czwartek, 3 kwietnia 2014

Początki


Witam (eh, a Pani z etykiety powtarzała, że to nieładnie, ale jakoś nie mogę się tego wyzbyć).

Wczoraj minął nam dokładnie tydzień od czasu, jak wylądowaliśmy wspólnie z Katarzyną w Kenii. Udało nam się wreszcie rozwiązać większość pilnych spraw, również tych dotyczących internetu i uznałem, że może najwyższy czas zacząć wreszcie pisać. Od czasu kiedy tu wylądowałem, w mojej głowie narodziło się więcej niż kilka pomysłów, które domagają się opisania - niektóre zainspirowane wydarzeniami, których byliśmy członkami lub świadkami, inne zwyczajnie jakoś się przypałętały.
Dobra, to najpierw parę ogółów. Ostatni tydzień minął nam.. hmm.. dziwnie. Lepiej chyba nie potrafię tego nazwać. Człowiek nie do końca czasem potrafi powiedzieć, czy czas minął mu szybko czy się dłużył – wiem, że to może bez sensu, ale tak właśnie było. Czasem w południe łapałem się na tym, że już szesnasta a innym znów razem po aktywnie spędzonym dniu orientowałem się, że jest parę chwil po dwunastej. Wylądowaliśmy i już zero jakiegoś wzruszenia czy szoku. Nie licząc zmęczenia po kilkugodzinnym locie i lekkiego stresu związanego z tym ile mam na głowie. Moje wrażenia po tej podróży niewiele różniły się od tych, jakie na ogół przeżywałem jadąc z Wrocławia do Legnicy. No, może z tą małą różnicą, że lepiej karmili. No i co - polatane, polądowane i wysiadamy z naręczem bagaży na lotnisku z kieszeniami lżejszymi o 50$, które pochłonęła oplata wizowa. Obsługujący nas urzędnik był tak zaspany gdy się do niego dopchaliśmy, że najwidoczniej przylot samolotu o tak nieprzyzwoitej porze jak trzecia w nocy, był mu zdecydowanie nie w smak. A potem to już jakoś poszło.
Kolejne kilka dni wypełniło nam gorączkowe bieganie po mieście celem załatwienia formalności. Z braku własnego transportu było trzeba zdać się na znajomych, którym przy tej okazji chciałbym serdecznie podziękować, no i oczywiście osławiony afrykański transport miejski ;) eh, to niepoważne, ale nie mogłem powstrzymać się od uśmieszku w tym miejscu i wierzcie mi - naprawdę się uśmiechnąłem. Moja towarzyszka podróży znosiła niewygody Afryki ze spokojem niespotykanym u kogoś, kto trafia w te dzikie rubieże po raz pierwszy. Bez większych emocji obserwowała, co działo się wkoło niej i w oszczędnych wiadomościach do domu zdawała z tego sprawozdanie. Co początkowo brałem jako spokój i niewzruszoność, okazało się być szokiem, w jakim tkwiła przytłoczona nawałem bodźców, które w Afryce atakują dosłownie z każdej strony - i to nie takich subtelnych bodźców jak szturchnięcie kijem, ale  solidnych, takich afrykańskich, które bardziej przypominają cios rungu ( co to rungu, ciekawscy mogą sobie doczytać) prosto w głowę albo mały palec u nogi.   

1 komentarz:

  1. Ten wpis jest archaiczny wręcz. Czytając go miałam wrażenie, że opisujesz tu życie innych ludzi. Przyda nam się ten blog jak już kompletnie zapomnimy czym właściwie się tam zajmowaliśmy.

    OdpowiedzUsuń