność. W zamian za pomoc oraz z racji tego że stolarnia czeka właśnie na duże zamówienie, zarządziłem wolną sobotę dla wszystkich.
Tak więc dziś wyspałem
się a potem po lekkim śniadaniu ruszyłem na duł pożyczyć wspomniany rower od
Sióstr. Na miejsce dotarłem dość szybko i sprawnie, w końcu miałem z górki.
Wypiliśmy wspólnie herbatę, Siostra K poczęstowała mnie ciastem i pokazała
rowery. Nie do końca tego się spodziewałem, liczyłem raczej na wysoki, ciężki,
złomek. Taki na jakich zwykło się tutaj jeździć. Tym czasem rowerek jak
poniżej....
![]() |
| Rowerek. |
Mimo to ucieszyłem się
jak dziecko. Z okazji minionego kongresu z Subukia na górę zrobiono nam nową
drogę. Postanowiłem ją zatem przetestować, słyszałem że jest dłuższa pomyślałem
zatem ze musi być też mniej stroma, a skoro mam jechać rowerem powinno mi to
znacznie ułatwić wspinaczkę. Droga zaczynała się kilka kilometrów za
miasteczkiem Subukia, postanowiłem więc zjechać na sam dół i zahaczyć o
miejscowość.
Wyjechałem z jednaj z
bocznych uliczek nucąc pod nosem melodię z jakiegoś starego westernu, mój
fioletowy rumak niósł mnie dzielnie kamienisto-piaszczystą drogą. A ludzie
zamierali przy pracy i przyglądali mi się z otwartymi ustami, a potem wybuchali
głośnym śmiechem i pozdrawiali mnie krzycząc "muzungu"! W sumie nie
ma się im co dziwić, nie dość że biały to do tego na rowerze, damskim a na
dodatek fioletowym, no śmiech po prostu. Ale co mi tam, przejechałem przez całe
miasto budząc ogólną wesołość, dzieciaki biegły za mną całą bandą machając i
krzycząc, wiec i ja machałem do nich i też krzyczałem. One do mnie w swahili a
ja do nich po polsku. Przed wyjazdem z Subukia zatrzymałem się na butelkę sody
i żeby zapytać o dalszą drogę, powiedziano mi żeby dojechać na górę będę musiał
skręcić jakieś trzy kilometry dalej za rzeką, miała być tam tablica
informacyjna. No i pojechałem.
Zgodnie z relacją
sprzedawcy sody, po jakichś trzech kilometrach asfaltu widziałem już tablica na
zakręcie kamienistej drogi prowadzącej w prawo. No i wtedy właśnie jak to
mawiał mój kolega z koła rowerowego do którego należałem w latach podstawówkowo-szkolnych, "odpadło mi pdało". Niby nic wielkiego, niby drobiazg śruba puściła i
tyle ale jechać się tak nie da. Pozbierałem wszystkie odpadnięte elementy z
piachu pobocza, oceniłem straty. Śruba zwyczajnie się odkręciła, trzymająca ją
na miejscu plastikowa zaślepka też wyskoczyła i kawałek korby wraz ze
znajdującym się na końcu pedałem zwyczajnie odpadł. Klucza naturalnie ze sobą
nie miałem, już w Subukia musiałem pożyczać od jakiegoś uczynnego sklepikarza
cały komplet, kiedy chciałem podnieść siodełko. Czyli tak, czy tak trzeba było
prowadzić, pytanie jak daleko i w którą stronę. Do miasta jakieś trzy kilometry
z powrotem, no a dalej co? Nawet jak zreperuję rower to nie wiadomo czy znów mi
się nie rozwali, do Sióstr przecież nie wrócę bo nie wypada oddać popsutego
roweru, no bo jak to, pożyczyłem działający a oddam zepsuty? No nie, nie ma
mowy. Poza tym uznałem ze w miasteczku mieli już ze mnie dość śmiechu i nie ma
co przeholowywać, czyli naprzód. Na zakręcie przy tablicy był niewielki kiosk,
zapytałem o komplet kluczy. Sprzedawca nie miał kompletu ale miał dobre chęci i
klucz w innym rozmiarze, naprawić oczywiście się nie udało, ale za to
zakleszczył mi śrubę na gwincie tak że już ani odkręcić ani przykręcić się jej
bez porządnego klucza nie dało. Podziękowałem mu za jego dobre chęci i ruszyłem
w drogę powrotną na górę.
![]() |
| Rowerek i Ja, selfiaczek. |
No i tak rowerem i
pieszo (głównie jednak pieszo) pokonałem kilkanaście kilometrów dzielących mnie
od domu. Namęczyłem się pchając rower pod górę, na miejsce dotarłem ledwo żywy. Gdy droga nieco opadała w dół
pomysłowo postanowiłem uprzyjemnić sobie wycieczkę krótkimi zjazdami. Zwykle
potem musiałem się wracać wybierając z piachu pogubione elementy korby, bo jak
się okazało zakleszczona śruba wcale nie trzymała tak twardo jak się na
początku wydawało. Trudno powiedzieć czy wycieczkę uważam za udaną czy nie, na
pewno była to jakaś odmiana od codziennej pracy w stolarni czy za biurkiem. Pół
przytomny, pchając rower pod górę nie miałem siły robić jeszcze zdjęć (
cyknąłem tylko parę) ale widoki niczego sobie. No i oczywiście znów byłem
atrakcją dla miejscowych, dzieciaki zlatywały się z całego sąsiedztwa żeby
popatrzeć jak muzungu z wypiekami na twarzy prowadzi taki śliczny fioletowy
rower przez wieś.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz