Nie dalej jak wczoraj dotarły do
mnie informacje, że w Kenii - konkretnie w Nairobi i na wybrzeżu - doszło do
kolejnych zamachów terrorystycznych. Były ofiary śmiertelne. O dziwo wieści te
dotarły do mnie nie poprzez gazety czy media w kraju, do których mam
ograniczony dostęp czy nawet nie przez internet, ale poprzez korespondencję z
jednym z moich znajomych pozostawionych w Polsce.
P.S. Wielkie dzięki.
Temat ten został jednak poruszony
ponownie przy dzisiejszym śniadaniu, dowiedziałem się, że jeden z zamachowców
został schwytany i z całą pewnością będzie przesłuchany. Jak dotąd, do mediów
nie przeciekły jeszcze informacje odnoście jego pochodzenia, podejrzewa się
jednak Somalijczyków. Brytyjczycy, Amerykanie i Francuzi ostrzegają swoich
obywateli przebywających w Kenii i ,,zachęcają” do opuszczenia kraju.
Lekkim niepokojem napawa mnie
wizja naszego wyjazdu do stolicy.
Ale są też rzeczy przyjemne. Nasz
projekt powoli zaczyna nabierać kształtów, a z pośród piasków budowy zaczynają
wyłaniać się wyraźnie zarysy fundamentów. Niebawem stanie na nich stolarnia, a
nam przypadnie zadanie wybrania pracowników i majstrów, którzy rozpoczną
produkcję. Tempo w jakim nasza ekipa prze na przód jest zastraszające, ich
,,nadzorca” - John - krępy grubasek w gumiakach i kapeluszu, trzyma nad
wszystkim pieczę. Jest bardzo pomocny i jak mi się zdaje, udało nam się znaleźć
wspólny język. Budowę odwiedzam regularnie, na ogół kilka razy dziennie, robię
zdjęcia i podziwiam postępy. Pracownicy już nieco przywykli do tego, że białas
kręci im się pod nogami, ale niektórym nadal zdarza się błąd stosu na mój
widok.
![]() |
| Katarzyna na równiku. |
Kilka dni temu dopisała pogoda i
postanowiliśmy wybrać się do Subukia. Z sanktuarium, w którym mieszkamy od
miasteczka dzieli nas kilka kilometrów piaszczystej drogi w dół zbocza. Mimo to
podjęliśmy się. Gdy dotarliśmy do miasteczka, zaczęliśmy się rozglądać za
miejscem gdzie można by się czegoś napić i coś zjeść. Było to głównym powodem
naszej wyprawy. Kręcąc się miedzy straganami i sklepikami postawionymi wzdłuż
drogi, wzbudzaliśmy niemałą sensację. Wszyscy ofiarowali nam pomoc w dostaniu
się gdziekolwiek, byśmy się tylko wybierali. Trudno było im zrozumieć, że
nigdzie nam się nie śpieszyło i zwyczajnie zwiedzaliśmy miejscowość.
Znalezienie baru, gdzie moglibyśmy ugasić nasze pragnienie, nawet pytając
miejscowych, okazało się trudniejsze niż początkowo myśleliśmy. W większości
lokali była zamknięta aż do popołudnia, a te do których trafialiśmy z różnych
względów nie spełniały naszych oczekiwań - głównie dlatego, że nie serwowano w
nich zimnego piwa. Gdy dotarliśmy do jednego z większych - jak by się mogło
zdawać – lokali, okazało się, że też jest on jeszcze nieczynny. Zapytaliśmy więc
kobietę, która prowadziła stoisko z owocami tuż obok czy nie wie gdzie jest
inny bar, najlepiej otwarty. Zdziwiona zapytała co jest nie tak z tym, czy nam
się nie podoba? Odparłem, że zewnątrz wygląda ok, ale jest nieczynny, a my
chętnie byśmy się czegoś napili. Na to kobieta odparła, że bar jest nieczynny
odkąd zamknęła go policja, ale jakbyśmy chcieli, to ona zadzwoni do właściciela
i on przyjdzie go dla nas otworzyć. Przeprosiliśmy za fatygę i poszliśmy szukać
innego miejsca.
No i udało nam się. Znaleźliśmy
naszą spokojną przystań. Malutki lokal, prowadzony przez jednorękiego Kikuyu w
podeszłym wieku. W oszklonej lodówce pełny asortyment lokalnych trunków.
Zajęliśmy stolik przy samym oknie, przez co mogliśmy obserwować co dzieje się
na zewnątrz. Dochodziła godzina pierwsza, a my byliśmy jedynymi klientami. Jak
się spodziewałem, właściciel dosiadł się do nas po jakimś czasie i ucięliśmy
sobie niezobowiązującą rozmowę. Pochwalił się nam, że obecnie ma zamiar nieco
powiększyć lokal, dobudowując dodatkowe pomieszczenie i piętro, a następnie
otworzyć hotel. Wspomniał, że widział nas jak wchodziliśmy do miasteczka i że
niepotrzebnie tyle szukaliśmy, bo on ma otwarte od dziesiątej rano codziennie i
na przyszłość możemy od razu przychodzić do niego. Opowiedział nam również jak
stracił rękę. W koło kikuta prawej ręki, kończącego się przed łokciem ma
zawiązany luźny rękaw koszuli. Obydwoje z Kasią czekaliśmy na dramatyczną
historię. Ja, zainspirowany reportażami Kapuścińskiego, od pewnego czasu
poszukuję weterana powstania Mau Mau, chętnego udzielić mi wywiadu. Czyżbym oto
znalazł mojego partyzanta? Kasia podejrzewała, że nasz właściciel baru mógł być
w jakiś sposób zaangażowany w zamieszki, które miały miejsce w latach
ubiegłych. Niestety, prawda okazała się być znacznie mniej ekscytująca. Parę
lat temu nasz barman prowadził samochód na tak zwany zimny łokieć, mijający go
pojazd zwyczajnie urwał mu wystawioną za okno rękę. Mężczyzna kończy swoją
historię, gasi papierosa na podłodze, żegna się z nami i wychodzi. Od teraz
władzę w barze sprawują dwie znacznie młodsze od niego kobiety, które
pozostawił na stanowisku.
![]() |
| W barze. |
![]() | |
| W barze 2. |
Tuż przed wyjściem z lokalu i
powrotem na górę, postanawiam skorzystać z toalety. Pytam kobietę czy w ogóle
mają tutaj toaletę i czy mogę skorzystać. Odpowiada, że tak i otwiera przede
mną drzwi prowadzące przez bar do dużego magazynu na tyłach. Po chwili wracam
zdezorientowany i pytam czy była by tak miła i pokazała mi drogę, bo sam nie
potrafię jej znaleźć. Spogląda na mnie i pyta, czy potrzebuję klucz...zastanawiam
się chwilę i mówię, że chyba tak. Przecież ja nie wiem jak wygląda ich toaleta
i to ona powinna wiedzieć czy kluczyk będzie mi potrzebny czy nie - myślę
sobie. Wchodzimy do magazynu i przechodzimy na drugą stronę. Nagle kobieta
przystaje, spogląda na mnie i pyta czy potrzebuję, uwaga - ,,Big toilet”. Znów
nie wiem co powiedzieć, skąd mam wiedzieć czym różni się ich duża toaleta od
małej. Kobieta dostrzega moje niezdecydowanie i zadaje mi pytanie pomocnicze:
,,Uraino?” (to słówko postanowiłem zapisać dokładnie tak, jak powiedziała to
pani z baru). No to już wiem o co chodzi, kiwam głową, a ona pokazuje mi coś,
co przypomina wykafelkowaną kabinę prysznicową bez drzwi, Czyli jednak nie
potrzebowałem kluczyka.
Na górę wróciliśmy motocyklem,
który na ostrzejszych podjazdach ledwie dyszał pod ciężarem trzech osób: mnie,
Kasi i kierowcy.
Następnego dnia jeden z ojców miał
kilka spraw do załatwienia w Nakuru. Postanowiliśmy wybrać się wraz z nim,
korzystając z okazji i spędzić nieco
czasu w mieście. Po drodze odebraliśmy z Subukia młodą dziewczynę, jedną z
parafianek, która akurat też miała sprawy w Nakuru. Ojciec stwierdził, że
przecież można by dziewczynie ułatwić życie i skoro i tak jedziemy, zabrać ją
ze sobą. Droga do Nakuru nie jest najgorsza, wszędzie wkoło roztaczają się
widoki na małe miejscowości, plantacje kawy lub herbaty i panoramę okolicznych
wzgórz. Jedziemy szybko, ryk silnika zagłuszamy podkręcając radio. Z głośników
sączy się Stare Dobre Małżeństwo potem Phill Colins i Tina Turner. Pędzimy
drogą, wzbijając tumany kurzu i śpiewamy wspólnie z radiem, co lepiej znane nam
kawałki. Siedząca na tylnym siedzeniu Marta, dziewczyna z Subukia siedzi
spokojnie, ale sztywno. Nad siedzeniem kierowcy wygląda raz po raz na sytuację
na drodze. Ojciec A. jeździ szybko, ale jak mówi moja siostra ,,On jeździ z
Bogiem.” Nie ma się czego obawiać. Tych, którzy go nie znają nie uspakaja też
fakt, że ma ADHD, podczas jazdy puszcza kierownicę i klaszcze w rytm muzyki,
macha do mijanych ludzi lub żywo gestykuluje rozmawiając przez telefon.
Do Nakuru docieramy ekspresowo.
Jest koło południa z nieba leje się żar, a miasto tonie w smogu. Koszmar. Gęste
wyziewy samochodów zdają się osiadać na nas i przyklejać, po kilku minutach
człowiek ma ochotę porządnie się wyszorować. Staramy się załatwić wszystkie
sprawy jak najszybciej, jeżeli nam się to uda, to wybierzemy się jeszcze w
jedno miejsce.
![]() |
| Mapa świata ze ściany urzędu pocztowego w Nakuru. |
![]() |
| Wodospad Thomsona. |
Wodospady Thomsona w Nyahururu są
jedną z okolicznych atrakcji turystycznych. Widziałem je już wcześniej, Kasia
jednak jest zachwycona. Na szczycie wzgórza, gdzie znajduje się punkt widokowy,
z którego można podziwiać wodospad, roi się od lokalnych ,,zaczepiaczy”.
Kobiety zapraszają do swoich sklepików z pamiątkami, które znajdują się
nieopodal, kilku przebranych w tradycyjne stroje mężczyzn proponuje zdjęcie w
zamian za pieniądze. Na głowach mają skórzane opaski z pióropuszami, do tego
włócznie Samburu i koce shuka. Ciała wymalowali białą farbą. Na nasz widok
ożywiają się, mając nadzieję na interes. Niestety, robimy parę zdjęć i schodzimy
na dół by lepiej obejrzeć wodospad.
![]() | |
Jeden z mężczyzn na punkcie
widokowym ma niewielką gałązkę, a na niej dwa kameleony, zapewne znalezione na
jednym z pobliskich krzaków. Gdy opieram się o balustradę i podziwiam wodospad,
bez słowa pakuje mi jednego z gadów na rękę, a ten zaczyna się po mnie wspinać,
kłując delikatnie małymi pazurkami. Zdejmuję z siebie stworzonko i oddaję
naganiaczowi zanim zażąda wynagrodzenia za popisy zniewolonego zwierzaka. Na
ogół lokalni nie lubią kameleonów, spotkałem nawet takich, co się ich boją.
Jest taka stara legenda Kikuyu:
Bóg wezwał do siebie kameleona i
powiedział do niego, że chce by ten był jego wysłannikiem. Kamelen miał pójść
do ludzi i powiedzieć im, że nadchodzi śmierć. Jednak gad tak się guzdrał, że
nim zdążył przestrzec ludzi, śmierć dotarła tam przed nim.
Od tamtej pory kameleony kojarzą
się ze złym dziudziu i raczej nie są darzone sympatią.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz