czwartek, 8 października 2015

A good day.

To był po prostu dobry dzień.
Podczas mojego krótkiego pobytu w Polsce jakoś nie miałem kiedy, ani o czym pisać. Skupiłem się na załatwieniu parę niezbędnych rzeczy w szkole i obronie pracy licencjackiej za którą do dziś się wstydzę. Po powrocie też nie bardzo było kiedy pisać, po krótkim pobycie w Nairobi dosłownie wpadłem na narodowy kongres eucharystyczny w Subukia. Budzę się rano a za oknem trzydziestotysięczny tłum pielgrzymów, największe tego typu wydarzenie w historii tego kraju, coś niesamowitego.


Zbliża się też koniec mojego pobytu tutaj więc i przy samym projekcie jest masę roboty. I jakoś tak "dobre dni" zwyczajnie nam się nie przydarzały. Na początku tego tygodnia byłem zmuszony przeprowadzić pewne cięcia w wypłatach, pracownicy nie byli zadowoleni, ale nie było wielkiego wyboru. Po odebraniu wypłaty jeden bez uprzedzenia podziękował nam za współpracę, zwyczajnie nie pojawiając się więcej w pracy. Cięcia był spowodowane koniecznością zorganizowania chłopakom wyżywienia. Od pewnego czasu jest ich zwyczajnie za dużo by w dalszym ciągu mogli zaopatrywać ich zakonnicy. Trzeba było zatem zatrudnić kucharkę, zakupić naczynia i produkty spożywcze no i zorganizować jakąś, przynajmniej tymczasową kuchnie. Ma się ona mieścić w starej, rozsypującej się szopce, przygotowanie jej wymaga sporego nakładu pracy. Dziś poprosiłem kilku chłopaków ze stolarni żeby się tym zajęli, by szybciej mieć to z głowy. Nie wszystkim spodobał się ten pomysł i w zasadzie mieli nieco racji, mieli się uczyć na stolarzy a nie przerzucać ziemię. Koniec końców zostali ze mną tylko ci którzy byli skłoni pomóc. Więc wspólnymi siłami przez kilka następnych godzin kuliśmy twardą, ubitą ziemie kilofami a następnie wywoziliśmy ja taczkami na pole. Wszyscy się przy tym umęczyliśmy ale ktoś musiał przygotować grunt pod wylewkę. Po pracy postawiłem chłopakom po butelce Coca-Coli i wróciliśmy do warsztatu gdzie zrobiliśmy małe przemeblowanie, przesuwając maszynę z miejsca na miejsce.
Od pewnego czasu miałem problem ze znalezieniem im jakiejś takiej roboty żeby nie przerastała ich umiejętności i byli w stanie sobie z nią poradzić, dziś zleciłem jednemu z nich wykonanie eksperymentalnego łączenia, którego zdjęcie znalazłem w internecie.    
       
  
Pod koniec dnia byłem pozytywnie zaskoczony otrzymanym rezultatem, chłopak na prawdę się postarał. Co prawdo jago łączeniu zabrakło precyzji oryginału ale będziemy pracowali nad tym jutro.



Poza tym po przemeblowaniu warsztat wygląda naprawdę dobrze i został solidnie uprzątnięty. Mocno przyczyniła się do tego dzisiejsza awaria prądu ale kto by się tym przejmował. Kiedy już wyszliśmy okazało się że jeden z moich pracowników, Mosa, przyjechał dziś do pracy na rowerze. Starym, zdezelowanym klamocie bez przerzutek i ręcznych hamulców, w Polsce już takich nie robią, złom warzy pewnie jakieś 20 kilo i ma bagażnik wyspawany z prętów zbrojeniowych. Mimo to wszyscy byliśmy nim zachwyceni, chłopaki wsiadali na niego jeden po drugim tylko po to by kawałek się nim przejechać. Po zamknięciu warsztatu szliśmy razem, patrząc jak Peter szaleje na rowerze. Ledwie sięgał do pedałów mimo to nie dawał sobie wytłumaczyć że jest za niski i koniecznie musiał spróbować. Wszyscy obserwowaliśmy jak poskakuje na wyboistej drodze z trudem utrzymując równowagę. Żartowaliśmy i gadaliśmy, ja byłem zadowolony że udało nam się wykonać to nowe łączenie, a moi fachowcy też byli z siebie dumni bo wreszcie miałem ich dziś za co pochwalić. Dzięki wspólnej pracy przy kuchni może uda się ją skończyć już jutro. No i chyba właśnie za sprawą tego roweru tak wszystkim poprawiły się nam dziś humory. I jakoś tak pomyślałem że to w sumie był całkiem niezły dzień.

***

A na koniec dnia niespodzianka. Po zamknięciu warsztatu i pożegnaniu się z chłopakami postanowiłem (jak co dzień od dwóch dni) wspiąć się do źródełka. Docieram na górę zziajany i zapocony, a tu w koło źródełka cała zgraja dziewcząt, ewidentnie jakaś szkoła, czerwone spódniczki i sweterki, białe bluzeczki. Powiedziałam grzecznie dzień dobry i odszedłem nieco dalej by nie robić zbiegowiska jak zacznę robić shomenuchi. Odszedłem kawałek, poćwiczyłem i wracam na dół, a te dziewczyny zupełnie jak by na mnie czekały. Nagle obskoczyła mnie cała banda, szczebioczą jakie to mam ładne włosy i tylko czuje jak mnie tam ktoś nieśmiało maca po karku (nie rozumiem fascynacji Afrykanów "białymi włosami", no zwyczajnie nie czaje). No i się zaczęło, a czy mógł byś nam pomóc nieść wodę? A skąd jesteś? A w jakim języku się tam mówi? A kto jest prezydentem, a czy jest ciepło? A jak jest po polsku, cześć? A jak jest do widzenia? A dziękuje? A czy masz aparat, a może zrobił byś nam zdjęci? Swoją drogą tego też nie rozumiem, to chyba jakieś skrzywienie zapoczątkowane prze odwiedzających Afrykę zagranicznych turystów, jak się kogoś spotyka, to nie robi się zdjęcia z kimś, tylko komuś. Tak jak na tym opisywane przeze mnie harambee, wszyscy chcieli zdjęcia....no i teraz trzymam te zdjęcia obcych ludzi wyprężonych na baczność nie widzieć po co i dla kogo. W przeciwieństwie do gości z uroczystości u Petera dziewczęta potrafiły się ustawić do zdjęcia, pozowały jak do fotografii na zakończenie roku, ale niestety nie wiele z tego wyszło, bateria padła. Udało się pstryknąć tylko jedno, autorem jest miejscowy pracownik-katecheta, który nieco opiekuje się sanktuarium. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz