Kampala
żegnała nas we łzach. Deszcz, który rozpadał się od piątej, gdy zajmowaliśmy
miejsca w autobusie mającym zawieść nas do Nakuru, towarzyszył nam aż za
miasto. Droga do granicy minęła nam szybko, dotarliśmy tam już koło godziny
dziesiątej, było ciepło i słonecznie. Odprawa na granicy też poszła nam
niezwykle sprawnie, niewielka ilość petentów o tak wczesnej porze i fakt, że
urzędnicy nie byli jeszcze znudzeni lub rozleniwieni po zjedzonym lunchu
odegrały tu sporą rolę. I na powrót na Kenijskiej ziemi – pomyślałem, gdy tylko
przekroczyliśmy szlaban. Grupa sprzedawców wszystkiego: od pasków do spodni,
poprzez sandały, sznurówki , mapy i wymianę walut rzuciła się zaraz w naszą
stronę pokrzykując raźno ,,Muzungu, Muzungu.” Upomniałem ich w grzecznych
słowach, że ja nie nazywam ich Afrykanami ( w irytacji mało nie wyrywa mi się
rasistowskie słowo na „N”, ale za coś takiego można mieć poważne kłopoty), więc
nie życzę sobie żeby oni obrażali mnie.
Muzungu,
gdy po raz pierwszy zostało użyte na określenie białego w Afryce, wcale nie
miało obraźliwego charakteru. Miało umiejscowić gdzieś w głowach czarnych
mieszkańców tego kontynentu nowe zjawisko, jakim stał się biały człowiek. Dziś
jest używane jako zamiennik słowa „białas” czyli niezbyt grzeczne wyrażanie się
o osobie białej. Ciekawe jest natomiast samo pochodzenie tego słowa. Gdy Afryka
była jeszcze dzika i niezmierzona, do zaszytych w głębi tego buszu plemion
dotarł biały podróżnik. Dla czarnoskórych mieszkańców Afryki nowo przybyli
biali wydawali się identyczni, podobnie jak dla nas wydają się Afrykanie. Tak
wiec biały podróżnik przybył do osady, pokręcił się, pokręcił się jak to biały
i poszedł dalej. Po jakimś czasie zjawił się kolejny, a po nim następni. Tak
więc miejscowi zaczęli nazywać tego białego przybysza Muzungu, co dokładnie
oznacza „chodzący w kółko” lub też „kręcący się bez celu”.
Tak
więc kręcąc się dziś bez celu, zawędrowaliśmy nad pobliski wodospad. Otoczony
gęstym lasem, cichy zakątek idealny na popołudniową sjestę.
 |
| Wodospad. |
 |
| Stało dziewczę nad potokiem... |
Ostatni
weekend w Ugandzie postanowiliśmy dobrze wykorzystać. Odwiedziliśmy więc
Narodowe Muzeum, na temat którego udało mi się znaleźć informację w internecie,
ponoć jest ono naprawdę na wysokim poziomie i niewiele afrykańskich stolic może
się takim poszczycić. Po dotarciu na miejsce byłem nieco zaskoczony. Widziałem
już wcześniej Muzeum Narodowe w Nairobi
i było ono niemal na europejskim poziomie. Sale wypełnione eksponatami,
wypchanymi zwierzętami, skamieniałymi szczątkami naszych rzekomych przodków i
tłumy zwiedzających. To tam obecnie spoczywa Ewa, najstarszy odnaleziony ludzki
szkielet. Co do Ewy - przez jakiś czas trwała dyskusja czy jest to już
najstarszy szkielet pierwszego człowieka czy może człowiekiem Ewa jeszcze nie
jest. Odwiedzone przez nas muzeum w Ugandzie przypominało raczej jedno z tych
muzeów, do których nasi preceptorzy zabierali nas na siłę jeszcze w szkole
podstawowej. Zakurzone gabloty pełne tajemniczych eksponatów z opisami tak
skąpymi lub na tak pożółkłym papierze, że trudne do odczytania. Grube warstwy
kurzu piętrzące się na eksponatach rozstawionych w wielkich ogołoconych salach.
Prócz nas w muzeum znajdował się tylko sprzedawca biletów, który co prawda
zaproponował nam, że nas oprowadzi, jednak jego wiedza na temat ekspozycji była
raczej mętna. Wystawy rozmieszczone były dość chaotycznie i chodź opowiadały
one historię kraju od pradziejów po czasy obecne, to rzetelność ich
przygotowania pozostawiała wiele do życzenia. W trakcie naszego zwiedzania, do
muzeum weszła kobieta z naręczem pamiątek i rozsiadła się przy ,,zabytkowych”
bębnach, a następnie - by przyciągnąć naszą uwagę do sprzedawanego przez siebie
towaru - zaczęła rzępolić na tradycyjnym instrumencie, przypominającym wygięty
patyk zakończony bębenkiem ze struną. Szybko poszukaliśmy bardziej ustronnych
zakątków muzeum. Zwiedziliśmy wystawę poświęconą krótkiej historii malarii,
widzieliśmy zdobyte przez ugandyjskich sportowców medale i dyplomy przywiezione
z olimpiad oraz kolekcję pamiątek z Japonii, inaugurujących olimpiadę. Obszerną
ekspozycję dotyczącą gospodarki wodnej i modele wzniesionych wokół Jeziora
Wiktoria tam. Pierwszy taśmowo produkowany samochód Henry'ego Forda w
klasycznym czarnym kolorze oraz zagadkowe ciężarówki pozbawione etykiet lub
jakiegokolwiek wyjaśnienia. Wyglądały zupełnie jak porzucone przez dziecko
jednego ze zwiedzających. Wiele wystaw, szczególnie tych dotyczących dawniej
używanych sprzętów domowych i narzędzi własnej produkcji, przypominało mi coś w
stylu zbiorowej wyprawy pracowników muzeum na wieś i wyciągnięcie od swoich
dziadków kilku starych szpargałów i nieużywanych już rupieci. Mieliśmy
możliwość oglądać samochody poprzednich prezydentów i ostatniego gubernatora,
które trafiły już do muzeum oraz trzy, które również zostały włączone w poczet
wystawy, ofiarowane przez obecnie urzędującego jeszcze prezydenta.
 |
| W oddali dwa maszty na szczycie wzgórza gdzie mieszkaliśmy. |
 |
| Rolls-Royce ostatniego gubernatora. |
 |
| Ekspozycja poświęcona medycynie tradycyjnej, innymi słowy jaką należy nosić bransoletkę żeby nie dostać malarii. |
 |
| Zapewne jakiś praprzodek z dalekiej Lemurii. |
 |
| Stary, dobry Ford. |
 |
| Zagadkowa wystawa ciężarówek. |
Koniec końców, chyba nie byłem jednak
rozczarowany. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak niewiele dowiedział się
podczas odwiedzin w muzeum, ale z całą pewnością warto było zobaczyć co Uganda
ma do zaoferowania. Tak więc, wszystkich serdecznie zachęcam do odwiedzin w
muzeum, mimo wszystko warto to zobaczyć, choćby po to by mieć porównanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz