wtorek, 20 października 2015

Another Hero Day.

Dokładnie rok temu, co do dnia opublikowałem na tym blogu post pod tytułem Hero day, opowiadałem w nim o tym jak wraz z Kasią niespodziewanie trafiliśmy w gościnę do Petera i jego rodziny. Dziś historia zatoczyła przysłowiowe koło.
Peter zapraszał mnie do siebie wiele razy, w zasadzie robi to przy każdej okazji naszego spotkania. Z premedytacją starałem się jakoś wykręcać od tych odwiedzin. Znam gościnność Kenijczyków i doceniam ją, ale wybranie się tutaj do kogoś na powiedzmy, jedną godzinkę, jest niemal niemożliwe. Herbatka zamienia się w lunch, lunch w popołudniową herbatkę a z kolei ona w wczesną kolacje, i tak można aż do późnej nocy. Dlatego jeżeli nie ma się całego dnia na przesiedzenie to takie "odwiedziny" mogą okazać się problematyczne. Z własnego doświadczenia wiem że często prowadzi to do niezręcznych sytuacji w których gość (ja) próbuje się grzecznie pożegnać i podziękować za miłe przyjęcie, tymczasem gospodarz (w tym przypadku Peter) za wszelką cenę stara się go zatrzymać. No i tak się jakoś złożyło że dałem się wreszcie namówić na wizytę. Zupełnie umknęło mi że narodowe święto dzięki któremu stolarnia ma dziś wolne to ta sama okazja przy jakiej poznaliśmy się z Peterem rok temu, gdy wraz z Ojcem J. odebrali nas przemoczonych i zziębniętych od sióstr.
Dziś od rana świeciło słońce, na niebie widać było jednak chmury zwiastujące popołudniowy deszcz. Kika dni temu zawitał w te strony El Nino, fala ulewnych deszczy nawiedziła już niektóre regiony Kenii a media przestrzegają przed zagrożeniem powodziowym. Do domu Petera dotarłem jeszcze przed południem. Na podwórku powitali mnie jego synowie, ci młodsi, Eryk, najstarszy jest już na studiach. Z podwórka wchodzę do chaty gdzie spotykam żonę Petera. Częstuje mnie herbatą i tłumaczy że mąż jest na spotkaniu. Gdy wraca opowiada mi o istocie tego zgromadzenia, otóż wraz z sąsiadami chcą się "złożyć" na rury którymi będą mogli doprowadzić z położonej wyżej rzeki wodę wprost do sowich domów. Pociągnięcie takiego mini rurociągu znacznie ułatwiło by im życie. Jestem świadkiem jak wózek zaprzęgnięty w dwa osiołki dowozi im wodę ze strumienia, synowie Petera rozładowują plastikowe baniaki. Peter naturalnie nie daje się przekonać że wpadłem tylko na herbatę i po drugim kubku słodkiej jak ulepek herbaty z mlekiem nie mam innego wyboru jak tylko czekać do wczesnego lunchu. W międzyczasie siedzimy wewnątrz i rozmawiamy oglądając w telewizji obchody dnia bohaterów na stadionie narodowym w Nairobi, podczas gdy jego żon gotuje w niewielkiej komórce na podwórku. Hero Day lub Mashaja jest tutaj hucznie obchodzone. Po murawie stadionu maszerują zastępy żołnierzy w galowych mundurach. Marynarka w białych, piechota w tradycyjnych dżunglowych panterkach z karabinami na ramieniu, granatowe i czerwone mundury, na wzór brytyjskich sprzed okresu wojen burskich noszą chyba kompanie honorowe. Mają białe rękawiczki a prowadzący ich oficer maszeruje sztywno przyciskając do piersi lśniący pałasz. Tuż przy nim, prezydent i wielki gruby generał w białym mundurze i szerokiej czapce. Tłum na trybunach wiwatuje, długą przemowę prezydenta poprzedza hymn i wniesienie na stadion sztandarów. Jeszcze przed lunchem wychodzimy z Peterem na zewnątrz i zwiedzamy całe jego poletko, jest zadbane i schludne, otoczone równym żywopłotem. Sadzi tu sukume, bataty, kukurydzę ma nawet kilka drzew z avocado i jedną krowę. Siadamy do lunchu, ziemniaki w sosie i do tego ciapaty, wszytko super smaczne i do syta. Po jedzeniu jeszcze jakiś czas wspólnie rozmawiamy. Ale przychodzi na mnie czas, więc żegnam się wychodzę, gospodarz wraz z żoną odprowadzają mnie kawałeczek pokazując skrót przez pobliskie pole. Machamy sobie na pożegnanie, przyglądają mi się gdy ruszam w dół droga prowadzącą do miasteczka.   

Peter z małżonka.


Po dotarciu do Subukia, zaglądam do baru gdzie bywałem z Kasią, witam się z barmanką Ann i jednorękim właścicielem. Wszyscy dopytują się czemu nie ma jej ze mną, doskonale pamiętając nas z przed roku. Przy barze zamawiam małpkę ginu i na wszelki wypadek dezynfekuje wszystko co mogło wypełznąć z tego strumienia z którego Peter czerpie wodę. Bo przecież nie jest tajemnicą że to z wody właśnie wyszło wszelkie życie, a w Afryce "ameba hyc". 





Ulice Subukia wyglądają dziś nico inaczej niż zazwyczaj, w oknach i na ścianach budynków powiewają narodowe flagi, nie jest ich jednak dużo. Z okazji święta jeszcze więcej ludzi dziś siedzi tu w ogólnym afrykańskim bezruchu. Gdzieś od strony kościoła słychać śpiewy, kawałek dalej gra jakaś muzyka i ktoś tańczy a na boisku szkolnym odbywa się uroczystość na miarę małego miasteczka, prowizoryczna mównica, panie i panowie elegancko ubrani pod białymi namiotami. Jednak większość przechodniów celebruje dziejesz święto zwyczajnie siedząc i słuchając radiowej transmisji z obchodów w stolicy lub oglądając prezydenta w telewizji. Dla mnie kolejnym punktem dzisiejszego programu jest spotkanie z moimi pracownikami. Po raz pierwszy mam spotkać się z nimi na tak zwanej płaszczyźnie prywatnej. Wczoraj sami zaproponowali że może z okazji święta spotkamy się gdzieś w mieście i pójdziemy coś zjeść i na jakąś sodę. Umówiliśmy się na drugą. Naturalnie o czternastej nie zjawił się nikt prócz mnie i Morisa, moje szefa produkcji. W Afryce rzecz dość zwyczajna, spóźnienie. Po pół godzinie postanowiliśmy dłużej nie czekać na resztę i przeszliśmy się po okolicy szukając czegoś do zjedzenia. Stanęło na pieczonej kózce, zamówiliśmy półtorej kilo do tego frytki.                                                                               
Jak w się a Afryce serwuje taką kózkę czy każde inne pieczone mięso w tego typu lokalach? Pod nazwą "tego typu lokale" kryje się drewniana buda która jest połączeniem stołówki ze sklepem mięsnym. Gdzie najczęściej posiłek zaczyna się od pokazania paluchem kawałka mięcha zawieszonego na haku z którego życzymy sobie żeby rzeźnik-kucharz (profesja łączona) wyciął nam nasze zamówienie. Stoły obite są ceratą z przed stu lat, na środku lady wychamrana jest dziura od rąbania tasakiem mięsa na porcje, a lunch serwuje się na drewnianych deskach które chyba nigdy nie były myte, co i tak nie ma znaczenia bo przez ilość tłuszczu który je zaimpregnował zyskały cechę "wodoodporność". Tym razem nie musimy czekać aż przygotują dla nas posiłek. Korpulentna pani zdejmuje z grilla przygotowane już mięso pozawijane w folie, wybieramy te zawiniątka które najbardziej nam odpowiadają. Następnie przynosi to mięso na wspomnianej wcześniej desce i wielkim nożem zarzyna dla nas skrawać je w mniejsze kawałki, kostkę lub paski jak jej się akurat ukroi. Naturalnie nie nosi przy tym rękawiczek i nie krępuje się przy tym dotkliwie przemacać naszej koziny, pozostaje tylko mieć nadzieję że po rąbaniu surowego mięsa umyła rączki (nie, nie umyła, widziałem). No i zaczyna się uczta, siadamy z Morisem na przeciw siebie raz po raz sięgamy po nakrojone na desce mięso, "zamaczamy" je w rozsypanej na desce soli i chaps. Siadłem pod ścianą, a raczej ścianką, do połowy wysokości od ziemi sklejka, od połowy do sufitu siatka. Po drugiej stronie, na rzeźnickich hakach dyndają półtusze, po szczeciniastych pędzelkach na końcach obdartych ze skóry ogonków odróżniam cielaki od kóz i owiec. Co chwila do "klatki" wchodzi postawny facet w zachlapanym zeschłą krwią fartuchu i brzeszczotową piłką do metalu rżnie mięcho.

Moris i mięsna klatka.

Po lunchu znów się dezynfekuję. Gdy kończymy dołącza do nas jeszcze dwóch chłopaków ze stolarni którzy spóźnili się półtorej godziny. Wypijamy z nimi sodę plotkując, rozmowa idzie raczej ciężko, oni nie znają angielskiego ja swahili, Moris robi za tłumacza. Po wszystkim żegnamy się i biorę motocykl na górę by zdążyć przed popołudniowym deszczem. Po dotarciu znów czeka mnie prysznic przy świecach bo pod moją nieobecność wywaliło prąd. Na wszelki wypadek jeszcze raz zażywam moje lekarstwo.
***
Ciekawostka.


Poniższe zdjęcie przedstawia jednego z naszych zadowolonych klientów który właśnie odbiera swoje małżeńskie łoże, wymiary 4x6 stóp.  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz