To był po prostu dobry dzień.
Podczas mojego
krótkiego pobytu w Polsce jakoś nie miałem kiedy, ani o czym pisać. Skupiłem
się na załatwieniu parę niezbędnych rzeczy w szkole i obronie pracy
licencjackiej za którą do dziś się wstydzę. Po powrocie też nie bardzo było
kiedy pisać, po krótkim pobycie w Nairobi dosłownie wpadłem na narodowy kongres
eucharystyczny w Subukia. Budzę się rano a za oknem trzydziestotysięczny tłum
pielgrzymów, największe tego typu wydarzenie w historii tego kraju, coś
niesamowitego.
Zbliża się też koniec
mojego pobytu tutaj więc i przy samym projekcie jest masę roboty. I jakoś tak
"dobre dni" zwyczajnie nam się nie przydarzały. Na początku tego
tygodnia byłem zmuszony przeprowadzić pewne cięcia w wypłatach, pracownicy nie
byli zadowoleni, ale nie było wielkiego wyboru. Po odebraniu wypłaty jeden bez
uprzedzenia podziękował nam za współpracę, zwyczajnie nie pojawiając się więcej
w pracy. Cięcia był spowodowane koniecznością zorganizowania chłopakom
wyżywienia. Od pewnego czasu jest ich zwyczajnie za dużo by w dalszym ciągu
mogli zaopatrywać ich zakonnicy. Trzeba było zatem zatrudnić kucharkę, zakupić
naczynia i produkty spożywcze no i zorganizować jakąś, przynajmniej tymczasową
kuchnie. Ma się ona mieścić w starej, rozsypującej się szopce, przygotowanie
jej wymaga sporego nakładu pracy. Dziś poprosiłem kilku chłopaków ze stolarni
żeby się tym zajęli, by szybciej mieć to z głowy. Nie wszystkim spodobał się
ten pomysł i w zasadzie mieli nieco racji, mieli się uczyć na stolarzy a nie
przerzucać ziemię. Koniec końców zostali ze mną tylko ci którzy byli skłoni
pomóc. Więc wspólnymi siłami przez kilka następnych godzin kuliśmy twardą,
ubitą ziemie kilofami a następnie wywoziliśmy ja taczkami na pole. Wszyscy się
przy tym umęczyliśmy ale ktoś musiał przygotować grunt pod wylewkę. Po pracy
postawiłem chłopakom po butelce Coca-Coli i wróciliśmy do warsztatu gdzie
zrobiliśmy małe przemeblowanie, przesuwając maszynę z miejsca na miejsce.
Od pewnego czasu miałem
problem ze znalezieniem im jakiejś takiej roboty żeby nie przerastała ich
umiejętności i byli w stanie sobie z nią poradzić, dziś zleciłem jednemu z nich
wykonanie eksperymentalnego łączenia, którego zdjęcie znalazłem w internecie.
Pod koniec dnia byłem pozytywnie zaskoczony
otrzymanym rezultatem, chłopak na prawdę się postarał. Co prawdo jago łączeniu
zabrakło precyzji oryginału ale będziemy pracowali nad tym jutro.
Poza tym po
przemeblowaniu warsztat wygląda naprawdę dobrze i został solidnie
uprzątnięty. Mocno przyczyniła się do tego dzisiejsza awaria prądu ale kto by
się tym przejmował. Kiedy już wyszliśmy
okazało się że jeden z moich pracowników, Mosa, przyjechał dziś do pracy na
rowerze. Starym, zdezelowanym klamocie bez przerzutek i ręcznych hamulców, w
Polsce już takich nie robią, złom warzy pewnie jakieś 20 kilo i ma bagażnik
wyspawany z prętów zbrojeniowych. Mimo to wszyscy byliśmy nim zachwyceni,
chłopaki wsiadali na niego jeden po drugim tylko po to by kawałek się nim
przejechać. Po zamknięciu warsztatu szliśmy razem, patrząc jak Peter szaleje na
rowerze. Ledwie sięgał do pedałów mimo to nie dawał sobie wytłumaczyć że jest
za niski i koniecznie musiał spróbować. Wszyscy obserwowaliśmy jak podskakuje na
wyboistej drodze z trudem utrzymując równowagę. Żartowaliśmy i gadaliśmy, ja
byłem zadowolony że udało nam się wykonać to nowe łączenie, a moi fachowcy też
byli z siebie dumni bo wreszcie miałem ich dziś za co pochwalić. Dzięki
wspólnej pracy przy kuchni może uda się ją skończyć już jutro. No i chyba
właśnie za sprawą tego roweru tak wszystkim poprawiły się nam dziś humory. I
jakoś tak pomyślałem że to w sumie był całkiem niezły dzień.
***
A na koniec dnia
niespodzianka. Po zamknięciu warsztatu i pożegnaniu się z chłopakami
postanowiłem (jak co dzień od dwóch dni) wspiąć się do źródełka. Docieram na górę
zziajany i zapocony, a tu w koło źródełka cała zgraja dziewcząt, ewidentnie
jakaś szkoła, czerwone spódniczki i sweterki, białe bluzeczki. Powiedziałam
grzecznie dzień dobry i odszedłem nieco dalej by nie robić zbiegowiska jak
zacznę robić shomenuchi. Odszedłem kawałek, poćwiczyłem i wracam na dół, a te
dziewczyny zupełnie jak by na mnie czekały. Nagle obskoczyła mnie cała banda,
szczebioczą jakie to mam ładne włosy i tylko czuje jak mnie tam ktoś nieśmiało
maca po karku (nie rozumiem fascynacji Afrykanów "białymi włosami",
no zwyczajnie nie czaje). No i się zaczęło, a czy mógł byś nam pomóc nieść
wodę? A skąd jesteś? A w jakim języku się tam mówi? A kto jest prezydentem, a
czy jest ciepło? A jak jest po polsku, cześć? A jak jest do widzenia? A
dziękuje? A czy masz aparat, a może zrobił byś nam zdjęci? Swoją drogą tego też
nie rozumiem, to chyba jakieś skrzywienie zapoczątkowane prze odwiedzających
Afrykę zagranicznych turystów, jak się kogoś spotyka, to nie robi się zdjęcia z
kimś, tylko komuś. Tak jak na tym opisywane przeze mnie harambee, wszyscy
chcieli zdjęcia....no i teraz trzymam te zdjęcia obcych ludzi wyprężonych na
baczność nie widzieć po co i dla kogo. W przeciwieństwie do gości z uroczystości u Petera
dziewczęta potrafiły się ustawić do zdjęcia, pozowały jak do fotografii na
zakończenie roku, ale niestety nie wiele z tego wyszło, bateria padła. Udało się pstryknąć tylko jedno, autorem jest miejscowy pracownik-katecheta, który nieco opiekuje się sanktuarium.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz