Dokładnie rok temu, co
do dnia opublikowałem na tym blogu post pod tytułem Hero day, opowiadałem w nim
o tym jak wraz z Kasią niespodziewanie trafiliśmy w gościnę do Petera i jego
rodziny. Dziś historia zatoczyła przysłowiowe koło.
Peter zapraszał mnie do
siebie wiele razy, w zasadzie robi to przy każdej okazji naszego spotkania. Z
premedytacją starałem się jakoś wykręcać od tych odwiedzin. Znam gościnność Kenijczyków
i doceniam ją, ale wybranie się tutaj do kogoś na powiedzmy, jedną godzinkę,
jest niemal niemożliwe. Herbatka zamienia się w lunch, lunch w popołudniową herbatkę
a z kolei ona w wczesną kolacje, i tak można aż do późnej nocy. Dlatego jeżeli
nie ma się całego dnia na przesiedzenie to takie "odwiedziny" mogą
okazać się problematyczne. Z własnego doświadczenia wiem że często prowadzi to
do niezręcznych sytuacji w których gość (ja) próbuje się grzecznie pożegnać i
podziękować za miłe przyjęcie, tymczasem gospodarz (w tym przypadku Peter) za wszelką
cenę stara się go zatrzymać. No i tak się jakoś złożyło że dałem się wreszcie
namówić na wizytę. Zupełnie umknęło mi że narodowe święto dzięki któremu
stolarnia ma dziś wolne to ta sama okazja przy jakiej poznaliśmy się z Peterem
rok temu, gdy wraz z Ojcem J. odebrali nas przemoczonych i zziębniętych od sióstr.
Dziś od rana świeciło
słońce, na niebie widać było jednak chmury zwiastujące popołudniowy deszcz. Kika dni
temu zawitał w te strony El Nino, fala ulewnych deszczy nawiedziła już
niektóre regiony Kenii a media przestrzegają przed zagrożeniem powodziowym. Do
domu Petera dotarłem jeszcze przed południem. Na podwórku powitali mnie jego
synowie, ci młodsi, Eryk, najstarszy jest już na studiach. Z podwórka wchodzę
do chaty gdzie spotykam żonę Petera. Częstuje mnie herbatą i tłumaczy że mąż
jest na spotkaniu. Gdy wraca opowiada mi o istocie tego zgromadzenia, otóż wraz
z sąsiadami chcą się "złożyć" na rury którymi będą mogli doprowadzić z położonej wyżej rzeki wodę wprost do sowich domów. Pociągnięcie takiego mini
rurociągu znacznie ułatwiło by im życie. Jestem świadkiem jak wózek
zaprzęgnięty w dwa osiołki dowozi im wodę ze strumienia, synowie Petera
rozładowują plastikowe baniaki. Peter naturalnie nie daje się przekonać że
wpadłem tylko na herbatę i po drugim kubku słodkiej jak ulepek herbaty z
mlekiem nie mam innego wyboru jak tylko czekać do wczesnego lunchu. W
międzyczasie siedzimy wewnątrz i rozmawiamy oglądając w telewizji obchody dnia
bohaterów na stadionie narodowym w Nairobi, podczas gdy jego żon gotuje w
niewielkiej komórce na podwórku. Hero Day lub Mashaja jest tutaj hucznie obchodzone. Po murawie stadionu maszerują zastępy żołnierzy w galowych
mundurach. Marynarka w białych, piechota w tradycyjnych dżunglowych panterkach
z karabinami na ramieniu, granatowe i czerwone mundury, na wzór brytyjskich
sprzed okresu wojen burskich noszą chyba kompanie honorowe. Mają białe
rękawiczki a prowadzący ich oficer maszeruje sztywno przyciskając do piersi
lśniący pałasz. Tuż przy nim, prezydent i wielki gruby generał w białym
mundurze i szerokiej czapce. Tłum na trybunach wiwatuje, długą przemowę prezydenta poprzedza hymn i wniesienie na stadion sztandarów. Jeszcze przed lunchem
wychodzimy z Peterem na zewnątrz i zwiedzamy całe jego poletko, jest zadbane i
schludne, otoczone równym żywopłotem. Sadzi tu sukume, bataty, kukurydzę ma
nawet kilka drzew z avocado i jedną krowę. Siadamy do lunchu, ziemniaki w sosie i do tego ciapaty, wszytko super smaczne i do syta. Po
jedzeniu jeszcze jakiś czas wspólnie rozmawiamy. Ale przychodzi na
mnie czas, więc żegnam się wychodzę, gospodarz wraz z żoną odprowadzają mnie kawałeczek
pokazując skrót przez pobliskie pole. Machamy sobie na pożegnanie, przyglądają
mi się gdy ruszam w dół droga prowadzącą do miasteczka.
![]() |
| Peter z małżonka. |
Po dotarciu do Subukia,
zaglądam do baru gdzie bywałem z Kasią, witam się z barmanką Ann i jednorękim właścicielem.
Wszyscy dopytują się czemu nie ma jej ze mną, doskonale pamiętając nas z przed
roku. Przy barze zamawiam małpkę ginu i na wszelki wypadek dezynfekuje wszystko
co mogło wypełznąć z tego strumienia z którego Peter czerpie wodę. Bo przecież
nie jest tajemnicą że to z wody właśnie wyszło wszelkie życie, a w Afryce "ameba
hyc".
![]() |
![]() |
Ulice Subukia wyglądają
dziś nico inaczej niż zazwyczaj, w oknach i na ścianach budynków powiewają
narodowe flagi, nie jest ich jednak dużo. Z okazji święta jeszcze więcej ludzi
dziś siedzi tu w ogólnym afrykańskim bezruchu. Gdzieś od strony kościoła
słychać śpiewy, kawałek dalej gra jakaś muzyka i ktoś tańczy a na boisku
szkolnym odbywa się uroczystość na miarę małego miasteczka, prowizoryczna
mównica, panie i panowie elegancko ubrani pod białymi namiotami. Jednak większość
przechodniów celebruje dziejesz święto zwyczajnie siedząc i słuchając radiowej
transmisji z obchodów w stolicy lub oglądając prezydenta w telewizji. Dla mnie
kolejnym punktem dzisiejszego programu jest spotkanie z moimi pracownikami. Po
raz pierwszy mam spotkać się z nimi na tak zwanej płaszczyźnie prywatnej.
Wczoraj sami zaproponowali że może z okazji święta spotkamy się gdzieś w
mieście i pójdziemy coś zjeść i na jakąś sodę. Umówiliśmy się na drugą.
Naturalnie o czternastej nie zjawił się nikt prócz mnie i Morisa, moje szefa
produkcji. W Afryce rzecz dość zwyczajna, spóźnienie. Po pół godzinie
postanowiliśmy dłużej nie czekać na resztę i przeszliśmy się po okolicy
szukając czegoś do zjedzenia. Stanęło na pieczonej kózce, zamówiliśmy półtorej
kilo do tego frytki.
A jak się w Afryce
serwuje taką kózkę czy każde inne pieczone mięso w tego typu lokalach? Pod
nazwą "tego typu lokale" kryje się drewniana buda która jest
połączeniem stołówki ze sklepem mięsnym. Gdzie najczęściej posiłek zaczyna się
od pokazania paluchem kawałka mięcha zawieszonego na haku z którego życzymy
sobie żeby rzeźnik-kucharz (profesja łączona) wyciął nam nasze zamówienie.
Stoły obite są ceratą z przed stu lat, na środku lady wychamrana jest dziura od
rąbania tasakiem mięsa na porcje, a lunch serwuje się na drewnianych deskach
które chyba nigdy nie były myte, co i tak nie ma znaczenia bo przez ilość
tłuszczu który je zaimpregnował zyskały cechę "wodoodporność". Tym
razem nie musimy czekać aż przygotują dla nas posiłek. Korpulentna pani zdejmuje z grilla przygotowane już mięso pozawijane w folie, wybieramy te
zawiniątka które najbardziej nam odpowiadają. Następnie przynosi to mięso na
wspomnianej wcześniej desce i wielkim nożem zaczyna dla nas skrawać je w
mniejsze kawałki, kostkę lub paski jak jej się akurat ukroi. Naturalnie nie
nosi przy tym rękawiczek i nie krępuje się przy tym dotkliwie przemacać naszej
koziny, pozostaje tylko mieć nadzieję że po rąbaniu surowego mięsa umyła rączki
(nie, nie umyła, widziałem). No i zaczyna się uczta, siadamy z Morisem na
przeciw siebie raz po raz sięgamy po nakrojone na desce mięso,
"zamaczamy" je w rozsypanej na desce soli i chaps. Siadłem pod
ścianą, a raczej ścianką, do połowy wysokości od ziemi sklejka, od połowy do
sufitu siatka. Po drugiej stronie, na rzeźnickich hakach dyndają półtusze, po
szczeciniastych pędzelkach na końcach obdartych ze skóry ogonków odróżniam
cielaki od kóz i owiec. Co chwila do "klatki" wchodzi postawny facet
w zachlapanym zeschłą krwią fartuchu i brzeszczotową piłką do metalu rżnie
mięcho.
![]() |
| Moris i mięsna klatka. |
Po lunchu znów się
dezynfekuję. Gdy kończymy dołącza do nas jeszcze dwóch chłopaków ze stolarni którzy
spóźnili się półtorej godziny. Wypijamy z nimi sodę plotkując, rozmowa idzie
raczej ciężko, oni nie znają angielskiego ja swahili, Moris robi za tłumacza.
Po wszystkim żegnamy się i biorę motocykl na górę by zdążyć przed popołudniowym
deszczem. Po dotarciu znów czeka mnie prysznic przy świecach bo pod moją nieobecność
wywaliło prąd. Na wszelki wypadek jeszcze raz zażywam moje lekarstwo.
***
Ciekawostka.
Poniższe zdjęcie
przedstawia jednego z naszych zadowolonych klientów który właśnie odbiera swoje
małżeńskie łoże, wymiary 4x6 stóp.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz